Hubert, a może to ten turniej?
Inne sporty

Hubert, a może to ten turniej?

Jeśli na co dzień jeździsz na duże turnieje, a za rywali masz tam Novaka Djokovicia, Rogera Federera i innych tenisistów ze światowej czołówki, to o sukces trudno. Od czasu do czasu warto więc wybrać się na mniejszą imprezę, ale taką, na której można powalczyć o wyższe cele. W Winston-Salem, gdzie aktualnie gra, Hubert Hurkacz z pewnością jest w stanie właśnie to zrobić.

Impreza rozgrywana w Karolinie Północnej to turniej rangi ATP 250. Innymi słowy: najniższej możliwe, gdy chodzi o zawody z głównego cyklu. Niżej są Challengery, które Polak już wygrywał. Ale turnieju ATP jeszcze na koncie nie ma. Ba, nie doszedł nawet do żadnego finału, co w XXI wieku udawało się choćby Jerzemu Janowiczowi (trzykrotnie) i Łukaszowi Kubotowi (dwa razy). Żaden z nich jednak zwycięstwa w decydującym meczu nie zanotował. Nie zdziwilibyśmy się, gdyby takie odniósł Hubert Hurkacz już w tym tygodniu.

Bo Winston-Salem to specyficzny turniej. Grają tam głównie ci tenisiści, którzy potrzebują jeszcze nieco rytmu meczowego przed rozpoczynającym się za niespełna tydzień US Open lub tacy, którzy chcą zdobyć nieco rankingowych punktów, a wiedzą, że w Nowym Jorku może być z tym różnie. Poza tym stawkę uzupełniają zawodnicy z niższych miejsc w rankingu. Bywa, że naprawdę niskich. Ci z drugiej setki grają bowiem w tym samym czasie w kwalifikacjach do ostatniego w roku turnieju wielkoszlemowego.

To wszystko sprawia, że Hurkacz w amerykańskim turnieju rozstawiony jest z numerem „3”. Dzięki temu nie musiał nawet grać w pierwszej rundzie, spokojnie czekał na swojego rywala. Tym okazał się być Duck Hee Lee z Korei, 212. w rankingu ATP, który dzień wcześniej przeszedł do historii. Wygrał bowiem mecz w głównym cyklu turniejowym jako pierwszy… niesłyszący tenisista (nie licząc Pucharu Davisa, w którym odniósł już wcześniej dwa zwycięstwa). Po meczu mówił, że wielu ludzi wyśmiewało go i jego niepełnosprawność, mówiło, że nie powinien był grać. I to zwycięstwo to jego chwila satysfakcji.

Z Hurkaczem obaj znają się z juniorskich czasów. Grali ze sobą na juniorskim Rolandzie Garrosie w 2014 roku, wygrał Koreańczyk. Drugie zwycięstwo Lee odniósł w 2017 roku w Shenzhen, ale potem Hurkacz – wygranymi w Suzhou i Quijing – wyrównał stan rywalizacji. Dziś wyszedł w niej na prowadzenie. Bo, mimo przegranego pierwszego seta, w którym wyglądał słabo, ostatecznie wygrał całe spotkanie. Bardzo pomogła mu w tym znakomita seria wygranych gemów. Od początku drugiej partii zgarnął ich dziesięć z rzędu. Dopiero przy stanie 6:3, 0:6, 0:4 Koreańczyk się otrząsnął. I walczył naprawdę zaciekle. Mało brakowało, by zniwelował przewagę przełamań i serwował przy stanie 4:5, ale Hurkacz obronił dwa break pointy. A po chwili zamknął mecz.

To nie było idealne spotkanie Huberta. Często był pasywny, nie atakował, liczył na błędy rywala, ale sam popełniał ich sporo. Bardzo różnie funkcjonował jego serwis – z jednej strony dużo miał asów i wygrywających podań, z drugiej często musiał bronić break pointów oraz popełniał podwójne błędy. Liczy się jednak efekt końcowy, a ten jest taki, że Polak awansował do III rundy, czyli 1/8 finału.

I tu zaczną się schody, bo Hubert trafi na dużo bardziej renomowanych rywali. Wciąż jednak można uznać go za jednego z faworytów (rozstawienie nie bierze się przecież znikąd). W III rundzie przeciwnikiem Polaka będzie Feliciano Lopez. Doświadczony Hiszpan to nie zapora nie do przejścia, ale lekceważyć nigdy go nie wolno. W tym sezonie zaskoczył już choćby w trakcie turnieju w trakcie turnieju w Queen’s, gdzie – mimo 37 lat na karku – wygrał i w singlu, i w deblu (w parze z Andym Murrayem).

Potem trafić może on na kogoś z trójki: Filip Krajinović, Frances Tiafoe i Jeremy Chardy. Każde z tych nazwisk jest doskonale znane fanom tenisa, ale też z każdym z tych zawodników Hubert w dobrej formie z pewnością jest w stanie wygrać. Zresztą jedno z nich – Krajinovicia – już w swej karierze ogrywał. Na drodze do finału najgroźniejszym rywalem może być dla Polaka rozstawiony z „2” Denis Shapovalov. Tyle tylko, że jego już też –  zresztą również na kortach twardych i to w Stanach – Hurkacz potrafił pokonać.

Wypada więc zadać pytanie: Hubert, może to czas przerwać tenisową suszę w naszym męskim singlu i wygrać jakiś turniej? Jasne, niezbyt duży. Jasne, w średniej obsadzie. Jasne, tuż przed dużo ważniejszym US Open. Ale jakże cholernie cenny patrząc z perspektywy tego sportu w naszym kraju. Jesteśmy pewni, że Hurkacz już teraz ma potencjał na to, by taki cel zrealizować. Musi jednak grać lepiej niż w dzisiejszym meczu. Choćby tak, jak robił to na Wimbledonie. Czy w Miami, gdy ogrywał wspomnianego Shapovalova. Bo lepsi rywale nie wybaczą błędów. A szkoda byłoby samemu zmarnować taką okazję.

PS. A jeśli komuś mało polskiego tenisa, to po północy grać będzie – w pierwszej rundzie eliminacji US Open – Kamil Majchrzak. Za rywala ma doświadczonego, ale ostatnio słabo sobie radzącego, Carlosa Berlocqa z Argentyny.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (2)