Triumf na wagę złota. Vive lepsze od starych znajomych
Inne sporty

Triumf na wagę złota. Vive lepsze od starych znajomych

To było tak ofensywne i efektowne spotkanie, że równie dobrze mógł zapowiadać je Andrzej Kostyra. Wielkich grzmotów nie brakowało, choć trudno mówić o jakimkolwiek nokaucie. Po prostu, byliśmy świadkami naprawdę dobrej piłki ręcznej. Możemy się tylko cieszyć, że ostatecznie to rękawica PGE Vive Kielce została podniesiona w górę. Zawodnicy Tałanta Dujszebajewa pokonali Telekom Veszprem 34:33, przerywając trwającą od trzech lat serię bez zwycięstwa.

Zacznijmy od sprawdzenia listy obecności. Daniel Dujszebajew? Obecny! Młodszy z braci z powodu kontuzji wagarował od niemal dziewięciu miesięcy. Do gry wrócił dopiero w ubiegły wtorek, dwukrotnie zapisując na listę strzelców z MMTS Kwidzyn. Liczymy na tego chłopaka, bo talentu mu zdecydowanie nie brakuje, a w kieleckiej ekipie na środku rozegrania panuje delikatny nieurodzaj. Wpis do indeksu otrzymali niemal wszyscy zawodnicy Vive, poza Tomaszem Gębalą i Mateuszem Jachlewskim, którzy do gry wrócą dopiero w przyszłym roku. Veszprem brakowało natomiast obrotowego Andreasa Nilssona, oraz najlepszego środkowego rozgrywającego ubiegłej edycji Ligi Mistrzów – Kentita Mahe.

W ramach przypomnienia, na początku czerwca Veszprem w drodze po upragniony tytuł najlepszej drużyny Europy, zatrzymał Vardar Skopje. To była kolejna finałowa porażka węgierskiej ekipy, która srebrnym medalem Ligi Mistrzów musiała zadowolić się również w 2015 i w 2016 roku (kiedy po najwyższe laury sięgnęło Vive Kielce). Patrząc jednak na historię pojedynków obu ekip, za faworyta należało uznać Veszprem. Co prawda status gospodarzy stał po stronie kielczan, ale rywale w Hali Legionów nie przegrali żadnego z pięciu rozegranych spotkań. Ze wszystkich starć z kielczanami na tarczy wracali zresztą zaledwie dwukrotnie, w tym po finale Ligi Mistrzów.

To na tyle jeśli chodzi o historie, statystyki i wyliczenia, bo na parkiecie wszystko odeszło w zapomnienie. Ależ to był szybki i ofensywny mecz! O ile często na najwyższym poziomie szalę zwycięstwa przechylają fenomenalnie dysponowani bramkarze, tym razem obie ekipy rzucały z ponad 70% skutecznością. Co nie znaczy, że gracze w długich spodniach nie mieli swoich momentów. Vladimir Cupara, który jeszcze w ubiegłym sezonie bronił barw Vive, ratował swój zespół w ostatnich minutach pierwszej połowy, trzykrotnie wychodząc górą z sytuacji sam na sam (chociaż w kontrze Arkadiusza Moryto pomógł mu słupek). Natomiast najlepiej mówiący po polsku niemiecki bramkarz – Andreas Wolff, pokazał kły w drugiej połowie, pomagając Vive osiągnąć czterobramkowe prowadzenie (23:19, potem 28:24).

Mówiąc o byłych zawodnikach mistrzów Polski, po stronie Węgrów znalazł się Manuel Strlek. Gracz nieprzeciętny, którego możemy lekką ręką uznać za jednego z najbardziej zasłużonych obcokrajowców w historii klubu. W meczu przeciwko byłym kolegom nie odegrał jednak znaczącej roli. W pierwszej połowie nie podnosił się z ławki. W drugich trzydziestu minutach trzykrotnie rzucał w kierunku bramki i trzykrotnie znajdował drogę do celu.

Ponad wszystkimi górował jednak Alex Dujszebajew. Do tego, że starszy z synów trenera Tałanta stał się liderem kieleckiej ekipy, każdy zdążył się już przyzwyczaić. I tym razem pokazał, że w pełni zasługuje na to miano. Jedenaście goli, w tym jedno arcyważne trafienie w lewo okienko, dające prowadzenie 33:30. Veszprem za sprawą Strleka zdołał po chwili dojść kielczan na dwie bramki, ale wszelkie wątpliwości postanowił rozwiać Mariusz Jurkiewicz (34:31). Był to jego jedyny gol w spotkaniu! Nie mógł wybrać sobie lepszego momentu. – W obronie musimy się trochę polepszyć, ale w ataku nasza gra stała na bardzo wysokim poziomie. Mogę tylko pochwalić mój zespół, wygraliśmy, jesteśmy zadowoleni i idziemy dalej – mówił po meczu Tałant Dujszebajew w rozmowie z Canal+.

Zwycięstwo Vive ma podwójne znaczenie. Po pierwsze, poprawia sytuacje w tabeli, która po porażce z Porto i Montpellier nieco się skomplikowała. Na obecny moment Vive zajmuje 2. pozycję, ale na mecze 6. kolejki czekają jeszcze Montpellier oraz Vardar Skopje. Po drugie, pokazało że dobrze grający kielczanie nie powinni bać się nikogo, co podkreślał w rozmowie z Canal+, Krzysztof Lijewski: – Przede wszystkim wysłaliśmy sobie sygnał, że jeśli wszystko się u nas zazębia i wykonujemy założenia i zadania trenera, to jesteśmy w stanie wygrać z każdym. Kolejne spotkanie zespół Dujszebajewa rozegra w sobotę – 9 października. Mieliśmy już mecz przeciwko drugiej drużynie ubiegłego sezonu, teraz przyszedł czas na pierwszą, Vardar Skopje.

Fot.Newspix

KOMENTARZE (2)