Jak miałem wierzyć wiceprezesowi Lecha, jeśli nawet nie wie, ile mam lat?
Anglia

Jak miałem wierzyć wiceprezesowi Lecha, jeśli nawet nie wie, ile mam lat?

W całej historii Manchesteru United znalazło się do tej pory miejsce dla zaledwie jednego Polaka. Tylko Tomaszowi Kuszczakowi udało się zagrać dla Czerwonych Diabłów. Przed Łukaszem Bejgerem daleka droga, ale kroczy nią z wysoko podniesioną głową. Widzi na własne oczy przykłady chłopaków z akademii, którzy już debiutowali w seniorach – Tahitha Chonga, Masona Greenwooda, Angela Gomesa.

W rozmowie z Weszło odsłania kulisy życia młodego piłkarza z Polski w akademii Manchesteru United, ale też nie gryzie się w język pytany o Lecha Poznań, skąd odszedł do Anglii. – Zdenerwowało mnie, że wiceprezes Rutkowski mówił w moim kontekście o pierwszym zespole, a nie wiedział, ile mam dokładnie lat. Kiedy się urodziłem. Pewnie jakby ktoś go zapytał, kiedy trafiłem do akademii, też by nie wiedział. Także widzisz, jak to wyglądało. Nie dało się w uwierzyć w to, co mi obiecywano.

*

W mediach cały czas spekuluje się o zmianie menedżera w United. Ty już jedną taką zmianę szefa w Manchesterze przeżyłeś, bo zaczynałeś swoją przygodę gdy był nim Jose Mourinho, trenowałeś nawet parę razy u niego w pierwszym zespole, no a teraz jest Ole Gunnar Solskjaer. Gdy odbywa się taka zmiana w pierwszym zespole, to dla zawodników drużyn młodzieżowych jest ona jakkolwiek odczuwalna?

– Jeśli chodzi o organizację akademii, U-23, nie zmieniło się nic. Największą zmianą była atmosfera w klubie. Solskjaer jest bardziej szanowany, lubiany w klubie. Jak przyjechał pierwszy raz, to wszyscy bez wyjątku mówili, że właśnie takiego trenera nam było trzeba. Na razie sytuacja pierwszego zespołu nie jest ciekawa, ale jeśli chodzi o sam klub, atmosfera się zmieniła na dobre.

Wiadomo, jaką opinią cieszył się Mourinho. Nie wszystkim on w klubie pasował?

– Dało się to wyczuć.

To znaczy?

– To, o czym spekulowały media, było prawdą. Część zawodników nie bardzo za nim przepadała. Nie będę wymieniał nazwisk, ale tak było, dało się to zauważyć.

Jaki był twój stosunek Mourinho? Z tego, co wiem, parę razy zapraszał cię na trening z „jedynką”.

– Ja go wspominam dobrze, bo każdy trening z pierwszym zespołem to wyróżnienie. Na początku był stres, w zasadzie on cały czas jest, gdy jestem włączony do zajęć pierwszego zespołu. Nie poznałem go na tyle, by móc coś więcej o nim powiedzieć, ale nie miałem z nim żadnego problemu.

Jaki Mourinho jest podczas samych sesji treningowych?

– I on, i trener Solskjaer skupiają się mocniej na indywidualnych uwagach do zawodników, ale podczas zajęć najwięcej się wypowiada dwóch asystentów.

A jak duży sztab pracuje każdego dnia przy zespole młodzieżowym w Manchesterze United?

– W U-18 mamy dwóch trenerów – pierwszy i asystent. Analityka, trenera bramkarzy, trenera przygotowania motorycznego i trenera odpowiedzialnego za to, żebyśmy zawsze mieli GPS-y, dopięte paski. Sześciu-siedmiu trenerów jest na każdym treningu. Czasami szkoleniowcy z U-23, ich pomocnicy przychodzą na nasz trening, więc raz-dwa razy w tygodniu sztabu jest jeszcze więcej.

Który tobie poświęca najwięcej czasu, uwagi?

– Pierwszy trener. Drugi grał kiedyś w piłkę i był napastnikiem, więc zajmuje się bardziej chłopakami grającymi na dziewiątce, dziesiątce, na skrzydłach.

Jak bardzo w życie akademii angażuje się jej dyrektor, Nicky Butt?

– Widuję go w klubie codziennie, na treningach jest bardzo często. Mieliśmy w piątek trening przedmeczowy – był przez jakieś 3/4 czasu. W sobotę mecz – siedział na ławce z trenerami. Jest bardzo zaangażowany, to widać.

W takim klubie jak Manchester United młody zawodnik ma takie warunki, że skupia się tylko na grze, czy są też obowiązki, jakaś nauka odpowiedzialności przez noszenie piłek, zbieranie sprzętu po treningach?

– Niczego nam nie brakuje, wszystko mamy zorganizowane. W naszym kraju gdyby ktoś miał takie warunki jak my, to natychmiast słyszałoby się, że zaraz uderzy do głów woda sodowa. Naszym obowiązkiem jest, skoro klub wkłada w nas tyle pieniędzy, byśmy odpłacili się dobrą grą. Jeśli chodzi o obowiązki codzienne, to ich nie mamy. Nie jest na to kładziony taki nacisk jak w Polsce. To też był powód, dla którego odchodziłem. Denerwowało mnie to, że gdybym przeszedł do pierwszego zespołu czy rezerw, musiałbym zbierać sprzęt. Wiem, że wiele osób w Polsce się ze mną nie zgodzi, ale to nie jest fair. Młodszy zawodnik, który dopiero wchodzi w treningi z seniorami, będzie po treningu zmęczony dużo bardziej niż oni. A każe się mu jeszcze zbierać piłki, kapselki. Dla mnie to chore.

Kacper Łopata z Brighton mówił, że w Brighton młodzi piłkarze też dbają o buty seniorów, noszą sprzęt, uczą się tym samym odpowiedzialności za niego. Więc nie tylko w Polsce panują takie zwyczaje.

– Ale w naszym klubie tak nie jest. Każdy może sobie czyścić buty, a pierwszy zespół ma odpowiedzialnych ludzi za to, by czyścić, rozbijać buty w takiej specjalnej maszynie parowej. Powiem raz jeszcze – naszą odpowiedzialnością jest dobra gra w piłkę.

Jak wygląda typowy tydzień młodego zawodnika Czerwonych Diabłów?

– W poniedziałek rano wstaję chwilę po ósmej, odbiera mnie kierowca i jadę do klubu na śniadanie. Potem chwila odpoczynku, siłownia, trening, obiad i angielski w szkole. Wtorek i środa to cały dzień w klubie, po dwa treningi i siłownia, jakieś ćwiczenia na nogi, na górę, na ręce. W czwartek cały dzień angielski w szkole. W piątek trening przedmeczowy, w sobotę mecz i w niedziele zwykle wolne.

Mieszkasz w internacie, u jakiejś angielskiej rodziny? Jak to wygląda?

– Mieszkam u angielskiej rodziny z jednym kolegą, bramkarzem z Czech, przeniosłem się teraz z innej rodziny, u której byłem od początku. Większość czasu spędzamy w klubie, śniadania i obiady mamy w Carrington, państwo tylko robią nam kolację, piorą nasze rzeczy. Cieszę się, że tak to jest rozwiązane, bo w internacie brakowało prywatności. Chciałeś odpocząć, a tu ktoś chciał posłuchać muzyki, ktoś obejrzeć film. Denerwowało mnie, że nie mogłem robić tego, co chciałem.

Ostatnio rozmawiałem z Arturem Płatkiem. Powiedział: „uważam, że zawodnicy w naszym kraju trenują bardzo słabo”. Masz porównanie, zgodzisz się z tym?

– Tak, na początku, gdy przeszedłem do Manchesteru, miałem problemy z fizyczną pracą. Nie mogłem wytrzymać mentalnie całego treningu. Miałem myśli: „kurczę, to ostatnie ćwiczenie czy jeszcze jakaś gierka?”. Po pierwszych dwóch-trzech tygodniach w klubie byłem kompletnie wykończony. Z czasem, jak pracowałem nad sobą, to się poprawiało. Żebyś mnie zrozumiał, nie chodzi o fizyczną pracę na siłowni, bo wszędzie jest podobna, a o szybkość gry i większą liczbę ćwiczeń na dużej intensywności niż w Polsce.

Powiedziałeś w jednej z rozmów, że przychodząc do Manchesteru miałeś nawyk do wolniejszej gry. To znaczy, że w Polsce, w jednej z najlepszych akademii – w Lechu Poznań – mimo wszystko nie przygotowuje się do intensywności, jaka jest w tej najlepszej europejskiej piłce?

– Pod kątem organizacji może nie, bo bywały z tym problemy, ale pod kątem szkoleniowym Akademia Lecha jest na pierwszym miejscu w Polsce. Może Pogoń, Zagłębie teraz gonią. Ale intensywność w Polsce to cały czas nie jest aspekt, który jest na poziomie Anglii, Niemiec, innych zagranicznych krajów. Jak jadę na zgrupowanie reprezentacji, to nie widzę różnicy pomiędzy mną grającym w U-18, trenującym w U-23, w akademii United a chłopakami z U-19, którzy mają debiuty w ekstraklasie i na co dzień trenują w Polsce w pierwszym zespole. Przyjechałem na kadrę, dostałem się od razu do pierwszego składu, mam nadzieję, że na listopadowe mecze również pojadę ze starszymi chłopakami. Byle tylko nie przytrafiła się żadna kontuzja. Ale chodzi o to, że nie ma różnicy, czy trenujesz w akademii zagranicznego klubu, czy w pierwszym zespole w Polsce. Może pod kątem walki fizycznej jesteś bardziej przyzwyczajony, bo grasz z seniorami, ale jeśli chodzi o intensywność, to dla mnie bez różnicy.

U nas w ogóle przygotowanie siłowe to jest coś, na punkcie czego wielu trenerów ma hopla, a za mało jest piłki w piłce.

– Może tak być. Później mamy problemy, jak gramy w europejskich pucharach. Fizycznie można wiele nadrobić, ale najważniejsza w meczu jest intensywność.

„Jadę do Manchesteru, bo chcę nauczyć się gry na najwyższym poziomie techniczno-taktycznym”. To twoje słowa. Jak duży progres widzisz u siebie, od kiedy jesteś w Anglii?

– Najbardziej czuję to, kiedy przyjeżdżam na kadrę – mam dużo więcej pewności siebie w grze piłką. Zawsze lubiłem grę z piłką przy nodze, ale jestem bardziej pewny swoich umiejętności. Tutaj każdy trening zaczyna się od dziadka, to nasza rozgrzewka. Nie ma typowego grzania się bez piłki. Gra piłką, wprowadzanie jej do gry wyżej – dużo w tych aspektach zyskałem. Jak popełnisz błąd, masz próbować zrobić to samo. Dostajemy od trenerów wskazówki, co i jak poprawić. Nie chcą, żebyśmy zaczęli grać asekuracyjnie, byśmy wybierali najłatwiejsze opcje. Jak ktoś gra asekuracyjnie, wybiera najkrótsze podanie, to natychmiast trener zwraca uwagę, żeby próbować bardziej wymagających opcji.

Z tego, co słyszałem, twoje odejście z Lecha do United nie należało do najprostszych?

– Byłem na testach w Manchesterze przed rozpoczęciem trzeciej klasy gimnazjum w akademii we Wronkach. United chcieli mnie ściągnąć już zimą, w połowie trzeciej klasy, ale podjęliśmy z rodzicami decyzję, że zdam test gimnazjalny, skończę szkołę w Poznaniu. Więc przez cały sezon byłem obserwowany, na meczach reprezentacji regularnie byli skauci z Manchesteru, których już znałem. Musiałem trzymać poziom, jaki zaprezentowałem na testach. A jeśli chodzi o negocjacje – gdy wynegocjowaliśmy indywidualny kontrakt, luty, marzec, kwiecień, maj Lech negocjował z United. Nie wiem, jak to dokładnie wyglądało, ale trwało to bardzo długo. Pierwszą i drugą propozycję Lech odrzucił, zaakceptował dopiero trzecią. W sierpniu dostałem zgodę na transfer.

Dostawałeś sygnały, że Lech chciałby cię zatrzymać w klubie aż do debiutu w pierwszej drużynie? Wiadomo, że wtedy można piłkarza sprzedać nie za kilkaset tysięcy, tylko za miliony euro.

– Moi rodzice cały czas dostawali takie informacje. Że jak zostanę, to od następnego sezonu będę włączany do pierwszego zespołu, że zimą będę się miał przenieść do Poznania na stałe. Teoretycznie tak miało być, a praktycznie nie byłem w rezerwach nawet na ławce, nie trenowałem w rezerwach. Powiedziałem rodzicom szczerze, że jak nie trenuję w rezerwach, nie gram, nie gram wiele w CLJ, to nie może być tak, że po pół roku przeniosę się do pierwszego zespołu. Bo po pierwsze to by dziwnie wyglądało na tle innych chłopaków, a po drugie nie wierzyłem, że w pół roku mogę się dostać do „jedynki”. Jeśli chodzi o umiejętności piłkarskie, nie miałbym problemu, ale z fizyczną grą w pierwszym zespole mógłbym sobie nie poradzić. Ciężko mi było uwierzyć w to, że dostanę szansę debiutu w pierwszym zespole. I chyba miałem rację, bo wcześniej do pierwszego zespołu przeniósł się Wiktor Pleśnierowicz i po półtora roku nie zadebiutował w ekstraklasie, a teraz poszedł na wypożyczenie do AS Roma. Stąd nie chciałem wierzyć w to, co obiecywał Lech i mówiłem rodzicom, że chyba lepiej będzie pójść za granicę.

W jednym z odcinków „Prawdy szkolenia” Romana Kołtonia Piotr Rutkowski odnosił się do twojej sytuacji. „Musisz zadać sobie pytanie, co jest ważniejsze dla ciebie – szybki pieniądz przez dwa-trzy lata, czy dać sobie szansę na karierę, która pozwoli ci zarabiać przez dziesięć-piętnaście lat”. Czuć tutaj wyraźnie wbitą szpilkę.

– Ani z wiceprezesem Rutkowskim, ani z prezesem… Kurczę, nie wiem nawet, jak prezes Lecha ma na imię, bo nigdy z nim osobiście nie rozmawiałem. Jak mam wierzyć w to, że przeniosę się do pierwszego zespołu, jeśli ani razu nie spotkaliśmy się indywidualnie?

Piotr Rutkowski nie wiedział nawet, ile masz lat.

– Wspomniałem o tym na Twitterze. Jak oglądałem ten wywiad, o którym wspominasz, zdenerwowało mnie, że mówił w moim kontekście o pierwszym zespole, a nie wiedział, ile mam dokładnie lat. Kiedy się urodziłem. Pewnie jakby ktoś go zapytał, kiedy trafiłem do akademii, też by nie wiedział. Także widzisz, jak to wyglądało. Nie dało się w uwierzyć w to, co mi obiecywano.

Jeśli chodzi o samą Akademię Lecha, uważasz że faktycznie jest świetna, czy jednak jest trochę, że tak powiem, przehajpowana?

– Nie powiem złego słowa na Akademię, treningi, trenerów, bo wspominam klub bardzo dobrze. Z chłopakami z drużyny cały czas widuję się na kadrach. Internat, życie w Lechu… Było mi bardzo fajnie i trudno się stamtąd odchodziło. Ale jeśli chodzi o wyższe stołki, to organizacja aż tak dobra nie była.

W ostatnich latach w Lechu dzieje się coś, czego wcześniej nie było, przynajmniej nie na taką skalę. Exodus młodych piłkarzy jeszcze przed debiutem w pierwszej drużynie. Ty, Szymon Czyż w Lazio, Wiktor Pleśnierowicz w Romie, Olaf Kobacki w Atalancie. Jaka jest tego przyczyna?

– Powód mojego odejścia znasz. To zależy od chłopaka. Jeśli jest z biedniejszej rodziny, a klub z zagranicy oferuje mu powiedzmy 15 tysięcy złotych miesięcznie – to pierwszy powód. Drugi – debiut w pierwszej drużynie moim zdaniem stracił na prestiżu. Według mnie jeśli ktoś teraz debiutuje w pierwszym zespole, niekoniecznie będzie czuć, że to nagroda za bardzo ciężką pracę w akademii. Zepsuł to moim zdaniem przepis o młodzieżowcu. W momencie, gdy ja odchodziłem z Lecha, a chłopak z rocznika 2000 czy 1999 trenował z pierwszym zespołem, to we Wronkach traktowało się go trochę jak gwiazdę. „Ten to trenuje z jedynką, pewnie będzie kiedyś grał w piłkę”. Teraz jak ktoś z mojego rocznika albo z rocznika 2001 jest w pierwszym zespole na stałe, nie ma takiego szału. To bywa też zapisywane w kontraktach, jestem tego w stu procentach pewny. Że jak dany chłopak nie będzie trenował w pierwszym zespole, jak nie zadebiutuje w ekstraklasie, to będzie mógł odejść za granicę. Jeśli klub nie da mu debiutu, to kontrakt automatycznie nie zostaje przedłużony.

Jaka była rola Piotra Sadowskiego, byłego dyrektora Akademii Lecha, a teraz skauta Manchesteru United, w twoim transferze do Anglii?

– Pół roku przed testami w United podpisywałem dwuletni kontrakt w Lechu. Pan Sadowski był wtedy dyrektorem, jeśli chodzi o sprawy sportowe, on podpisywał kontrakty z zawodnikami. Ani on, ani ja nie wiedzieliśmy, że będzie pracował w United. Dopiero tydzień po moich testach w klubie zadzwonili rodzice z pytaniem, czy słyszałem, że pan Sadowski będzie skautem w Manchesterze. Później przyjeżdżał przez cały sezon na moje mecze, obserwował mnie z ramienia United. Pomagał moim rodzicom przy negocjacjach, przy przetłumaczeniu kontraktu, za co mu bardzo dziękuję. Ostatnio widzieli się w zeszły wtorek na U-17, gdy Polska grała z Belgią. Ale jeśli chodzi o sam transfer – nie miał wiele wspólnego.

Kiedyś wspomniałeś, że to, co różni Lecha od Manchesteru, co jest pewną wadą, to że Akademia jest we Wronkach i młodzi zawodnicy nie stykają się na co dzień z piłkarzami pierwszego zespołu, nie mają ich na wyciągnięcie ręki. „Więcej razy widziałem Juana Matę czy Antonio Valencię niż Łukasza Trałkę czy Nikolę Vujadinovicia”.

– To prawda. Ale jeśli chodzi o chłopaków z Akademii Lecha do U-18, to jeśli mieści się ona daleko od Poznania, jest to dobre dla tych zawodników. Po treningach jedyne, co jest do roboty, to położyć się na łóżku, iść do sklepu. Nie ma tylu możliwości, co w Poznaniu, żeby się z kimś spotkać, wyjść na miasto. W tym względzie jest to dobre, ale kontaktu z pierwszym zespołem było znacznie za mało.

Manchester to miasto zdecydowanie większych pokus niż Wronki, trzeba się umieć kontrolować.

– Jeśli o to chodzi, to nie wychodzę często na miasto. Ani razu nie byłem tu jeszcze na żadnej imprezie. Jedynie w weekendy, jak mamy niedzielę wolną, umówimy się z chłopakami na wspólny obiad w galerii. Ale w klubie nie zdarzyło mi się być. No i wiadomo, jak przechodzi się z Polski do Manchesteru United, jest wokół ciebie głośno, pojawia się nagle wielu ludzi, menedżerów, dziewczyn (śmiech). Ale nie miałem takiej sytuacji, żebym poszedł do klubu, nie zrobiłem jeszcze żadnej głupoty.

O pierwszy zespół to nawet nie pytam, ale są dziewczyny „polujące” typowo na zawodników akademii?

– Dziewczyny w moim wieku, rok-dwa lata starsze, interesują się chłopakami z U-18, U-23. Najczęściej na Instagramie. Wypisują, wysyłają różne zdjęcia (śmiech). Osobiście nie miałem ochoty spotkać się z żadną dziewczyną. Przez większość poprzedniego sezonu miałem dziewczynę z Polski, poznaną w Poznaniu. Obecnie nie jesteśmy razem, ale mimo to nie czułem potrzeby, żeby spotykać się z kimś tutaj. Jak wracam do Polski, gdy mam wolne, wtedy zdecydowanie częściej spotykam się ze znajomymi.

W niedawnym wywiadzie autorstwa Łukasza Olkowicza Bartosz Bereszyński stwierdził: „W Polsce ktoś zobaczy piłkarza na pizzy i już jest afera. W Legii miałem dietetyka, posiłki w klubie, wcześniej psychologa. Wszystkich mieliśmy. Wyjechałem do Włoch, a tu ani psychologa, dietetyk też nieobecny. Zawodnicy jedzą tosty z serem i szynką, na deser ciasto. Wychodzą na trening i każdy zasuwa, nie zatrzymuje się”. Mariusz Stępiński z kolei mówił „Jedzenie czy psycholog stali się ważniejsi niż boisko. Trening stał się dodatkiem”. Wyjazd na pewno pozwolił ci złapać perspektywę, zgodzisz się z ich słowami?

– Tutaj nie ma z tym problemu, jak ktoś weźmie sobie pizzę w restauracji, pójdzie do kina z chipsami. Każdy ma czasami ochotę zjeść coś mniej zdrowego i nie robi się z tego skandalu. Czasem gdy jesteśmy na wyjeździe na mecz, na turniej, w hotelowej restauracji mogliśmy brać to, na co mieliśmy ochotę. Jeśli ktoś złapałby nadwagę, wtedy byłby problem. Ale od kiedy tu jestem nie słyszałem o takim przypadku. W Polsce przesadzamy. Pamiętam, że w Lechu czasami po meczu mieliśmy suchego kurczaka z makaronem, trochę sosu. Chyba lepiej zjeść coś smacznego i lepiej się czuć po meczu niż połowę potrawy, która ci nie smakuje, ale jest zdrowa.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (32)