Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Zbierałem się do tego tekstu od dość dawna, ale zazwyczaj złość – nakręcająca do pisania – mijała mi po jakiejś minucie i uznawałem, że nie warto tracić czasu. Jednak w końcu głos zabrać trzeba, nie można udawać, że deszcz pada, kiedy plują z różnych stron. Na mnie, na moich kolegów, na moich pracowników.

Wykształciło się oto w Polsce grono dziennikarzy-moralizatorów, którzy robią za sumienie branży. Pouczają, co wolno, a czego nie, co wypada i kiedy, znawcy dworskiej etykiety. Istnieją nawet specjaliści w tym zakresie, którzy nie piszą o niczym innym, jak o dziennikarzach, nadając sobie – nie za bardzo wiem, na jakiej podstawie – plenipotencje do występowania w imieniu „środowiska”. W swoim odklejeniu od rzeczywistości zdaje im się, że zasiedli na jakimś tronie, z którego będą pokazywać kciuk w górę lub w dół.

Wasze grono – arcymistrzów klasy i szyku – jest zróżnicowane, ale muszę wam wszystkim naraz i każdemu z osobna zakomunikować krótko i jasno…

Nie będzie mnie moralizował ktoś, kto porzucił własne dzieci.
Nie będzie mnie nawracał ktoś, kto bywał na klubowych imprezach, gdzie zamawiano prostytutki.
Nie będzie mnie uczył biznesu ktoś, kto kręcił na delegacjach.
Nie będzie mnie napominał człowiek, który na koszt oligarchy kwaterował całą rodzinę w hotelu podczas turnieju tenisowego.
Nie będę słuchał o klasie ze strony kogoś, kto notorycznie łamie dane słowo.

Nie chcę słuchać pouczeń od zawistnych manipulatorów, cwaniaczków, kurwiarzy, podrzędnych oszustów, leni patentowanych, żigolaków. Panowie, żeby robić za sumienie branży, najpierw trzeba mieć sumienie własne. Nie wystarczy dobrze dobrana marynarka, by zostać dżentelmenem.

Tak, wiem, nie jesteście – mądrale – przyzwyczajeni do takiego języka. Ale to lepsze od waszego sposobu – drobnych insynuacji, gdzieniegdzie przemyconych dyskredytujących sugestii, niby niewinnych uszczypliwości i uwag, grubych kłamstw podawanych w formie niewinnych kłamstewek…

*

Jeden temat powraca dość często. Z jakiegoś powodu nakręcono spiralę, że jakiekolwiek promowanie firm bukmacherskich to niemalże zbrodnia na zawodzie. Popełniam tę zbrodnię regularnie i nie mam zamiaru przestać, nawet mam nadzieję, że dopiero rozwijam skrzydła. I proszę moich ludzi, by też promowali.

Firmy bukmacherskie działają w Polsce legalnie i nie widzę najmniejszego powodu, żeby miały być objęte jakimiś nadzwyczajnymi sankcjami. Szczerze nie rozumiem problemu – nikt mi jeszcze przekonująco nie wytłumaczył, dlaczego tej gałęzi biznesu należy unikać jak ognia i z jakimi to fatalnymi konsekwencjami wiąże się ta właśnie współpraca reklamowa. Nie mam świadomości, dlaczego mieliby się wstydzić Borek, Twarowski, Ćwiąkała, Smokowski, Kołtoń, Pol, Rudzki, Wiśniowski, Polkowski, Żyżyński, Koźmiński albo Olkiewicz czy Milewski (na pewno o kimś zapomniałem, przepraszam). I od razu zaznaczę: „to się domyśl” nie jest odpowiedzią. Chciałbym wiedzieć konkretnie, czy mogę reklamować porównywarkę ubezpieczeń samochodowych (miałem propozycję, na sam koniec nie wypaliło), a firmy bukmacherskiej nie mogę, czy też nie mogę ani jednego, ani drugiego? A jeśli tak, to dlaczego? Bukmacher nie wpływa w żaden sposób na treść tekstów czy magazynów wideo, nie rości sobie prawa do jakiegokolwiek ingerowania w działalność dziennikarską. W czym więc rzecz?

Tak, wiem, że część ludzi się uzależnia – i mam wam zupełnie szczerze powiedzieć, co o tym myślę? Tak naprawdę szczerze? Myślę, że to ich, a nie mój problem. Tak jak nie moim problemem byliby ludzie uzależnieni od czekolady i chorujący na cukrzycę czy miażdżycę, gdybym akurat czekoladę promował. Nie moim problemem byłaby otyłość, gdyby swój budżet reklamowy chciała zostawić sieć fast-foodów (zapraszam). Jak ktoś nie może grać, to niech nie gra, jak ktoś nie może pić – niech nie pije. Kto może uznać to co piszę za cyniczne, a to jest po prostu prawdziwe.

Na stałe współpracuje ze mną ponad 40 osób. Mógłbym dwudziestu z nich powiedzieć: – Wiesz co, jednak musimy zakończyć współpracę, bo zamykamy radio, zmniejszamy liczbę artykułów na stronie. Wszystko dlatego, że jeden mędrzec napisał, że reklamowanie bukmacherów jest niemoralne. Teraz będziemy reklamować firmy proekologiczne, co sprawi, że nagramy jeden podcast miesięcznie.

Tak, mógłbym tak zrobić, zwolnić połowę ludzi i uznać, że teraz już będę branżowym drogowskazem. Jakoś bym sobie poradził. Może zająłbym się produkcją clicbaitów i zamieszczaniem reklam w stylu „Była zwykłą dziewczyną z Raciborza, dzisiaj zarabia 20 000 dziennie – zobacz jak”. To jest mniej więcej to wasze (no, niektórych z was) gówno, którego nie zauważacie na co dzień obok siebie. Ale przepraszam bardzo – nie zrobię tego. Każda osoba, z którą się miesiąc w miesiąc rozliczam za wykonaną pracę ma dla mnie większe znaczenie niż wasze utyskiwania. Buduję legalnie swój biznes i będę to robił dalej. Kto wie, może uda się pozyskać tak dużo reklam z branży bukmacherskiej, że za rok będę współpracował nie z 45, ale ze 145 osobami. Oby.

Na dzisiaj mnie po prostu nie stać, by utrzymać skalę działalności przy jednoczesnej rezygnacji ze współpracy z bukmacherami, czyli mniej lub bardziej bezpośrednie apelowanie o to jest tak naprawdę apelem, abym znacząco ograniczył wszystko, czym zajmuje się Weszło. Jest to więc apel, abym zaszkodził sobie, swojej rodzinie, swoim pracownikom i ich rodzinom. Dość głupi, bo wciąż nie wiem – w imię czego? Szczerze mówiąc, reklamowanie bukmachera uważam za znaczcie uczciwsze niż reklamowanie suplementów diety czy innych „cudownych” preparatów. Ktoś powie – to nie dziennikarze bezpośrednio reklamują takie specyfiki, robią to ich pracodawcy, firmy, wydawnictwa, a ja powiem: dziennikarze spełniają rolę naganiaczy.

Wy, mądrale branżowi, jesteście różni. Niektórzy kradną ludziom czas, naciągając ich na kliknięcia żebraczymi sztuczkami, co generuje setki milionów odsłon reklam. Inni pracują w firmach, które rozsyłają tony spamu i gdzie artykuł kupić sobie można jak zabawkę w sklepie. Jeszcze inni jedynie pierdzą w stołek, tak naprawdę oszukując swojego pracodawcę, że coś robią i raz na ruski rok klecąc kilka wyrafinowanych zdań. Kolejni mają ciepłe posadki i etaty w firmach, które przez lata w sposób kontrowersyjny ugruntowały swoją pozycję rynkową i uwłaszczyły się na polskich przemianach, na Magdalence.

Mnie nikt niczego za darmo nie dał. Zanim z kimś rozpocznę współpracę, muszę najpierw zapracować na jego wynagrodzenie. Muszę przynieść do firmy jakieś 4 miliony złotych rocznie, czyli 333 tysiące miesięcznie, 77 tysięcy tygodniowo, 11 tysięcy dziennie. Nie mogę zająć się jedynie robienie mądrych min i mówieniem: uuu, tak być powinno…

Dużo rzeczy być nie powinno. Fałszywych informacji podawać się nie powinno, nakręcać paniki dla klików też się nie powinno, i tak dalej. Niedawno o moim koledze napisano, że jest oskarżony o wyłudzanie podatku VAT, dobrze się klikało. Odpisał, że to nieprawda, więc tekst… zaktualizowano w archiwum. Ale widzieliście gdzieś sprostowanie? Nie, sprostowania i przeprosin nie będzie, bo „niewłaściwie wskazał adresata żądania”, a poza tym przecież już wszystko poprawiono i jak ktoś będzie za dziesięć lat sobie googlował, to znajdzie.

Dajcie mi spokój ze swoimi „zasadami”. Przez lata nie widzieliście, na czym zarabiają wasze wydawnictwa? Jakie mają deale? Co za co? Spotkania koło śmietnika, negocjowanie kształtu konkretnych ustaw? Podwaliny pod dzisiejszą pozycję skąd się wzięły? Krasnoludki zbudowały? Odbieraliście pensję i wydawało wam się, że każda złotówka taka czyściutka? No kurwa, nie.

Tak, reklamujemy bukmacherów. Normalne, transparentne firmy. Zapraszamy wszystkich do współpracy. Taką akurat mamy u siebie grupę docelową: głównie mężczyzn, głównie przed 40, zainteresowanych sportem i piłką nożną w szczególności. Nie przychodzą do nas producenci damskich kosmetyków, rzadko mamy reklamy szamponów, nie sprzedajemy kołder i garnków, natomiast bardzo często chcą się promować buki. Na ile to możliwe, będziemy rozwijać biznes, czy tego chcecie czy nie. Wam – waszym pracodawcom – czasami pieniądze spadają z nieba. Ot, sąd nakaże komuś przeprosić pomówioną osobę dziwnym trafem akurat na waszych łamach i cyk, już jest na pięć pensji. Wpadnie jakieś ogłoszonko. Ja tak łatwo nie mam.

A wy – ślepi na jedno oko – możecie dalej udawać porządnych.

*

Ileż to było gadania, że na Weszło teksty nie są podpisywane. Pytałem czasami: co wam po tych podpisach, skoro branża jedzie na fikcyjnych nazwiskach, przypadkowych inicjałach? Co, wczoraj się urodziliście? Mogę się podpisać Ziutek Banan i co z tego? Lepiej się wtedy poczujecie? To byłoby nawet wygodne, bo w razie czego bym Ziutka Banana zwolnił i powiedział, że problem rozwiązany. A tak jest na mnie, a nie na Ziutka.

Hipokryzja wszędzie wokół.

Powiem wam coś o zasadach. Staram się pisać to, co naprawdę czuję, a nie to, co czują inni. Staram się być dobrym, wiarygodnym człowiekiem – w życiu i biznesie. Staram się dotrzymywać słowa i jak podam komuś rękę to jest to ważniejsze od kontraktu. Staram się być fair wobec osób, które ze mną współpracują i firm, które mi zaufały. Być w porządku wobec osób, które są w porządku. Nie zawsze mi to wszystko wychodzi, ale zazwyczaj się udaje. Staram się działać tak, by codziennie ze spokojem patrzeć w lustro. I zapewniam was: to, że zamieszczę banner bukmachera i że napiszę, że moim zdaniem Monaco wygra ze Strasbourgiem (a przegrało!) wcale nie mąci mi nastroju.

Bardziej by mi zmąciło nastrój, gdybym musiał wezwać kogoś na rozmowę i powiedzieć „szukaj nowej pracy, ponieważ chcę się przypodobać kilku obłudnikom”.

Dzielę was, mądrale, na trzy podgrupki: na niedojdy życiowe, które po prostu nie mają pojęcia o tym jak działa biznes (nieliczni), na zawistnych chujków, które wszystko doskonale rozumieją, tylko najbardziej są wkurzeni, że to nie oni (liczni) oraz na tych, których zwyczajnie nie rozumiem i nie potrafię należycie zdefiniować (margines).

Piszcie sobie dalej, wracam do roboty. Właśnie budujemy nowe studio do produkcji youtubowych, trzeba na nie uczciwie zarobić, bo z nieba nam te pieniądze nie spadną.

KRZYSZTOF STANOWSKI

KOMENTARZE (124)