Biała Mewa, Piękniś i klub straconych szans. Wasyl, rozdział: Płock
Weszło Extra

Biała Mewa, Piękniś i klub straconych szans. Wasyl, rozdział: Płock

Mila, Mierzejewski, Peszko, Jeleń, Sobolewski, Matusiak, Łobodziński, Wasilewski. Skład na jakiś ważny mecz reprezentacji Polski czasów – mniej więcej – Beenhakkera? Nie. To piłkarze, którzy na przełomie wieków przewinęli się przez Wisłę Płock.

Wasyl w Płocku spędził trzy lata, podczas których zadebiutował w pucharach, przetrwał wkupne na Krupówkach, powiedział do trenera „Krzycz, krzycz, parę meczów i ciebie nie będzie”, poznał smak czołówki Ekstraklasy, pierwszego meczu w kadrze, ale też szatnię, której szkodziła bliskość Warszawy i tamtejszych kasyn.

***

Wierzchowski – Mosór, Wasilewski, Jurkowski – Sobolewski, Mila, Łobodziński, Peszko, Mierzejewski – Jeleń, Matusiak.

Na ławce Sejud, B. Grzelak, Agafon, Miąszkiewicz, Adamczyk, Geworgian, Romuzga, Saganowski, Gęsior, Kobylański, Majewski, Terlecki, Saganowski, P. Sobczak, Dżikija, Budka, Klimek, Rachwał, Kapsa, Maćkiewicz, Pachelski, Nosal, Wojnecki, Mikulenas, Strąk, Preiksaitis, Janus, Ekwueme, Podbrożny, Nazaruk, Magdoń, Sedlacek.

To tylko niektórzy piłkarze, którzy przewinęli się przez Wisłę Płock w latach 99-2006. Niektóre z tych nazwisk mogą w oczywisty sposób robić wrażenie, inne mogą wymagać dookreślenia: Ekwueme z Wisły Płock pojechał na Puchar Narodów Afryki, Preiksaitis był postrzegany jako jeden z najlepszych rozgrywających, Nosal u Wójta załapał się na kadrę, Wierzchowski przychodził z Werderu, i tak dalej, i tak dalej. Wisła Płock, gdyby zachowała więcej konsekwencji, więcej rozeznania co do stanu posiadania własnej szatni, mogła w pewnym momencie utrzeć nosa wszystkim. A tak mało brakowało, a nie skończyliby kariery Radosławowi Sobolewskiemu, niszczonemu w rezerwach.

Jerzy Podbrożny w wywiadzie Jakuba Białka wspominał: – Przecież gdyby Groclin nie wykupił Radka Sobolewskiego, mógłby skończyć grę w piłkę. Ile on nie grał? A taki dobry zawodnik. Że tego nikt nie widział z Orlenu – dziwię się. Szkoda było pieniędzy na ten klub.

Dlatego w całym środowisku ukuło się mówić: chcesz zapomnieć jak się gra w piłkę, idź do Płocka.

Ta niestabilność w szatni, ciągłe drzwi obrotowe, na swój sposób symbolizują ciągłe zmiany nazwy klubu: na przestrzeni kilku lat od Petrochemii, przez Petro, Orlen, aż w końcu wróciła do Wisły.

MARCIN WASILEWSKI, BARTOSZ JURKOWSKI, DARIUSZ GESIOR, RADOSLAW MATUSIAK, IRENEUSZ JELEN WISLA PLOCK - LEGIA WARSZAWA PILKA NOZNA 18.10.2003. PLOCK FOT.: GRZEGORZ MICHALOWSKI --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

***

Które z 72 transferów dokonanych w ostatnich latach w Płocku uznałby Pan za trafne?

Krzysztof Dmoszyński: – Poproszę o inny zestaw pytań.

Wyborcza Płock, 2001 rok, czat  z kibicami.

***

– Patrząc później, po piłkarzach jacy grali w Wiśle Płock, jacy stąd odchodzili, to można było osiągnąć w Płocku więcej.

Wojciech Łobodziński.

***

Duże możliwości i plany Wisły Płock pokazują zresztą nie tylko piłkarze.

Po pierwsze, Wisła Płock wtedy mogła pochwalić się oddaniem nowego stadionu – problem w tym, że postawiła go jeszcze, by tak rzec, w starym budownictwie, niemniej wtedy to było coś, grywała tu kadra, rozgrywając mecze z USA czy Serbią.

Po drugie, w 2000 roku sprowadzili Dariusza Wdowczyka na szkoleniowca. Dziś wiadomo, że to postać niejednoznaczna, szczególnie w kontekście trenerskim, ale wtedy? Wdowczykowi wróżono rychłą selekcjonerkę. Wdowczyk dopiero co został z Polonią mistrzem kraju, a teraz trafiał do Płocka.

Po trzecie, prezesem Wisły Płock został Krzysztof „Biała Mewa” Dmoszyński (luty 2001 – czerwiec 2001, luty 2002 – kwiecień 2007), postać na osobną opowieść, wówczas bezsprzecznie pierwszoplanowa w polskiej piłce. To on pomagał Januszowi Romanowskiemu przy konstruowaniu Legii Warszawa wchodzącej do Ligi Mistrzów – był choćby pomysłodawcą tworu o nazwie Pogoń Konstancin, który sprawiał, że piłkarze należeli do Romanowskiego, nie do klubu. To on był kierownikiem w reprezentacji Janusza Wójcika, wspominając po latach w Piłce Nożnej, jak blisko występu u Wójta w Bangkoku był 54-letni Zbigniew Pocialik.

Po czwarte, za klubem stał Orlen, to koncern był właścicielem. Liga była wciąż momentami patykiem pisana, kluby upadały, w tym takie jak Widzew, ale z drugiej strony to w tamtych czasach dochrapaliśmy się szesnastego miejsca w rankingu UEFA, będąc o włos od dwóch drużyn w eliminacjach Ligi Mistrzów. To wtedy też duże pieniądze łożyli Cupiał i Drzymała – Orlen nie byłby ewenementem, wpisywałby się w pewien trend, a piłka była na fali, także za sprawą powrotu Polaków na wielką imprezę w 2002. Koncern wspierał klub finansowo, ale wciąż trochę – podkreślam, to moja interpretacja – jakby ten cały biznes testował. Może gdyby losy tamtejszej Wisły potoczyły się inaczej, weszliby w dużo mocniejszy sposób, odpinając wrotki.

Dziś w każdym z powyższych, potencjalnie mocarstwowych elementów widać znamiona porażki: piłkarze wspinali się na wyżyny w innych klubach, Wdowczyk znalazł się na znoszącej, Dmoszyński dzisiaj jest postrzegany w Płocku jako jeden z tych, którzy tylko zaszkodzili, stadion zdążył się zestarzeć, a Orlen w 2007, tak jakby futbolem się zraził, oddał miastu wszystkie akcje klubu.

***

Marcin Wasilewski na koniec sezonu 01/02 spada z ligi z rozlatującym się w szwach Śląskiem Wrocław, który zmierza w przepaść. Wisła Płock, po jednorocznym pobycie w drugiej lidze, powraca do grona najlepszych. Nikogo ten scenariusz nie dziwi: o Wiśle mówi się, że są za słabi na pierwszą, a za mocni na drugą ligę.

Tym razem ma być jednak inaczej. Po awansie Dmoszyński sprowadza ośmiu zawodników, w tym Emmanuela Ekwueme z Polonii, Piotra Mosóra i Jerzego Podbrożnego z Amiki, Pawła Holca z Górnika Łęczna, Grzegorza Bonka z Górnika Zabrze, do Polski wracają jej dawne litwińskie gwiazdy, którym nie powiodło się na Zachodzie: Preiksaitis i Mikulenas. Ze Śląska przychodzą Wasyl i Nazaruk. Broniszewski wypatruje też młodziutkiego Jelenia w Beskidzie Skoczów, choć generalnie za politykę transferową nie odpowiada.

Broniszewski: – Decyzje o sprowadzeniu zawodników w tamtym momencie odbywały się beze mnie. Podejmował te decyzje Krzysztof Dmoszyński. Tak trafił do nas między innymi Wasyl. Na początku był trochę krnąbrny. Może chciał zaimponować starszyźnie. Pamiętam taką scenkę. Rozbieganie. Ja mam taki a nie inny tembr głosu, bardzo mocno „dopingowałem” zawodników. Oni sobie biegli w grupce, Marcin koło doświadczonych, Mosóra, Podbrożnego. I pozwolił sobie na stwierdzenie „Krzycz, krzycz, parę meczów i ciebie nie będzie”. Myślał pewnie, że tego nie usłyszę. Puściłem to koło ucha, ale potem wymieniliśmy kilka zdań. Przeprosił, pokajał się. Natomiast nigdy nie ulegało wątpliwości, że mamy do czynienia z zawodnikiem bardzo utalentowanym. Zawsze mnie pociągało w nim to jego zaangażowanie, wszystko robił na sto procent. To ten sam typ co Jacek Góralski. Może nie był wirtuozem technicznym, ale to była technika użytkowa, która mu pomagała.

Zgrupowanie zaczyna się standardowo: od wkupnego nowych zawodników, w tym Wasyla. Wkupne odbywa się w Zakopanem.

Wojciech Łobodziński: – Spotkaliśmy się na Krupówkach. Więcej nie powiem, co dzieje się na wkupnym, zostaje na wkupnym.

Artur Sejud, wieloletni bramkarz Wisły: – Też miałem przyjemność być na wkupnym, odbyło się za przyzwoleniem trenera przed rozpoczęciem obozu. Było wtedy raczej rozsądnie, nic wielkiego się nie działo.

Wkupne na dzień dobry, tradycja – nic wyjątkowego. Sęk w tym, że jeszcze w Zakopanem zespół pokazał, że na wkupnym nie zamierzał poprzestać.

Broniszewski: – Grupa bankietowa? Mogą krążyć różne historie, zawodników się nie upilnuje. Na pewno objawiła się na zgrupowaniu w Zakopanem. Akurat też im wpadłem, przyszli, chcieli się zabawić bez mojej zgody. Ale nigdy nie było sytuacji, żeby ktoś przyszedł na trening na kacu. Codziennie przed treningiem chodziłem, witałem się, przyglądałem uważnie. Grupy bankietowe w piłce były i są na całym świecie.

Zgrupowania, jak mecze derbowe, rządzą się swoimi prawami. Problem w tym, że z Płocka blisko do Warszawy. Wiadomo, że nie wszystkie talenty z Płocka osiągnęły tyle ile mogły, ale największy rozdźwięk pomiędzy potencjałem a osiągnięciami dotyczy Wahana Geworgiana.

Patryk Rachwał: – To był ciekawy zespół, po latach dopiero człowiek uświadamiał sobie w pełni jaką mieliśmy mega fajną ekipę. Piłkarsko różnicę robił Wahan, miał nieprzewidywalność, przebojowość. Uważam, że z nas wszystkich, którzy tam grali, miał największy potencjał, ale tak naprawdę była ogromna rywalizacja, zdrowa. 

Tyle nazwisk, tyle zachodnich karier, tyle meczów w kadrze, a jednak przez niektórych to właśnie Wahan mógł być najlepszy. Jego historia jest stara jak piłka nożna – poniósł go hazard. W wywiadzie Izy Koprowiak dla Przeglądu Sportowego opowiadał, że był wówczas kawalerem, alkohol go nie pociągał, ale poker – owszem. Niemniej temat już istniał przed nim, chłopaki ze starszyzny mieli jeździć do Warszawy, któregoś razu i on się wprosił. Potem, według Wahana, jeżdżono nawet na dwa samochody. Czy jeździł z nimi Wasyl? Był wówczas młodym facetem, ważnym ogniwem szatni, ale z drugiej strony, był już po ślubie.

Broniszewski: – Jeździli z Płocka do Warszawy na hazard, wracali w nocy. Tłumaczyłem im jakie to zagrożenie, ale nie do wszystkich udało się dotrzeć. W Amice Wronki było tak samo. Pamiętam w pewnym momencie coraz częściej prosili: panie trenerze, może byśmy zrobili treningi popołudniu? Parę razy się zgodziłem, a później odkryłem czemu tego chcą: bo jeżdżą do Poznania na hazard, wracają o 4 nad ranem, to wiadomo, że im trening o 10 nie pasuje. To samo było w Płocku, ale nie jakoś super nagminnie. 

Mirosław Jabłoński, który objął zespół po Broniszewskim i prowadził Wasyla do końca jego płockiego etapu kariery: – Incydenty, jak z hazardem, były, nie powiem, że nie. Trochę czasem rozrabiali, może jakaś dyskoteka od czasu do czasu. Niektórzy jechali po treningu odpocząć w swoim mieście przy jakimś winku, drinku. Dostawaliśmy sygnały i w miarę szybko reagowaliśmy. Na pewno nie było to na jakąś większą skalę, niż w innych klubach, tak to wówczas było. Nie było jakiegoś balowania ponad miarę, nie było tak, że w klubie nikt nie balował – mieliśmy to pod kontrolą. Podam przykład z Legii, gdzie były w moich czasach może trzy kluby w Warszawie. Piłkarze wychodzili, wydawało im się, że robią co chcą. A my w każdym z tych klubów mieliśmy swoich ludzi, którzy informowali nas co i jak. Nie robiliśmy jednak z tego tragedii po meczu, szczególnie wygranym, bo to młodzi chłopcy, a reagowaliśmy w sytuacjach nagannych.

Wisła Płock pod Broniszewskim zawodzi. Poczyniono spore wzmocnienia, klub był wypłacalny, piłkarzom niczego nie brakowało. Zrzucenie winy na same wycieczki do Warszawy kusi, ale to pójście na łatwiznę: naprawdę nie był to wówczas ewenement, to był jeszcze czas, gdy takie były zwyczaje w praktycznie wszystkich klubach. Polska piłka była jeszcze przed gruntowną przemianą środowiskową. W opowieściach anonimowych pojawia się też często taka opinia, że Dmoszyński robił i tak sporo, by był porządek w szatni. Traktował powodzenie Wisły Płock bardzo osobiście, to był jego projekt, już nie w roli przybocznego u kogoś.

Rachwał: – Prezes Dmoszyński to był impulsywny człowiek, aczkolwiek ja z nim miałem dobre stosunki. Wspominam go bardzo OK. Oczywiście zdarzały się kary za słabsze mecze, oczywiście potrafił też wejść i zrobić ostrą burzę w szatni po przegranym meczu. Do niczego nie można się finansowo i organizacyjnie doczepić. Klub funkcjonował super.

MARCIN WASILEWSKI WISLA PLOCK (NIEBIESKIE) - GORNIK ZABRZE 0:0 PILKA NOZNA PLOCK, 3/11/2002 ZERO DWA FOT. PAWEL HOFFMAN --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

Być może w Płocku piłkarze mieli aż za dobrze, aż za ciepło – klub, mimo wszystko, na mapie piłkarskiej drugorzędny, kasa się zgadza, o co się szarpać?

Broniszewski: – Była taka sytuacja, że grupa zawodników kąpała się w basenie. Lubiłem wejść nagle, znienacka, zapytać jak kto się czuje i tak dalej. Wtedy niechcący usłyszałem, jak paru będących w tym basenie dyskutuje na zasadzie „a, jeden mecz się wygra, drugi się przegra, aby kasa się zgadzała”. Jak wpadłem do tego baseniku wszyscy wyskoczyli ze strachu. Oczekiwania w Wiśle były duże, to nie ulega wątpliwości, może nie mieliśmy planów na mistrzostwo Polski, ale na pewno na więcej. To była trudna szatnia w pewnym momencie. Gdy do niej schodziłem, panowała cisza jak makiem zasiał. A ja lubię otwartość, mówimy sobie co jest źle otwarcie, niż że ktoś mi się osiem razy będzie kłaniał, a za kulisami wbijał nóż w plecy. Dużo  też wokół Wisły kręciło się wówczas menadżerów, którym zależało na zawodnikach, ale nie na drużynie. Ktoś mi chciał narzucać, żeby grał ten lub tamten. A trener jest jak reżyser. On buduje zespół, on widzi wartości, jakie w tym zespole powinny być.

Dla samego Wasyla jednak jesień w Płocku to sukces: pierwszy raz dostaje powołanie z reprezentacji Polski. Pojedzie na ostatni mecz kadencji Zbigniewa Bońka, który przyjrzał się z Danią szeregowi wówczas nieoczywistych nazwisk, choćby Sebastianowi Mili. Wasyl zagra czternaście minut, tworząc defensywę między innymi z Krzysztofem Ratajczykiem.

Broniszewski: – Powołania do kadry nie były dla mnie zaskoczeniem, w tamtym momencie był zawodnikiem w lidze wybijającym się, a wciąż bardzo rozwojowym. Moim zdaniem mógł zrobić jeszcze większą karierę, gdyby wcześniej trafił na Wyspy Brytyjskie. 

Janas też go będzie sprawdzał, ale wystarczy spojrzeć w jakich meczach: Macedonia ligowy składem, San Marino, Malta, Litwa, Wyspy Owcze. Wasyl przez Janasa jest zabierany w zasadzie wyłącznie na malownicze zgrupowania ligowymi składami, w jednym z nich zadebiutuje też choćby Patryk Rachwał.

***

Którego trenera najbardziej Pan sobie ceni? Mam na myśli polskiego szkoleniowca.

– Mirka Jabłońskiego.

Krzysztof Dmoszyński na czacie w 2001 roku.

***

W kwietniu zespół obejmuje Mirosław Jabłoński i utrzyma ligę. Co więcej, Wisła załapuje się do europejskich pucharów dzięki finałowi Pucharu Polski, przegranego z Wisłą Henryka Kasperczaka.

Screen Shot 01-06-20 at 03.21 PM

Screen Shot 01-06-20 at 03.21 PM 001

Wasilewski nie ma u Jabłońskiego tak łatwo: na początku walczy o skład.

Jabłoński: – Gdy objąłem Wisłę Płock, Marcin walczył o wyjściowy skład na pozycji prawego obrońcy. Może nie był to zawodnik wybitny technicznie, ale twardy, agresywny, bardzo ofensywnie nastawiony do gry. Musiałem go trochę hamować, bo jak się prawym skrzydłem rozpędził, taranował pomocników, którzy nie zdążyli zejść mu z drogi. Trochę też wina i pomocników, powinni szybciej robić miejsce. Potem i Marcin taktycznie zrobił postępy, podłączał się mądrzej, czuł odpowiedzialność przy akcjach oskrzydlających.

Nowy sezon to kolejne transfery – Jabłoński był dla Dmoszyńskiego autorytetem, postacią, więc tym razem trener ma wydatny wpływ na zakupy.

Jabłoński: – Dostałem tych zawodników, których chciałem. Mogłem wybierać. Wybralem Radka Matusiaka, wybrałem Darka Gęsiora. Nawet gdy wybieraliśmy zza granicy, na przykład z Czarnogóry, to trzech zawodników, których pojechałem, zobaczyłem i wskazałem.Krzysztof Dmoszyński mocno walczył o to, by finanse były poukładane. Nie było źle finansowo, ale wtedy był Groclin, Wisła… Inni mieli możliwości większe. Aż tak wielkiego wsparcia, jak niektórzy sądzą.

-Przychodzą doświadczeni gracze: Kobylański z 2.Bundesligi, Adam Majewski z Panioniosu, Jakub Wierzchowski z Werderu, Dariusz Gęsior z Amiki Wronki, Maciej Terlecki z Widzewa. Po za tym młodzi Mierzejewski czy Matusiak. Ofensywa jest tym bardziej uzasadniona, że przecież są historyczne puchary: niestety, Wisła Płock przegrywa z łotewskim Ventspilsem. Na wyjeździe 1:1, u siebie 2:2. Wasyl w rewanżu nie pomógł, ostatni kwadrans przez jego czerwo Wisła grała w dziesiątkę.

Ariel Jakubowski wspominał w reportażu Michała Kołkowskiego: – Indywidualnie było kilku klasowych zawodników jak Darek Gęsior, Maciej Terlecki, Irek Jeleń czy Marcin Wasilewski, ja też grałem już wcześniej w pucharach. Mieliśmy jakieś doświadczenie. Jako drużyna byliśmy jednak ekstraklasowym średniakiem. W szatni panowała grobowa atmosfera, bardzo źle się z tym czuliśmy. Jak to się często mówi, padły mocne słowa. Asystentem był wtedy Maciej Skorża i pamiętam, że też siedział załamany i powtarzał „Jak mogliśmy tak odpaść?”. Odczuwaliśmy straszny niedosyt.

W lidze wreszcie idzie lepiej, na miarę oczekiwań – Wisła jest w czołówce tabeli. Wasyl jest ważną postacią w szatni, a także jednym z niewielu, które regularnie zaglądają do siłowni, także bez szczególnego zaproszenia.

Jabłoński: – Był ambitnym człowiekiem, mocno nad sobą pracował. Przede wszystkim siłownia. Zawsze, po każdym treningu. Nie rozbierał się, tylko od razu po treningu biegł na siłownię. Ja go tylko hamowałem, żeby nie pracował nad masą, tylko nad siłą dynamiczną, na to zwracał uwagę. Dbał o siebie, o swoją formą fizyczną, co wtedy nie było standardem. Nie pamiętam, żeby ktoś z nim jeszcze na siłownię tak systematycznie uczęszczał. On zawsze sobie ten dodatkowy trening robił. 

Rachwał: – Po meczach, na drugi dzień, zamiast rozbiegania, zawsze szedł jeszcze na siłownię i trenował górne partie. Wyprzedził tę szkołę, która obowiązuje dzisiaj. Poza tym to zawsze była dusza towarzystwa w szatni, zaszczepiał i wesołość, i swój charakter.

Łobodziński: – Wasyl zawsze był taki sam, wszyscy to wiedzą, nic się nie zmienił w stosunku do tego, gdy na przykład później spotykaliśmy się na kadrze. To największy jajcarz jeśli chodzi o atmosferę. Jak myślę o Wasylu, pamiętam jak mieliśmy do jedzenia kapsułki z magnezem, każdy musiał to brać, rozpuścić je w wodzie i wypić. Wasyl napakował Piszczkowi różnych przypraw, zakręcił, Łukasz zamiast magnezu miał niespodziankę. Trzeba było być ostrożnym przy Wasylu, nie raz czekała niespodzianka w jedzeniu.

Trochę z innej strony Wasyla wspomina pochodzący z Płocka Kamil Gapiński: – Dzisiaj Marcin Wasilewski jest utożsamiany z tym, że to twardziel, natomiast wtedy jeszcze miał trochę reputację Pięknisia. Włosy zawsze na żel, troska o to jak wygląda. Była taka historia, że po meczu chciał z nim zrobić wywiad telewizyjny Grzegorz Kalinowski. Musiał czekać aż Wasyl znajdzie lusterko, sprawdzić czy włosy są w dobrym stanie, dopiero wtedy wywiad mógł się odbyć.

Pod Jabłońskim mieszanka rutyny z naprawdę dużymi talentami, które zaznaczą swoją obecność na mapie polskie, odpala. Wisła Płock zajmuje w pierwszym pełnym sezonie Jabłońskiego piąte miejsce, w drugim historyczne czwarte, a w następnym – już bez Wasyla – sięgnie po Puchar Polski. Po drodze pucharowe odpadnięcie z Grasshoppers łatwiejsze do wybaczenia, rywal mocniejszy, znowu zdecydowały też nieszczęsne bramki wyjazdowe. W 2006 na mundial pojedzie prosto z Płocka Ireneusz Jeleń, co jest i sukcesem Wisły.

Ostatecznie jednak nie można nie odnieść wrażenia, że klub w tamtym momencie nie przebił szklanego sufitu.

Jabłoński: – Pracowałem tam prawie trzy lata. Przychodziłem do klubu walczącego o utrzymanie, klubu, o którym była opinia, że marnuje talenty. Zmieniliśmy opinię o tym klubie. Adriana Mierzejewskiego wziąłem, gdy miał siedemnaście lat. Irek Jeleń był nieznanym zawodnikiem – ściągnął go wcześniej Mietek Broniszewski, ale to też był osiemnastolatek. Radka Matusiaka też wybrałem z grupy młodych zawodników. Na pewno niektórzy mogli osiągnąć znacznie więcej, choćby Wahan Geworgian, ale i tak zdobyliśmy jak na Wisłę sporo. Tamto czwarte miejsce do dziś jest najlepszym w historii klubu. Szkoda też dwumeczów pucharowych. Natomiast to byli gracze bardzo utalentowani, ale jeszcze nieukształtowani na tyle, by bić się o mistrza.

Wasyl pod koniec ostatniego sezonu jest zdeterminowany, by zmienić otoczenie, chce iść dalej.

Jabłoński: – Był taki moment, kiedy Marcin nie chciał przedłużyć kontraktu. Przeważnie wtedy są naciski, żeby zawodnika nie wystawiać, bo nie będzie dawał wszystkiego, będzie pilnował głównie tego, żeby grać bez kontuzji. Sprzeciwiłem się tym naciskom, stawiałem na niego do końca i nigdy się na nim nie zawiodłem. Wiedziałem, że to nie w jego stylu, w jakimkolwiek meczu się oszczędzać, nawet jeśli uznał, że w Wiśle już się bardziej nie rozwinie i potrzebuje impulsu.

Po latach na tamtą Wisłę Płock pada cień korupcyjny. Nie jest tak długi jak na wiele innych klubów, ale pojawiają się zarzuty co do niektórych meczów. Na stronie „Blog Piłkarska Mafia” znajdziemy choćby takie zeznanie:

Były sędzia Zbigniew M. – Z tego co pamiętam, przed meczem, prezes Wisły Płock – D. podczas rozmowy ze mną na stadionie, już bezpośrednio przed meczem, zaproponował mi 10 tys. zł za zwycięstwo Wisły Płock. Rozmawialiśmy tylko we dwoje. Ja się zgodziłem na tę propozycję, wyraziłem gotowość pomocy Wiśle. Ja w tym meczu sędziowałem jak w innych , to co na boisku. Liczyłem, że mecz się ułoży Wiśle Płock, a ja będę miał okazję zarobić. Po meczu ja nie miałem kontaktu z D., nie rozmawialiśmy o meczu i jego propozycji.

Piotr M. – kierownik drużyny GKS Katowice:

W sezonie 2004/2005 GKS grał z Wisłą Płock. Opowiadał mi Piotr Dziurowicz, że jeszcze przed meczem dzwonił do zawodnika Wisły Płock Marcina J. Prezes Dziurowicz mówił, że dzwonił do tego zawodnika żeby załatwić mecz. Z tego co mi opowiadał to dzwonił do Dziurowicza prezes D.  z Wisły i miał do niego pretensje o ten telefon.

Dmoszyński – ostatecznie stosunkowo niedawno nieprawomocnie skazany kilkunastoma tysiącami złotych kary i zawieszeniem – mocno się od takich pogłosek odcinał, bardzo zażarcie walcząc o swoje dobre imię. Sądził się cywilnie gdy o ustawienie meczu posądził go choćby Piotr Dziurowicz. Do Dominika Panka także pisał wiadomości odcinając się od wszelkich zarzutów.

Jabłoński: – Od razu powiedziałem, pierwszego dnia: nie idę na żadne układy. Prezes Dmoszyński też to przyjął. Nie mam żadnych podstaw by powiedzieć coś na temat tych insynuacji. Wiadomo jakie były czasy, podteksty, natomiast na pewno w nich nie wchodziłem, nie zarzucę też żadnemu ze swoich piłkarzy niczego. Prędzej pamiętam dziwne sytuacje przeciw nam, jak spotkanie z GKS-em Katowice, gdzie nie pokazano trzech ewidentnych karnych dla nas.

Są takie pogłoski, że Wisła, nawet jeśli próbowała kiedykolwiek w tą grę grać, to nie była w nią za dobra. Według innych, zdarzali się starsi piłkarze Wisły, których ktoś chciał przeciągnąć na swoją stronę. Była też taka historia, gdy po pewnym meczu, według obserwatorów bardzo śmierdzącym, poproszony do wywiadu pomeczowego Wasyl sam był w sposób otwarcie zażenowany tym, w czym przyszło mu za sprawą innych brać udział. Na niego samego nigdy nie padł cień podejrzeń.Tak czy siak ta karta – według kolejnych plotek – miała ostatecznie sprawić, by Orlen zaczął zamiast zwiększać zaangażowanie, to marginalizować swoją obecność w klubie.

Latem 2005 roku Marcin wyjedzie do Amiki Wronki. Ma już wtedy 25 lat. Wydaje się, że wymarzony wyjazd zagraniczny coraz bardziej się oddala, jeśli ten pociąg już nie odjechał – Wasyl jest piłkarzem zauważalnym, ale na ligowy poziom.

Leszek Milewski

Fot. NewsPix

KOMENTARZE (13)