Rafał Ulatowski wczoraj pożegnał się ze swoimi współpracownikami w Zagłębiu Lubin – już na sto procent zostanie asystentem Leo Beenhakkera. Natomiast nowym trenerem lubinian zostanie Dariusz Fornalak, który jeszcze niedawno prowadził Polonię Bytom.
Kim jest Rafał Ulatowski, który zostanie najbliższym współpracownikiem Leo Beenhakkera? Hmm… Ciężka sprawa, bo to człowiek o dwóch twarzach. Pytanie tylko, która twarz jest prawdziwa? Idealnego asystenta, lojalnego i oddanego, czy też cynicznego, dwulicowego zazdrośnika? Aby rozwiązać tę zagadkę, trzeba byłoby rozstrzygnąć, co tak naprawdę wydarzyło się w Lubinie w październiku zeszłego roku…

Ulatowski asystentem Leo, Fornalak będzie nowym trenerem Lubina

Kilka zdań w kwestii przypomnienia. Jesienią zeszłego roku kilku piłkarzy Zagłębia poczuło się zagrożonych, bo Czesław Michniewicz uznał, iż mistrzostwo Polski to tylko przystanek, a nie stacja docelowa. A żeby osiągnąć więcej, musiał sprowadzić lepszych zawodników i pozbyć się dotychczasowych liderów, niezdolnych do tego, by wskoczyć poziom wyżej – podpadli Szczypkowski, Chałbiński, Iwański i Łobodziński. Jak to zwykle w polskim klubie bywa, zawodnicy przeczuwając co się dzieje i nie chcąc stracić ciepłych posadek w Lubinie, postanowili się zbuntować i zagrać przeciwko szkoleniowcowi. Wymienionym piłkarzom nie podobało się, że nie grają od pierwszej do ostatniej minuty… Po jakimś czasie w jednej z gazet Michniewicz powiedział: „W polskich klubach prawdziwymi szefami nie są trenerzy, tylko zawodnicy. Często niedouczeni, po podstawówkach, a myślący, że zjedli wszystkie rozumy. Gdy szkoleniowiec chce wprowadzić inne standardy, czują się zagrożeni i po prostu go zwalniają. I w podobny sposób potrafią wytrwać w lidze przez dziesięć czy piętnaście lat”.

Kilku czołowych zawodników zaczęło więc grać przeciwko szkoleniowcowi – scenariusz stary jak świat, łatwiej zwolnić jednego trenera niż kilku zawodników. Na wszystko nałożyła się dość nieszczęśliwa sytuacja z „żartem” Super Expressu, kiedy to Stanisław Terlecki zadzwonił do Michniewicza, powołał się na starą (i prawdziwą) znajomość z Alexim Lalasem, wymyślił bajkę o tym, że polscy trenerzy po sukcesach Nowaka są w MLS cenieni i… ówczesny szkoleniowiec mistrzów Polski połknął haczyk.

Gdzie wtedy był Ulatowski? Wersja pierwsza – normalnie wykonywał swoje obowiązki. Wersja druga – planował wskoczenie na posadę Michniewicza, knując za jego plecami. Niedawno na swoim blogu Michniewicz napisał kilka zdań o asystentach i trudno podejrzewać, by… nie miał na myśli Ulatowskiego. A pisał tak: „Moim zdaniem dzielą się na biernych i czynnych. Bierny słucha poleceń, nie spiskuje, jest lojalny i… nie interesuje go posada pierwszego trenera. Czynny piłuje krzesło pierwszego szkoleniowca, kumpluje się z zawodnikami, mówi, że wiele rzeczy zrobiłby lepiej, pociesza tych, którzy nie grają. Jest tym dobrym policjantem, ale… tylko do momentu, gdy uda mu się wygryźć pierwszego trenera. Potem czar pryska”.

Gdy Michniewicza zwolniono (pamiętacie jak dzień wcześniej Łobodziński z metra nie trafił do pustej bramki w Białymstoku, a potem w nocy urządził imprezę, której nie przerwał nawet po interwencji trenera?), jeszcze wszystko między nim a Ulatowskim było w porządku. „Ula” spytał nawet: – Co mam robić? Michniewicz miał powiedzieć: – Zostań i pracuj dalej. Wolę żebyś ty przejął ten zespół niż ktoś zupełnie obcy… Ulatowski z przyczyn finansowych nie mógł sobie pozwolić na bezrobocie.

Później jednak do Michniewicza zaczęli dzwonić różni ludzie z Lubina, mówić, iż Ulatowski już dawno porozumiał się z prezesem Pietryszynem. Kilka poważnych osób z KGHM informowało, że od dłuższego czas piłował krzesło pod przyjacielem, chodził na rozmowy, negocjował. Początkowo Michniewicz nie dawał temu wiary, po pewnym czasie zbyt dużo faktów zaczęło mu się zgadzać, zaczął kojarzyć pewne fakty. I uwierzył.

Ulatowski załamywał ręce. – Byłem lojalny do samego końca! Nigdy nie przyjąłbym ten pracy, gdyby Czesław powiedział, abym tego nie robił. Nigdy! – zapewniał. Ale dziś obaj ze sobą nie utrzymują kontaktów. Ulatowski chyba nie za bardzo się stara, by przekonać Michniewicza o swojej niewinności i wszystko naprawić. Ale czy to znaczy, że jest winny? Może po prostu rozgoryczony, może błąd leży po drugiej stronie.

Niewątpliwie w dziwnych okolicznościach rozpadł się ten świetnie współpracujący duet. Michniewicz Ulatowskiego sprowadził z Islandii do Lecha (już po zdobyciu Pucharu Polski), znał go jeszcze ze studiów. Gdyby nie to, Ulatowski nie znalazłby pracy w polskim futbolu, bo nikt go nie znał. A i na Islandii nie święcił sukcesów. O swoim pobycie tak opowiadał: „Niezależnie czy pracujesz między fiordami, czy w zespole mistrza Polski, jedna rzecz jest najważniejsza – być lepszym od przeciwnika. Trener nie może zapomnieć o żadnym detalu, musi zrobić wszystko, żeby wygrać. Praca w Islandii była dla mnie doskonałym przetarciem, bo popełniłem tam masę błędów, z których wyciągnąłem wnioski. Jestem zadowolony, że te błędy mogłem zrobić tam, a nie w naszej lidze. Pomogło mi tamtejsza mentalność prezesów, którzy mówili – źle zrobiłeś to i to, ale pracuj dalej. Potem z całym bagażem doświadczeń przyjechałem, na zaproszenie Czesia, do Polski, do Poznania. Słynny menedżer Liverpoolu Bill Shankly powiedział kiedyś, że piłka to nie jest sprawa życia i śmierci, tylko coś znacznie poważniejszego. I ja tak to traktuję – to jest moja pasja, spełnienie marzeń, realizacja zawodowa”.

Dodawał też: „Decyzja o zwolnieniu Czesia spadła na wszystkich niespodziewanie, przez kilka dni czułem się jak wyrzutek. Przestali do mnie dzwonić nasi wspólni znajomi, wyczuwałem u wielu osób zdziwienie, że zostałem w klubie, a przecież tyle z Czesiem przeszliśmy… Ja i on wiemy, dlaczego zostałem. Teraz próbują nas poróżnić… Po meczu z Zagłębiem Sosnowiec coś we mnie pękło, wyzbyłem się wątpliwości, czy warto było zostać – znowu zobaczyłem u piłkarzy chęć wygrywania. Cóż, czuję się trochę jak Roger Lemerre, który był asystentem Aime Jacqueta w reprezentacji Francji. Razem zdobyli mistrzostwo świata, a potem Lemerre szedł swoją drogą i sięgnął po mistrzostwo Europy”.

I jeszcze słów parę o ambicjach: „Wsiadłem do tramwaju i jadę, kolejni rywale to kolejne przystanki. W końcu będę musiał wysiąść. Nie zastanawiam się, co dalej. Jeśli wyniki będą takie jak teraz, bo przecież trener jest tak dobry jak jego ostatni mecz, pewnie nabiorę chęci na samodzielną pracę. Ale jeśli zgłosi się do mnie uznany trener, najlepiej Czesiu Michniewicz, to niewykluczone, że bym się zgodził znów stanąć w cieniu”.

Teraz widać, taki trener się zgłosił – Leo Beenhakker. Jeśli Ulatowski nie maczał palców w zwolnieniu Michniewicza, to nic innego na niego nie mamy – jest świetnym fachowcem, inteligentnym młodym człowiekiem, wymarzonym asystentem, który ma otwartą głowę i duże chęci. Jeśli jednak do tego miejsca dotarł po plecach człowieka, który go dla polskiej piłki stworzył, to trzeba go się obawiać – w Lubinie podpiłować musiał tylko krzesło, tu piłować będzie cały tron…