Dziś gramy nie o awans – co do tego nie trzeba się czarować. Gramy o to, by zatrzeć fatalne wrażenie z pierwszych dwóch meczów w finałach mistrzostw Europy. Czyli, tak naprawdę, jak zawsze gramy o honor. Sześć lat temu w Korei i dwa lata temu w Niemczech ten honor jakoś uratowaliśmy. Ale czy uda się tym razem? Czy będziemy dość silni, by pokonać rezerwowy skład Chorwatów? Ci, którzy brali udział w naszej sondzie, ocenili, że jak na razie w Euro 2008 zagraliśmy „kompletnie do dupy” (42 procent), podczas gdy tylko garstka osób uznała, że „więcej nie dało się zrobić” (7 procent). To fatalna statystyka…
Co musi się stać, żeby Polska awansowała do ćwierćfinału, wiedzą pewnie wszyscy, więc nawet nie będziemy tego opisywali. W skrócie – stać się musi cud, jeden z największych w dziejach piłki. Nawet Leo Beenhakker w przypływie szczerości przyznał, że w awans nie wierzy, a dopiero później lekko tę opinię zmodyfikował, dochodząc do wniosku, że „będzie bardzo trudno”.

Czy nasz starszy pan uciszy chorwackiego rockmana?

– Grajmy o dla przyjemności. Przecież jeśli zakończymy te mistrzostwa z czterema punktami, będziemy mogli uznać, że więcej nie dało się zrobić. Bądźmy realistami – komentuje Zbigniew Boniek. I chyba rzeczywiście tak trzeba do tego podejść. Inna sprawa, że z zazdrością będziemy patrzeć na rywali – jak to jest, że kraj, który ma ledwie 4,5 miliona mieszkańców potrafi ograć Anglików czy Niemców, podczas gdy my – ludnościowa potęga – na wieczne klęski jesteśmy wskazani.

Niedawno Jerzy Pilch w dziennikowym dodatku „Nowa Kultura” napisał: „Jak zwykle Nasi przegrali z Niemcami. Przeczytałem niedawno w Dzienniku, że naukowcom japońskim udało się stworzyć mysz, która nie boi się kota. Nawet oni wszakże nie byliby w stanie stworzyć polskiej drużyny, która wygrałaby z Niemcami. Tu najtęższe zagraniczne umysły nie pomogą, taki prawdopodobnie jest plan Boży. Rzekł Bóg do Polaków: – Z Niemcami w piłkę do końca dni waszych w dupę brać będziecie. Pewne plany Boże są niedocieczone. Zdaje się większość”. Piękne, prawda?

Ale tym razem nie gramy z Niemcami, tylko z Chorwatami, więc może plan Boży jest dla nas inny. W dodatku z Chorwatami B, a jak ktoś by chciał być dokładny, to może nawet C, bo przecież ta najmocniejsza Chorwacja w mistrzostwach nie gra, odkąd prawie urwało nogę napastnikowi Eduardo, strzelcowi dziesięciu goli w eliminacjach Euro 2008. Tylko czy ktokolwiek da głowę, że nawet tej mocno osłabionej Chorwacji damy radę? Od meczu z Portugalią, od którego minęło już 20 miesięcy, znajdujemy się na równi pochyłej. Z perspektywy czasu tamto spotkanie zdaje się dziś tylko absolutnym, przypadkowym epizodem. Czy uda nam się wreszcie odbić?

Chorwacja to prawdopodobnie najdziwniejszy zespół Euro – w niedzielę… piłkarze testowali alkoholowe trunki. Trener Slaven Bilić nie ma absolutnie nic przeciwko świętowaniu zwycięstw, zwłaszcza, że sam to lubi. To wschodząca gwiazda trenerki, choć trudno nie odnieść wrażenia, że stworzony jest tylko i wyłącznie dla reprezentacji Chorwacji – tu doskonale wpisuje się w mikroklimat, napędzany jest tą ogromną chorwacką dumą narodową.

Nam zaimponował wypowiedziami po wygranym 3:2 meczu na Wembley. – Najpierw w mediach namawialiście McClarena, żeby pozbył się z kadry Beckhmama, a kiedy to zrobił chwaliliście go. A pod koniec jęczeliście: „Gdzie jest Beckham, to wielki piłkarz!” To angielskie media stworzyły kretyńską aurę wokół futbolu na Wyspach. To wy wykreowaliście WAG’sy (wifes and girlsfriends), to wy daliście kolumnę w gazecie Alex Curran (dziewczyna Stevena Gerrrarda) i wykreowaliście je wszystkie na gwiazdy! Wy Anglicy zawsze szukacie tłumaczeń nie tam gdzie trzeba. Zamiast się przyznać, że po prostu byliście słabsi od Chorwatów, obwiniacie za wszystko McClarena. Mówicie: „wszystko przez McClarena, gdybyśmy od początku mieli Fabio Capello bylibyśmy na szczycie”. Nawet wasi piłkarze to mówią! Sami się wińcie. Po co cztery dni przed kluczowym meczem z Chorwacją zagraliście towarzysko z Austrią? To była oznaka braku szacunku dla nas – tak przemawiał Bilić. Przeprowadził zmasowany atak na Anglię nie tylko na boisku, ale i poza nim. Kto inny by się odważył i kto inny zrobiłby to w takim stylu?

Nie mamy swojego Bilicia, mamy Beenhakkera. Nie rockmana, ale starszego pana, który też ma (miał?) swój urok. Wierzymy, że dziś znowu będzie – w wielkim stylu – trenował piłkarzy, a nie dziennikarzy na pomeczowej konferencji, pohukując z powodu „pytań nie na miejscu”.

KIM SÄ„ REZERWOWI, KTÓRZY ZAGRAJÄ„ PRZECIW POLSCE – KLIKNIJ TUTAJ

CZY STRZELI NAM GOLA PIŁKARZ BEZ NERKI – KLIKNIJ TUTAJ

ZOBACZ JAK TRENER BILIĆ GRA NA GITARZE – KLIKNIJ TUTAJ