Reklama

Phelps czuł, że może ze mną przegrać, dlatego zrezygnował z bezpośredniej walki

Kamil Gapiński

Autor:Kamil Gapiński

26 września 2017, 18:03 • 11 min czytania 7 komentarzy

Czego Paweł Korzeniowski uczy się od Jurgena Kloppa? Jak doszło do tego, że jeden z najlepszych polskich pływaków w historii zakochał się w Liverpoolu? Czemu nie udało mu się nigdy zdobyć medalu olimpijskiego, chociaż na igrzyskach w Atenach był bardzo blisko? Dlaczego tuż po zakończeniu kariery nie miał wodowstrętu, a wręcz przeciwnie – zaczął karierę trenerską plus zajął się triathlonem? Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedź poniżej.

Phelps czuł, że może ze mną przegrać, dlatego zrezygnował z bezpośredniej walki

Były rekordzista świata na 400 m stylem dowolnym Artur Wojdat powiedział w jednym z wywiadów, że przez lata po zakończeniu kariery nie wszedł do basenu, bo aż tak bardzo miał dosyć pływania. Rozumiesz go?

Tak, ponieważ po przepłynięciu dziesiątek tysięcy kilometrów można złapać wodowstręt. Mnie na szczęście to ominęło po zakończeniu kariery, ale w jej trakcie różnie to bywało. Pamiętam, że w najcięższym okresie przygotowawczym pływałem na jednym treningu po osiem kilometrów. A że miałem dwa dziennie, to tygodniowo „pękała” stówka. Przy takim obciążeniu zdarzało się, że człowiek miał wszystkiego dość. Chociaż jak po tej katordze pojawiały się odpowiednie wyniki, to oczywiście dochodziłem do wniosku, że wcześniej warto było cierpieć.

Ile kalorii dziennie pochłaniałeś kiedy byłeś w takim treningu?

Obstawiam, że jadłem pięć-sześć tysięcy plus dochodziły do tego odżywki, więc łącznie to na spokojnie z osiem.

Reklama

Otylia Jędrzejczak przyznała kiedyś, że podczas wielogodzinnych treningów w basenie z nudów… wymyślała fabułę do swojej książki. Jak ty zabijałeś ten czas?

Albo skupiałem się na technice i wkręcałem sobie przy okazji, że przed kimś uciekam, albo… nuciłem sobie piosenki. Oczywiście w myślach, bo ciężko byłoby podśpiewywać podczas pływania (śmiech). Przeważnie były to utwory, które usłyszałem rano podczas jazdy na trening i wpadały mi w ucho. Chociaż naturalnie zdarzało się, że koledzy po złości wkręcali człowiekowi do głowy jakąś fatalną melodię, która potem męczyła mnie i męczyła.

Po zakończeniu kariery w zeszłym roku uznałeś, że nie robisz sobie dłuższej przerwy od sportu. Niemalże od razu skupiłeś się na trenowaniu innych i przygotowaniach dla triathlonu.

Uznałem, że kocham to pływanie tak bardzo, iż nie mógłbym mieć z nim dłuższego rozbratu. Owszem, po igrzyskach w Rio de Janeiro trochę odpoczywałem, urodziło mi się też dziecko, więc na chwilę oddaliłem się od sportu. Ale już po jakimś czasie mnie nosiło, wiedziałem więc, że muszę wrócić na basen. Ponadto stwierdziłem, że jako głowa rodziny muszę po prostu zarabiać, a najlepiej robić coś, na czym się znam, prawda? Rozkminiłem swój biznes i jestem z tego zadowolony.

Czyli znowu nie udało ci się dłużej pospać.

Prawda. Niedawno uświadomiłem sobie, że bodajże od dwunastego roku życia wstaje na treningi po piątej rano. To oczywiście wiąże się z tym, że kładę się wcześniej, koło 22. Jestem śpiochem i kiedy budzę się niewyspany, bywam rozdrażniony. Potrzebuję mniej więcej ośmiu godzin odpoczynku, żeby potem normalnie funkcjonować.

Reklama

Jakim jesteś trenerem?

Wymagającym, ale sprawiedliwym. No i podchodzącym indywidualnie do każdego pływaka. Nie robię tak, jak niektórzy szkoleniowcy, dostosowujący zawodnika do swojego planu. Ja staram się przypasować plan do możliwości danego sportowca. Za moich czasów wszyscy byli wrzucani do jednego worka, więc tego unikam. Pamiętam na przykład, że gdy chciałem pływać sprinty i łączyć to z występami na 200 m delfinem, szkoleniowcy mieli z tym problem. A przecież można to wszystko pogodzić, co znakomicie udowodnił chociażby Chad le Clos.

Słyszałem, że zdarza ci się wypraszać podopiecznych z zajęć. Za co u Pawła Korzeniowskiego można wylecieć z treningu?

Jak ktoś mocno pyskuje, a ja jestem dodatkowo niewyspany, to w takiej sytuacji delikwent ma przegwizdane (śmiech). Nie znoszę też spóźnialswa. Wiadomo, że w Warszawie zdarzają się korki, więc toleruję przyjście na trening pięć minut po czasie, ale już piętnaście – nie. A jak jeszcze widzę, że taki gość wchodzi na basen niczym królewicz, wolnym krokiem, to wtedy faktycznie ciśnienie mi skacze. Wkurza mnie też, gdy ktoś nie wyciąga wniosków z popełnianych błędów. Ja wcześniej przerobiłem chyba wszystkie możliwe jako zawodnik, więc kiedy tłumaczę danemu pływakowi, co ma robić, żeby iść do przodu, powinien mnie słuchać, bo naprawdę mówię o rzeczach, na których się znam. Niestety, różnie to bywa.

WARSZAWA 30.09.2016 LEGIA WARSZAWA - KONFERENCJA SEKCJI PLYWACKIEJ - PLYWANIE JAN PENSKO PAWEL KORZENIOWSKI LUKASZ DRZEWINSKI FOT. MARCIN SZYMCZYK FOTOPYK/ 400mm.pl

Dlaczego pracujesz akurat w Legii Warszawa?

W 2004 roku, podczas igrzysk olimpijskich w Atenach, stwierdziliśmy z Łukaszem Drzewińskim, że kiedyś chcielibyśmy zająć się szkoleniem swoich następców. On skończył karierę dużo wcześniej, więc zajął się trenowaniem i tak wyszło, że związał się z Legią. Kiedy ja powiedziałem stop, postanowiłem do niego dołączyć. Mamy podobne spojrzenie na pływanie, więc robota idzie nam dobrze. Jestem głównym trenerem, mam swoją wizję, staram się ją zrealizować. Nie chciałem być niczyim asystentem, bo moje pomysły wielu osobom ciężko było zaakceptować.

Dlaczego?

Mam wrażenie, że niektórzy szkoleniowcy w Polsce stoją w miejscu. Mimo wielu niepowodzeń, od lat trenują tak samo. Są zamknięci na nowinki, a ja je uwielbiam. To trochę jak z prowadzeniem firmy – co jakiś czas trzeba aktualizować system, bo jeśli tego nie zrobisz, twój biznes zostanie w tyle za konkurencją.

Ile osób szkolicie?

Mamy siedmiu seniorów i kilkunastu juniorów, łącznie w sekcji pływa około trzydziestu osób. Prowadzę ich właśnie z Łukaszem Drzewińskim i Robertem Białeckim. To trener, który w przeszłości ze mną pracował. Po tych traumatycznych przejściach uznał, że woli zająć się dzieciaczkami (śmiech). On pokazuje dużo techniki, i bardzo dobrze, bo w większości klubów stawia się na liczbę przepłyniętych kilometrów, co nieco niszczy juniorów. W efekcie kończą karierę mając 16 czy 17 lat. My chcemy tego uniknąć, uważamy, że młodym wieku najważniejsza jest technika, a większy kilometraż robi się za seniora, wtedy można odpalić petardę.

Twoja młodzież jest zdolna?

Tak, mam dwóch zawodników, którzy mogą załapać się już na igrzyska olimpijskie w Tokio. Choć na występ w finale będzie dla nich chyba za wcześnie.

Ty nie zdobyłeś nigdy olimpijskiego medalu, choć w Atenach niewiele ci zabrakło.

To prawda, zająłem czwarte miejsce w wyścigu na 200 m delfinem. By stanąć na podium, zabrakło mi tego czegoś. Tak zwanego błysku, który robi różnicę. Ciekawie opowiadał o nim kiedyś Adam Małysz. Tłumaczył, że od razu po wyjściu z progu wiedział, czy jest coś ekstra, czy też nie. No to u mnie, niestety, w Grecji tego zabrakło. Teraz widzę jakie popełniłem wtedy błędy. Gdybym mógł cofnąć czas, naprawiłbym je i tym samym sięgnął po krążek.

Opowiedz o nich.

Nie odżywiałem się tak, jak należy, dziś zwróciłbym dużo większą uwagę na dietę. Poza tym ciężko mi się pływało, chyba byłem ciut przetrenowany. Za mało czasu poświęcałem też na regenerację. Cóż, człowiek miał 19 lat, więc nie wiedział o życiu tyle co dziś.

Byłeś wtedy przybity?

Nie, uważałem ten wynik za sukces, byłem dzieciakiem, który rok wcześniej na mistrzostwach świata zajął chyba piętnaste miejsce, więc wykonałem spory krok do przodu.

tumblr_n09tc70j9g1sjim5po6_1280

Rok później na tym dystansie wywalczyłeś swój jedyny złoty medal mistrzostw świata, w Montrealu.

Już przed zawodami wiedziałem, że to moja szansa, którą muszę wykorzystać. Michael Phelps odpuścił tę konkurencję, nie płynął też Japończyk Takashi Yamamoto, który w Atenach był drugi, a brązowy medalista igrzysk, Stephen Parry, zakończył karierę. Siłą rzeczy byłem więc jednym z faworytów do złota. Swoją szansę wykorzystałem w 100 %.

Po tym wyczynie odbiła ci palma?

Nie, skupiłem się na tym, żeby na kolejnych dużych zawodach, w Budapeszcie, pobić rekord świata na 200 m delfinem. Niestety, nie udało się, chociaż na treningach miałem znakomite czasy, lepsze niż przed Montrealem. Nie wyszło, bo chyba znowu byłem nieco zajechany.

Po wywalczeniu złota w Kanadzie wielu uważało, że zostałeś mistrzem tylko dlatego, że Phelps nie startował na tym dystansie.

W trakcie imprezy w Montrealu powiedział na konferencji prasowej, że w przyszłym tygodniu na mistrzostwach USA pokaże, kto jest najlepszym delfinistą. Popłynął w nich jednak o dwie dziesiąte sekundy wolniej ode mnie. Słyszałem, że po wszystkim był wściekły, po wyjściu z basenu uderzył mocno ręką w ścianę, nie chciał też spotkać się z dziennikarzami na kolejnej konferencji. Pomyślałem sobie wtedy, że gdyby ze mną płynął w MŚ, to i tak mógłbym wygrać. Michael chyba też to czuł, pewnie dlatego w Kanadzie zrezygnował z bezpośredniej walki.

Teraz zamieniłeś pływanie na triathlon. Nie bałeś się uprawiać tego sportu? Bywa kontuzjogenny, a ty z kolei jesteś trochę pechowy. Kiedyś potknąłeś się na basenie i rozwaliłeś bark, innym razem złamałeś stopę podczas gry w piłkę.

Nie czułem strachu, ale faktycznie miałem już kilka sytuacji stykowych, chociaż bawię się w triathlon od niedawna. Gdy jechałem na rowerze, pare razy mijano mnie autem dosłownie o centymetry. Jeden facet krzyknął do mnie „jak coś, to ty byś się rozwalił, a nie ja”. Skrajny debilizm. Mimo ryzyka wolę tę formę ruchu niż jazdę na trenażerze. Próbowałem, średnio mnie to kręci. Jadę, gapię się na telewizor, nie ma powiewu wiatru, nie czuję wtedy przyjemności, dla mnie jest to trochę takie katowanie się. 

Jak wspominasz swój pierwszy triathlonowy sezon? Nie brakowało w nim sukcesów – w Gdyni, w charytatywnym starciu dwóch Korzeniowskich na dystansie sprinterskim, pokonałeś Roberta.

To było dla mnie udane sportowo lato. Przed pierwszym startem nie wiedziałem na co mnie stać, teraz myślę sobie, że wygląda to obiecująco, chociaż oczywiście nie brakowało problemów. Podczas zawodów w Warszawie zaliczyłem tylko pływanie i rower, już przed nimi wiedziałem, że nie mogę biec. Cierpiałem na zapalenie okostnej, podejrzewano przeciążeniowe złamanie piszczeli, nie chciałem więc ryzykować, żeby nie pognębić urazu. Pewnie jakbym wtedy wystąpił, miałbym z głowy cały sezon. Wielu amatorów popełnia taki błąd, że mimo kontuzji idzie na żywioł, na zasadzie może się uda. Na triathlonowych zawodach rzuciło mi się też w oczy, że niejeden zawodnik nie jest przygotowany na dystans, na jakim startuje. Ktoś robi połówkę Ironmana, schodzi z roweru i widzę, że ledwo biegnie, bo nie trenował wcześniej wystarczająco dobrze. Bez sensu, ten sport ma być dla człowieka przyjemnością, a nie katorgą.

uid_5227802396314ecffdafbbb1be27c29d1501943091186_width_620_play_0_pos_0_gs_0_height_348

Tobie w pierwszym sezonie startowym opadł jeden z głównych problemów początkujących triathlonistów.

Wiem do czego zmierzasz – nie muszę płynąć w tej „pralce” pełnej ludzi. Od razu idę do przodu, omija mnie to całe rozpychanie. Ja płynę 50 m w tempie około 30 sekund, dla 95 % triathlonistów jest ono nieosiągalne. To dla mnie handicap, ale pamiętajmy również, że na tej dyscyplinie najmniej mogę zyskać, szczególnie na dystansie olimpijskim, na którym głównie walczyłem. Może gdyby na nim było 3 km pływania, wychodziłbym z wody ze sporą przewagą nad większością zawodników. Ale że jest półtora, to nie wynosi ona więcej niż 10 minut, które dobry rywal może potem zniwelować na rowerze czy biegu.

Na swoim debiucie w Sierakowie po raz pierwszy w życiu płynąłeś na zawodach w piance. Jak wrażenia?

W przyszłym roku zamierzam pływać w takiej bez rękawów. Gdy je miałem, czułem jakby to ograniczało moje ruchy. Nalało mi się do środka trochę wody i za każdym razem, gdy przenosiłem rękę przy kraulu, miałem wrażenie, że dźwigam dodatkowe pół kilograma. Po kilkuset takich ruchach czułem się zmęczony.

Może źle dobrałeś piankę, może była za duża?

Nie, testowałem różne, mam wrażenie, że do każdej naleje się trochę wody.

Niebawem będziesz zajmował się też triathlonem od strony szkoleniowej.

Na początku października otwieramy w Legii sekcję pływacką dla zawodników uprawiających ten sport. Pracuję już zresztą z triathlonistami w swojej szkole „5Styl”. Zauważyłem dzięki temu, jakie przeważnie popełniają błędy. Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy – wszyscy dużo biegają, jeżdżą na rowerze, coś tam pływają, ale zapominają o rozciąganiu. Widzę gościa X na basenie, jak próbuje obciągnąć stopę i nie bardzo mu to wychodzi. Ma za mocno zbity staw skokowy, w efekcie czego taka osoba nie będzie pływała naprawdę szybko, nawet jeśli regularnie wpada na pływalnię i robi sporo kilometrów. Elastyczność to podstawa, dzięki temu idziemy w wodzie do przodu.

Rzadko kiedy rozmawiam na Weszło z przedstawicielami innych sportów o piłce nożnej, ale z tobą muszę, bo jesteś kibicem Liverpoolu.

Uwielbiam ten klub, oglądam wszystkie jego mecze. W przeszłości zdarzało się, że patrzyłem na nie w trakcie… zawodów. Najpierw robiłem rozgrzewkę, potem miałem do startu półtorej godziny, więc odpalałem telefon lub laptopa i zerkałem co się dzieje.

Skąd ta fascynacja?

Nie będę oryginalny – wszystko zaczęło się od słynnego finału Ligi Mistrzów z Milanem. Strasznie podobał mi się wtedy charakter piłkarzy The Reds, duże wrażenie zrobił też Jurek Dudek w bramce. Później go poznałem, co było dla mnie wielkim „wow”.

Ja w sumie jestem to tego klubu… trochę podobny. Nie zawsze osiągałem sukcesy, czasem bywało gorzej, czasem naprawdę kiepsko, a mimo to nie poddawałem się i szedłem do przodu. Tak samo jest z Liverpoolem. Oczywiście przez brak sukcesów tej drużyny wielu kolegów się ze mnie podśmiewa. Dzielnie to znoszę, liczę też, że dzięki Jurgenowi Kloppowi pójdziemy do przodu. Lubię oglądać wywiady z nim. Ciekawie opowiada, poza tym The Normal One ma fajne podejście do piłkarzy. Podpatruję jak z nimi rozmawia, uczę się, a potem próbuję niektóre rzeczy przekładać na moje relacje z pływakami. Mam nadzieję, że w końcu zobaczę Niemca w akcji na żywo. Wstyd się przyznać, ale jeszcze nie byłem na Anfield Road. W sumie dobrze, że wyznałem to publicznie, będę miał większą motywację, by w końcu ruszyć się na ten wyjątkowy stadion (śmiech).

ROZMAWIAŁ KAMIL GAPIŃSKI

Fot. 400mm.pl

Kibic Realu Madryt od 1996 roku. Najbardziej lubił drużynę z Raulem i Mijatoviciem w składzie. Niedoszły piłkarz Petrochemii, pamiętający Szymona Marciniaka z czasów, gdy jeszcze miał włosy i grał w płockim klubie dwa roczniki wyżej. Piłkę nożną kocha na równi z ręczną, choć sam preferuje sporty indywidualne, dlatego siedem razy ukończył maraton. Kiedy nie pracuje i nie trenuje, sporo czyta. Preferuje literaturę współczesną, choć jego ulubioną książką jest Hrabia Monte Christo. Jest dumny, że w całym tym opisie ani razu nie padło słowo triathlon.

Rozwiń

Najnowsze

Komentarze

7 komentarzy

Loading...