Niespieprzalne nie istnieje
Blogi i felietony

Niespieprzalne nie istnieje

W pewnym momencie meczu Europa FC – Legia Warszawa zacząłem myśleć o Zduńskiej Woli, mieście malowniczym, mieście leżącym nieopodal mojego miejsca zamieszkania, ale też mieście w Polsce szerzej słynącym tylko z fragmentu piosenki Braci Figo Fagot „Janko, Janeczko, czy pamiętasz Zduńską Wolę, białą Corsę, z rejestracją EZD”.

Wyobraziłem sobie, że do Zduni, liczącej sobie mniej więcej tyle mieszkańców co Gibraltar, przyjeżdża Legia, przyjeżdża grać o konkretną, kluczową dla siebie stawkę, przyjeżdża w dodatku grać z drugim zespołem wewnętrznej ligi zduńskowolskiej – podkreślam: drugim, nawet nie najlepszym – a jednak kończy się na 0:0.

Ja wiem, że Zduńską Wolę od Gibraltaru zapewne dzieli kilka miejsc w rankingu PKB, nie mówiąc o rankingu lotnisk, ale też nie szarżujmy: jeszcze dziś rano Alex Januszkiewicz, piłkarz, który grał w lidze Gibraltaru, mówił Norbertowi Skórzewskiemu per:

„Różnica – odnosząc się do Legii – jest kolosalna. To taka liga, że gra się bardziej na luzie. Jeżeli Legia zagra swoje, nie ma szans, żeby nie wygrała”.

To taka liga, gdzie gra się bardziej na luzie. Dziewięćdziesiąt procent kadry Europa FC normalnie pracuje. Z drugiej strony Legia, po dobrym okienku transferowym, nadto po dwóch katastrofalnych sezonach pucharowych, a więc wybitnie zmotywowana, żeby zacząć ratować swój pucharowy ranking, zupełnie niezły, bo nie było w tej rundzie zespołu mającego lepszy niż Legia.

A jednak kończy się na 0:0.

Screen Shot 07-11-19 at 11.04 PM

Polska piłka jest cierpliwym nauczycielem. Ja, przyznaję się bez bicia: miałem oglądać dzisiaj tylko Cracovię (niezła pierwsza połowa, szkoda, że nie dowieźli 1:0 do przerwy, w drugiej wyraźnie lepsze DAC, bardzo dobry Kalmar, ostatecznie rezultat niezły, ale też zastanawia – jak to jest, że słowacki klub, który oddaje najlepszych zawodników do Ekstraklasy, tak odważnie poczyna sobie właśnie z tejże Ekstraklasy reprezentantem). Miałem oglądać tylko Cracovię, bo nie wierzyłem, że w meczu Legii zdarzy się coś istotnego. Gładkie trzy, może cztery do zera – przecież nawet w minionych apokaliptycznych sezonach legioniści ograli w pierwszej rundzie Cork City, a dwa lata temu IFK Marienhamn, oba kluby z może lig nie najpoważniejszych, ale i tak nieporównywalnie poważniejszych niż Gibraltar. Dopiero gdzieś po kwadransie, gdy dowiedziałem się, że jest dobry stream na Youtube gibraltarskiej federacji – puściłem równolegle na komputerze z czystej ciekawości.

Polska piłka jest cierpliwym nauczycielem, bo naprawdę, ale to naprawdę był czas, żeby nauczyć się spodziewania się po niej wszystkiego. Wspomnienia świeże, wspomnienia liczne, my, wszyscy jak tu stoimy, cała ta popieprzona sekta, która zupełnie porządny czwartkowy wieczór zaprzepaszcza na pierwszą rundę europejskich pucharów, mamy plecy pokryte misterną plątaniną popucharowych sznytów. A jednak wiedza jakoś nie chce się przyswoić, skoro do jakiegokolwiek meczu potrafimy jeszcze podejść na zasadzie: nie no, to musimy wygrać i to gładko, nie no, tu będzie łatwo.

Obiecuję sobie: lekcję przyswajam. Potraktuję ją poważnie, przełożę ją na życie: nie ma takiej rzeczy, której nie da się spieprzyć, inaczej: niespieprzalne nie istnieje.

To rewers tak modnej, odmienianej przez wszystkie przypadki coachingowej filozofii „wszystko jest możliwe”, „wygraj wygrywanie”, „odkryj w kwadrans sposób na sukcesy w każdej dziedzinie życia”, ale coś mi podpowiada, że prawdziwszy. Kto wie, może nawet godniejszy.

Wynik wynikiem, bywa, że zespół gra dobrze, ale ma zwyczajnie pecha – to nie był ten przypadek. Gra była jeszcze bardziej wstydliwa niż suche 0:0. Przecież ta Europa FC miała zupełnie niezłe okazje w pierwszej połowie, Majecki miał szanse, żeby się sprawdzić. Legia miała łącznie ile, jedną groźną sytuację, zakończoną niecelnym strzałem Carlitosa? Oddała też mniej strzałów niż rywal, a jeśli chodzi o celne – OK, jeden więcej. Z tym, że szalę przeważyło desperackie uderzenie Carlitosa z koła środkowego, woda na młyn, ale tylko dla statystyków.

Niektóre błędy techniczne w defensywie – nie wiem, może to naprawdę ta sztuczna murawa? Może dekoncentrowały kołujące tuż obok samoloty? Może oni zjedli jakiś nieświeży twaróg? To przecież była taka zbiorowa piłkarska zaćma, że na kompie wytłumaczalna lagującym padem, a tutaj – doprawdy, jak pierwszy byłbym do huknięcia w zawodników, tak nie chce mi się wierzyć, że są aż tak mierni. Ta mierność widać przekracza granice mojej wyobraźni.

Może oni dorobili się jakiegoś kompleksu? Że ranking pucharowy dobry, że jeszcze nie tak dawno temu Legia pokazała się z bardzo dobrej strony, ale ostatnio jest źle, bardzo źle, i tak bardzo chcą z tym zerwać, że zachodzi zjawisko przemotywowania?

Czy jakby taki Mustapha Yahaya, który świetnie wyglądał w środku pola Gibraltarczyków, po wylądowaniu w Warszawie, po udaniu się na Łazienkowską 3, zaraz zaraziłby się tym samym fatalizmem?

Nie wiem, bo po takim meczu o wiele więcej się nie wie niż wie, ale jedno wiem na pewno: jeszcze bardziej doceniam te automatyzmy, które wczoraj pokazał Piast Waldemara Fornalika. Oglądaliście? Pamiętacie? Piłka, zwyczajnie, chodziła. Czasem na jeden kontakt, czasem na dwa, czasem z przerzutem na wolne pole, ale tak czy siak: chodziła. Tylko tyle, aż tyle. Legia dla odmiany, za przeproszeniem, wyglądała jak pozbawiona jakiejkolwiek głębszej myśli. Pospolite ruszenie, kupą mości panowie, mamy lepszych piłkarzy według Transfermarkt i WyScout, zarabiają sto razy więcej niż rywal, przykryjemy ich samym naszym ciężarem.

A potem wychodzi wspomniany, Yahaya z gibraltarskiego Europa FC, przed meczem mówi, że Legia to papierowy faworyt, a potem okazuje się wielkim jak dąb, mobilnym i ogarniętym technicznie chłopem, który przestawia legionistę za legionistą, potwierdzając swoje jeszcze o poranku zakrawające na arogancję słowa boiskową dyspozycją.

Leszek Milewski

Napisz do autora, odpisuję na wszystkie wiadomości, możemy podyskutować o meczu

KOMENTARZE (42)