Dzik jest dziki, dzik jest zły. Wilder znokautował kolejnego pretendenta
Inne sporty

Dzik jest dziki, dzik jest zły. Wilder znokautował kolejnego pretendenta

To stara bokserska prawda: żeby wygrać walkę, wcale nie trzeba wygrywać poszczególnych rund. Brutalnie się o tym przekonał dziś w nocy w Las Vegas Luis Ortiz. Doświadczony Kubańczyk skutecznie punktował mistrza świata wagi ciężkiej Deontaya Wildera i prowadził na kartach punktowych wszystkich sędziów. Aż nadział się na potężny prawy prosty i nieprzytomny padł na matę. Dla Amerykanina to kolejna skuteczna obrona, a dla nas – dobra wiadomość.

Wilder przez wielu jest krytykowany za swój styl, niektórzy uważają go za wyjątkowo nudnego mistrza świata. Ale skuteczności nie można mu odmówić. Właśnie obronił pas federacji WBC po raz dziesiąty, przy okazji odniósł 42. zawodowe zwycięstwo w 43. walce (remis z Tysonem Furym), notując 41. nokaut. Wiele można mu zarzucać, ale trzeba przyznać, że współczynnik nokautów ma imponujący.

Co ważne, dzisiaj zdobyty skalp jest naprawdę cenny. Luis Ortiz był świetnie przygotowany, wyglądał znakomicie i był w doskonałej formie. Co więcej, dobrze prezentował się nie tylko na konferencjach prasowych, czy ceremonii ważenia, ale – co jeszcze ważniejsze – także w ringu. Ba, na tle Wildera był aktywniejszy, dokładniejszy, szybszy, słowem: lepszy. Przez pierwszą połowę walki zdecydowanie prowadził. Po sześciu rundach miał zdecydowaną przewagę na kartach całej sędziowskiej trójki. Tylko co z tego, skoro w siódmym starciu zaliczył bliskie spotkanie trzeciego stopnia z niszczycielskim prawym prostym Wildera? Takiego ciosu nie wytrzymałby nawet syberyjski niedźwiedź. Ortiz, choć szczękę ma naprawdę mocną, padł na deski i został wyliczony do dziesięciu.

Dla Wildera to ważna wygrana, bo dzięki niej w etap realizacji wchodzi jego rewanż z Furym. Do walki ma dojść 22 lutego, także w Las Vegas, obaj panowie zarobią po wagonie dolarów. Dla nas wygrana „Bronze Bombera” także nie jest bez znaczenia. Według informacji amerykańskich mediów, powstała cała układanka, której pierwszym kawałkiem miało być właśnie zwycięstwo Amerykanina. Drugi ma nastąpić za dwa tygodnie w Arabii Saudyjskiej, gdzie odbędzie się rewanżowa walka Anthony Joshua – Andy Ruiz. Jeśli Meksykanin wygra po raz kolejny, ma zwakować pas federacji IBF. Gdy tak się stanie, o ten właśnie tytuł, na wspomnianej gali 22 lutego powalczy dwóch najwyżej notowanych bokserów w rankingu IBF, czyli Kubrat Pulev oraz… Adam Kownacki. Zdaniem ekspertów, od czasów Andrzeja Gołoty żaden Polak nie był bliżej tytułu mistrza świata wagi ciężkiej.

Ewentualne starcie w Las Vegas będzie oznaczało dla polskich kibiców ogromne emocje. Pamiętając o skali, stawce i tym, że Las Vegas od Radomia jednak sporo różni, nie wypada nie wspomnieć, że wczoraj wieczorem na gali MB Boxing Night także emocji nie brakowało. Mateusz Borek ponownie zorganizował galę, na której od wyśrubowanego poziomu sportowego ważniejsze były właśnie emocje i równe, zacięte „bitki”, w których trudno było wskazać faworyta. I tak nieco niespodziewanie przed czasem przegrał wracający na ring Krzysztof Zimnoch, którego znokautował Krzysztof Twardowski. Przegrali także Patryk Szymański z Andrijem Welikowskim oraz Siergiej Werwejko z Shandellem Wintersem (obaj przed czasem). Cenne zwycięstwo odniósł za to Sebastian Ślusarski, który posłał na deski doświadczonego Dariusza Sęka, a także Kamil Łaszczyk, wygrywając niemal wszystkie rundy z Ołeksandrem Jegorowem.

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (7)