Leo Beenhakker drwi sobie ze wszystkich – oczywiście obronił Jana de Zeeuwa i ocalił go przed zwolnieniem z funkcji dyrektora reprezentacji Polski. Ten menedżer piłkarski nadal więc będzie się kręcił przy kadrze w pełni oficjalnie. Leo jasno pokazał, iż nie pójdzie na jakiekolwiek ustępstwa wobec PZPN i prośby oraz groźby ze strony bądź co bądź pracodawcy ma głęboko gdzieś.
– Liczą się dla mnie umiejętności, a nie paszport – powtarza Beenhakker. Trudno zgadnąć, jakie to szczególne umiejętności posiada de Zeeuw, poza tym, że załatwił Leo dobrze płatną robotę w Polsce i trzeba mu się zrewanżować. I dziwne, że z takim samym zapałem „Mister Tralala” nie bronił polskich asystentów. Oni mogli odejść, droga wolna. Natomiast Holendrzy – jak tak dalej pójdzie – przykują się kajdankami do kaloryferów na Miodowej. Wygląda na to, że wbrew temu co Beenhakker mówi, paszport się liczy i to bardzo – w cenie są tylko holenderskie.

Beenhakker tupnął nogą i de Zeeuw pracuje dalej

Nam coś się wydaje, że Leo jest jak rozkapryszone dziecko, które stawia kolejne żądania i tupie nogami, jeśli natrafia na opór. A działacze PZPN (którzy nie są naszymi idolami) nie potrafią się mu sprzeciwić. Na przykład znaleźliśmy taką notkę PAP z 12 lipca 2006 roku. „Jan de Zeeuw nie będzie menedżerem reprezentacji Polski. PZPN poinformował, że Holender nie może być zatrudniony w związku ani pełnić jakiejkolwiek funkcji w reprezentacji, bowiem jest agentem kilku polskich piłkarzy”.

No i proszę – jednak pracuje i to w najlepsze. Ciekawe, kogo będzie chciał wytransferować tym razem?

Dodajmy, że Jan de Zeeuw menedżerem jest od bardzo, bardzo dawna. Sprzedawał piłkarzy do Holandii, do spółki z Kaczmarkiem – wytransferowali tam Dudka i Małkowskiego. Później, gdy „Strawberry Monster” (de Zeeuw zajmuje się uprawą truskawek na Kaszubach) był już oficjalnie prawą ręką Leo, to niby miał zaprzestać menedżerskiej działalności, ale szybko o tych zobowiązaniach zapomniał i po ledwie kilku tygodniach udzielał się w prasie jako agent Jerzego Dudka.

Zastrzeżeń do jego pracy było sporo, choć wszystkie wypowiadane raczej szeptem. A to Franciszek Smuda stwierdził, że Wasilewskiego do Anderlechtu sprzedał właśnie de Zeeuw, a to słychać było, że na kadrze proponowano zmianę klubów Robertowi Kolendowiczowi czy Wojciechowi Łobodzińskiemu… I tak w kółko, tydzień w tydzień, gdzieś pojawiał się jakiś swąd. Potem znikąd pojawił się wiedeński menedżer, który – jak sądziło i sądzi wielu – był holenderską podstawką.

Nas dziwi, że trzeba było się skompromitować na Euro, żeby de Zeeuwa spróbować zawrócić na plantację truskawek do Sitna koło Kartuz. W dodatku jeszcze nas dziwi, że kierownictwo PZPN nie jest w stanie nawet zwolnić – mimo chęci – pracownika dość niskiego szczebla…