200 tysięcy? Sporo, co? My zachęcamy do przeczytania dużego tekstu o Świerczewskim. Dzięki uprzejmości red. Jacka Kmiecika zamieszczamy fragmenty jego książki „Piłkarski Pasjans”, gdzie autor przydzielił „Świrowi” czwórkę trefl, czyli kartę bardzo niską. Ale samo znalezienie się wśród najważniejszych/najciekawszych osób w naszym futbolu to nobilitacja. W fajnie napisanym rozdziale o pomocniku Polonii (choć tekst powstał bodaj przed dwoma laty, więc nie ma w nim mowy o ostatnich wydarzeniach) możemy przeczytać między innymi z kim i dlaczego w swoim życiu bił się Świerczewski.
„Piłkarski pasjans, czyli co kryją karty polskiego futbolu”, rozdział o Piotrze Świerczewskim…

200 tysięcy złotych poręczenia, więc Piotr Świerczewski znów grasuje:)

Ł»onaty (Lidia) i dzieciaty. „Świr”, jak nazywają Piotra Świerczewskiego koledzy z dawnej reprezentacji Polski z racji jego szalonych, często niezrównoważonych wybryków, to jeden z byłych filarów naszej drużyny narodowej, która pod wodzą Jerzego Engela po szesnastu latach przerwy zagrała w finałach mistrzostw świata.

Awans do Mundialu w Korei i Japonii 2002 niestety tak przewrócił w głowie Piotrkowi i kilku jego kumplom z kadry, że z w miarę normalnych, skromnych i pracowitych zawodników stali się nagle „sumieniem narodu”, pragnącym ustawiać cały – nie tylko piłkarski – świat. „Świr” zwariował do tego stopnia, że zaczął dyktować dziennikarzom co mogą pisać a czego nie o nim i innych reprezentantach. Czuł się dotknięty, a nawet śmiertelnie obrażony każdą krytyką, nawet najbardziej lapidarnym wytknięciem błędu. Dlatego też, inspirowany przez trenera Engela, wraz z kolegami z rady drużyny (Tomaszem Wałdochem, Jerzym Dudkiem, Markiem Koźmińskim, Tomaszem Hajto i Tomaszem Kłosem) po przegranym meczu z Białorusią 1:4 w Mińsku ogłosił bojkot niewygodnej dla kadry prasy, konkretnie „Przeglądu Sportowego”. Świerczewski i spółka zabronił mi pisania niemal przez rok o narodowej jedenastce. Chciał nawet wymusić na ówczesnym redaktorze naczelnym „PS”, Piotrze Górskim zwolnienie mnie z pracy. „Bojkotu nie będzie, gdy tylko wyrzucicie z roboty Kmiecika!” – złożyli niemoralną propozycję wybrańcy Engela kierownictwu gazety. Bezskutecznie. Poprzedni naczelny „Przeglądu Sportowego” wychodził bowiem z założenia, że piłkarze są od grania, a dziennikarze od pisania. I nawet wybitni reprezentanci kraju nie będą dyktować mu jak ma redagować gazetę. Następny szef „PS”, Roman Kołtoń miał na ten temat całkiem odmienne zdanie.

Dla dobra sprawy i zachowania świętego spokoju założono mi na dziesięć miesięcy dziennikarski knebel. A wszystko po to, by kadrowicze mieli komfort przygotowań do Mundialu, a szefostwo najbardziej opiniotwórczaj gazety sportowej w kraju zachowało czyste sumienie, iż nie zakłóciło w żadnej mierze reprezentacyjnej sielanki. Niestety, niewiele to „aniołkom Engela” dało. Przed mistrzostwami, żal, że za przyzwoleniem selekcjonera, beztrosko trwonili formę. Koncentrowali się na wszystkim (kręcenie reklamówek – zupki „Knorra”, Big Brother, coca-cola, przed i pomeczowe imprezki przy okazji towarzyskich spotkań z Kamerunem w Poznaniu, Japonią w Łodzi i Rumunią w Bydgoszczy), tylko nie na śrubowaniu formy na swoją najważniejszą imprezę życia. Wypadli więc w Korei, jak mogli wypaść bez odpowiedniego nastawienia i wytrenowania – blado, mizernie, beznadziejnie.

„Świr” przed Mundialem tak się zakręcił, że wpadł na tyle genialny co absurdalny pomysł udzielania polskim mediom płatnych wywiadów. Jakby nagle zapomniał, że wcześniej rodzima prasa i telewizja wykreowały go z boiskowego rozbójnika na prowadzącego grę zawodnika. Warto bowiem zwrócić uwagę, że choć Świerczewski wcześnie w reprezentacji Polski zadebiutował (na początku lat dziewięćdziesiątych, za czasów selekcjonera Andrzeja Strejlaua), to rolę w niej – do czasu przejęcia kadry przez Engela – wypełniał dosyć niewdzięczną. Miał przede wszystkim kosić równo z trawą, z czego przez lata zupełnie nieźle się wywiązywał. Rolę przecinaka wypełniał nawet jeszcze wcześniej, bo już w reprezentacji olimpijskiej Janusza Wójcika, z którą zdobył srebrny medal w Barcelonie ’92. Zdaniem „Wuja”, „Czarny Piotruś”, czy jak kto woli „Człowiek Demolka”, tylko do takiej gry się nadawał, co też potwierdził już w pierwszym sezonie występów w lidze francuskiej, gdy z premedytacją znokautował w meczu St. Etienne – Bordeaux słynnego już wówczas Zinedine’a Zidane’a i jego przyjaciela Christophe’a Dugarry’ego.

W czasach reprezentacji Henryka Apostela Świerczewski zapisał się chamskim zachowaniem w spotkaniu ze Słowacją, kiedy to wypiął się na sędziego, gdy ten wyrzucał go z boiska. Być może udzieliła się mu gorąca atmosfera meczu w Bratysławie i wygłupy starszego kolegi Romana Koseckiego (demonstracyjny striptease po czerwonej kartce). Wtajemniczeni twierdzą, że obaj – „Świr” i „Kosa” – zagrali wówczas dla… Francji (obaj byli wtedy zawodnikami francuskich klubów, Świerczewski Bastii, Kosecki FC Nantes), zapewniając jej awans do mistrzostw Europy w Anglii ’96 poprzez osłabienie Polski i dotkliwą porażkę 1:4 ze Słowacją. Ale nikt tego nie udowodnił, nawet demaskatorski redaktor Jerzy Urban, w którego hotelu „Konstancja” w Konstancinie mieszkali przed meczem kadrowicze.
Świerczewski, wykorzystując pobyt we Francji (grał w St. Etienne, Bastii, Olympique Marsylia, miał też półroczną przerwę na występy w Japan League), zaangażował się niepotrzebnie w mgliste interesy – przemyt waluty i nielegalne sprowadzanie sprzętu sportowego. Nie przeszkadzało to jednak selekcjonerowi Engelowi postawić w reprezentacji na „przedsiębiorczego” gracza. Do dziś zresztą krążą w kadrze opowieści, jak to Piotruś okazyjnie rozprowadzał po atrakcyjnych cenach markowe zegarki.

„Świr” za okazane zaufanie odpłacił się Engelowi lojalnością i scaleniem wokół siebie drużyny narodowej. Służyć temu miały między innymi piłkarskie sylwestry w dyskotece Piotra – „Underground” w Nowym Sączu i wakacyjne turnieje piłki plażowej – Tomasz Iwan beach soccer szoł w Ustce. Świerczewski i Iwan zapraszali na te zloty – poza kolegami z kadry – zaufanych dziennikarzy (w pierwszej kolejności komentatora Polsatu Mateusza Borka i Romana Kołtonia z „Przeglądu Sportowego”), dzięki czemu mogli liczyć na przychylność mediów.

Sielanka trwałaby zapewne do dzisiaj, gdyby „Świr” i „Ajwen” poważnie myśleli o grze w piłkę. Dla nich jednak zgrupowania kadry były przede wszystkim świetną okazją do dokazywania. Dostrzegł to trochę późno, bo zaledwie kilka tygodni przed wyjazdem do Korei, ówczesny „ojciec chrzestny” reprezentacji Zbigniew Boniek. Polecił Engelowi przewietrzyć kadrę. Padło na Iwana. Świerczewski i spółka stanęli murem za przepędzonym brachem. Nic jednak nie wskórali. Iwan kupił za parę tysięcy koszulkę na Mundial z numerem 8, który wylosował podczas reprezentacyjnej aukcji, by o tym, że nie jedzie do Korei dowiedzieć się potem z telegazety. Selekcjoner ani myślał zadzwonić do piłkarza i wyjaśnić, czemu zamiast niego zabrał na finały debiutanta Pawła Sibika.

Po Mundialu, pod pretekstem odmłodzenia reprezentacji Boniek odstawił także „Czarnego Piotrusia”. Kolejny selekcjoner Paweł Janas przywrócił „Świra” do drużyny narodowej, ale tylko chwilowo. Szybko bowiem przekonał się, że trudno zmienić niektóre nawyki niepokornego zawodnika. I mimo wznawianej czasami kampanii prasowej, nawołującej do przywrócenia Świerczewskiego do kadry, „Janosik” jeszcze nie ześwirował.

A „Czarnego Piotrusia” nie nauczyło bynajmniej pokory półroczne grzanie trybun (bo nawet nie ławki rezerwowych) w Birmingham. Ciągle wydaje mu się, że jest najlepszym rozgrywającym w Polsce i wszystko mu wolno. Może dlatego, że mniejsze i większe grzechy dotychczas uchodziły mu płazem.

Już w reprezentacji młodzieżowej Janusza Wójcika znalazł się w trójce podejrzanych (razem z Aleksandrem Kłakiem i Dariuszem Kosełą) o branie dopingu, co nie przeszkodziło mu wcale znaleźć się w jedenastce, która zdobyła w Barcelonie srebrny medal olimpijski. Kilkumiesięczna dyskwalifikacja z gry w biało-czerwonych barwach nałożona po bratysławskim blamażu również nie przemówiła mu do rozumu.

Krnąbrny zawodnik po powrocie do polskiej ekstraklasy zaczął ustawiać po kątach nieprzychylnych mu dziennikarzy. Znowu miał problem z komisją antydopingową – nie chciał się poddać badaniu po jednym z meczów ligowych poznańskiego Lecha, w barwach którego dogrywa do piłkarskiej emerytury. Rozwścieczony – nie wiedzieć czemu – nalotem brygady tępiącej dopingowiczów zwyzywał lekarza i zaatakował ówczesnego reportera „Przeglądu Sportowego”, Jarosława Czerniaka. Sprawa została wyciszona i zatuszowana tylko dzięki usilnym zabiegom działaczy „Kolejorza”, którym nadzwyczaj zależało na utrwaleniu dobrego wizerunku klubu i uchronieniu zawodnika przed bezwzględną dyskwalifikacją.

Pobyt PŚ w Cracovii to był kompletny niewypał. Trener „Pasów” Wojciech Statowy, choć nie wygląda na bystrzejszego od szkoleniowca Lecha, Czesława Michniewicza, szybko przejrzał „Świerszcza” i podziękował mu za współpracę. Ale w Lechu „Czarny Piotruś” może dokazywać do woli. Właściwie to on z imiennikiem Reissem, a nie trener, ma teraz w zespole najwięcej do powiedzenia. Praktycznie ustala skład i decyduje o transferach. Latem sprowadził sobie do kompanii nietypowo ckliwego Iwana, na co pierwotnie nie chciał się zgodzić, ale ostatecznie przystał szkoleniowiec „Kolejorza”. „Ajwen” z niedoleczonym kolanem do gry w lidze raczej już nie pasuje. Nie przeszkadza to jednak wcale „Świrowi”, któremu również bliżej do rekreacyjnej niż wyczynowej piłki. W czerwcowym meczu oldbojów Polska – Francja Świerczewski zresztą pokazał, że coraz lepiej się czuje w towarzystwie futbolowych pryków. Nieprzychylni żartują, że zabawowoy duet „Iwan i Świr” zrobi w Lechu równie wielką karierę jak inne rozrywkowe duo „Iwan i Delfin” w konkursie piosenki Eurowizji 2005.

„Świr” chyba bardziej od piłki nożnej wielbi sztuki walki, a zwłaszcza kick-boxing. Już na początku profesjonalnej kariery w swoim domu, w St. Etienne, miał ogromną bokserską gruchę, którą wieczorami z upodobaniem obijał. Teraz przyjaciel Świerczewskiego, znany telewizyjny komentator piłkarski Mateusz Borek, trochę na wyrost wychwala pięściarski kunszt „Świerszcza”. Jednorundowy sparing z bokserskim mistrzem świata wagi lekkiej podrzędnej organizacji WBF, Maciejem Zeganem zakończył się niechybnie śliwą pod okiem wojowniczego piłkarza. To jednak tylko historia spreparowana na użytek prasy. Naprawdę to Zegan ratował Piotrka z poważnej opresji w Białowieży, gdy ten wdał się z miejscowymi w straszliwe mordobicie. Wcześniejsze spięcie „Świra” ze złodziejami samochodów, którzy „wyłowili” w Poznaniu jego Mercedesa 600 dla samozwańczego mistrza pięści również nie wypadło okazale. Gdy tylko ujrzał glocka wolał – całkiem słusznie – oddać walkę walkowerem i słono przepłacić za swoją „zgubę”. Wyłożył tyle, jakby za oddane auto miał dokupić tylko nieco mniejszego „merola”.

Niewprawionym w bojach dziennikarzom Świerczewski jednak potrafi porządnie przyłożyć. Albo z liścia albo z pięści, jak proponował redaktorowi „Przeglądu Sportowego” Przemysławowi Rudzkiemu na zimowym obozie Lecha w Turcji. W Korei z kolei wyzwał na solówkę Cezarego Kowalskiego, wówczas dziennikarza „Super Expressu”, a ostatnio „Faktu”. Ale do tych pojedynków ostatecznie nie doszło. O bojowości piłkarza przekonał się jednak wicenaczelny tygodnika „Piłka Nożna”, Adam Godlewski, któremu rozjuszony zawodnik „dał klapsa” w ucho w obecności kilku reprezentantów na stadionowym parkingu w Bydgoszczy. Klaps ten miał wybić z głowy Godlewskiemu kolejne krytyczne uwagi o nietykalnym piłkarzu. Sprawa o pobicie trafiła do sądu, ale szybko się rozmyła, z braku poświadczenia zdarzenia przez „niedowidzących” kadrowiczów, między innymi Macieja Ł»urawskiego i Arkadiusza Głowackiego. „Świr” może więc nadal czuć się bezkarny i straszyć nieposłusznych sobie redaktorów. Bo według niego – co zakomunikował niedawno dziennikarzowi „Super Expressu”, Krzysztofowi Stanowskiemu – „nie o to przecież chodzi, żeby mijając się na schodach, jeden z nas z nich spadł”.

Jakby mu było mało napaści na reporterów wziął się ostatnio za trenerów. Na meczu towarzyskim z Arką pobił trenera bramkarzy Andrzeja Czyżniewskiego, co – jak zapowiedział poszkodowany – znajdzie na pewno swój finał w sądzie. Znajomym swą krewkość „Świr” tłumaczy ciągłym stanem podenerwowania, wynikającym ponoć z notorycznego zbijania przez niego wagi. A odchudza się dlatego, ponieważ doskonale wie, choć się do tego oficjalnie nie przyznaje, że na boisku powłóczy nogami, a z nadwagą w ogóle nie nadążałby już za piłką. Kosztem nadpobudliwości musi więc starać się dbać o sportową formę.

Niemniej bardziej niż do kopania nadaje się ostatnio do kręcenia. Ale nie ckliwych filmików w programie „Mamy cię” Szymona Majewskiego, bo to wychodzi mu nienaturalnie, lecz prawdziwego biznesu. „Świr” dorobił się już kilku domów, w Poznaniu, Nowym Sączu i Katowicach. Ma parę sklepów z odzieżą sportową i ekskluzywnymi ubiorami. Zakupił też niedawno luksusowy jacht. I jakby tego było mało, nabył statek wycieczkowy, który, niczym w filmie „Rejs”, pływa z turystami po Jeziorze Rżnowskim obok Sącza. Podnajmuje również dyskotekę „Underground” oraz ogromną restaurację Havana w Krynicy Górskiej. Przejął również dwie zjeżdżalnie nad Bałtykiem i kilka procent udziałów w kartach telefonicznych TeleBon. Ł»ycie rentiera, tylko z procentów na koncie, go nie interesuje. Kocha pomnażać pieniądze. I w tym najlepiej prosperuje.

ŚWIERCZEWSKIEGO I MAJDANA W OBRONĘ NA BLOGACH BIORÄ„ KOWALCZYK I SZAMOTULSKI – KLIKNIJ.

ODWIEDŁ¹ STRONĘ ŚWIERCZEWSKIEGO NA NASZEJ-CELI – KLIKNIJ TUTAJ.