Witamy w łotewskim piekle – Głowacki gotowy na najważniejszą walkę kariery
Inne sporty

Witamy w łotewskim piekle – Głowacki gotowy na najważniejszą walkę kariery

Były wielkie polskie walki w Niemczech, głównie z udziałem Dariusza Michalczewskiego, ale także Tomasza Adamka, czy Mariusza Wacha i Alberta Sosnowskiego. Do historii przeszły genialne pojedynki polskich bokserów, toczone w USA – przede wszystkim Andrzeja Gołoty i Tomasza Adamka, a niedawno także Krzysztofa Głowackiego i Macieja Sulęckiego. Wygląda jednak na to, że najważniejsza walka w historii polskiego boksu zawodowego, przynajmniej pod względem stawki i szans na zwycięstwo, odbędzie się na niedalekiej Łotwie, a dokładniej – w Rydze. Już jutro w Riga Arena Krzysztof Głowacki będzie nie tylko bronił swojego pasa WBO wagi junior ciężkiej, ale także walczył o wakujący tytuł WBC. Jedno jest pewne: w pojedynku z Mairisem Briedisem – uwaga, suchar – Łotwo nie będzie…

To specyfika małych krajów, że duża część populacji ciągnie do stolicy. W przypadku Łotwy, z niespełna dwóch milionów mieszkańców, prawie połowa żyje w Rydze. Sama stolica wygląda jak wiele europejskich metropolii, choć ma swój niepowtarzalny klimat – trochę europejski, głównie niemiecki, trochę rosyjski, trochę skandynawski. To w pełni zrozumiałe. Jeszcze w XIX wieku połowę mieszkańców Rygi stanowili Niemcy. Potem przyszły wojny światowe i pół wieku sowieckiej okupacji. Dziś pod pomnikiem w centrum miasta upamiętniano ofiary deportacji do Związku Radzieckiego. Ale jednocześnie – duży procent nie tylko Rygi, ale całej Łotwy – to właśnie Rosjanie, a język Puszkina słychać na każdym kroku. Skandynawski klimat także widać co i rusz – jeździ wiele saabów i volvo, regularnie można spotkać auta na szwedzkich i fińskich blachach. No i jest drogo.

Absurdalnie drogie parkingi

Serio. Choć przychód na głowę mieszkańca jest tu niemal identyczny, jak w Polsce (a dokładniej mówiąc – minimalnie niższy), to ceny potrafią zaskoczyć. Duża w tym „zasługa” wprowadzenia pięć lat temu euro w miejsce łatów. I tak – nie zdziwcie się, jeśli za drinka w hotelu zapłacicie 15 euro, a za kolację kolejnych 15. Słowem: ceny raczej jak w Berlinie, niż w Bydgoszczy. Ale to jeszcze nic. Czy kiedykolwiek zdarzyło wam się narzekać na ceny parkowania w centrum waszego miasta? Jasne, pytanie jest całkowicie retoryczne, bo zawsze jest za drogo. 4 złote za godzinę? Za drogo! 3,50? Za drogo! 2,70? Za drogo! Ba, nawet, gdyby ktoś zdecydował o wprowadzeniu symbolicznej, zryczałtowanej opłaty w wysokości 99 groszy za dzień, także by usłyszał, że jest zdziercą i chce oskubać mieszkańców. No to teraz usiądźcie wygodnie, żeby się nie przewrócić. W Rydze za parking płaci się przez cały dzień, gdzieniegdzie nawet w nocy, a także w weekendy. Ile się płaci? To zależy od strefy. Na przykład w okolicy Starego Miasta można trafić na parkomat z taryfą, która może przyprawić o zawrót głowy. Pierwsza godzina kosztuje 5 euro (21 złotych), a każda kolejna 8 euro (35 złotych)! Nieco ponad trzy godziny postoju będą więc nas kosztowały okrągłą stówkę! Postoju. Bez mycia, bez zadaszenia, bez klimatyzacji, ba, nawet bez ochrony. Jednym słowem, gdybyście kiedyś znów chcieli narzekać na ceny parkowania w Polsce, pomyślcie ciepło o mieszkańcach Rygi…

IMG_20190614_115705

Sama Ryga, poza parkomatami, robi przyjemne wrażenie. Jest estetycznie, starówka jest zadbana i ładna, knajpki z ogródkami kuszą lokalnym piwem. Jeśli chodzi o jedzenie na mieście, to jest podobnie, jak u nas: pizza, burgery, hinduskie knajpy, steki i oczywiście – kebaby. Różnica jest tylko taka, że u nas dominują tureckie, a tutaj – pakistańskie. Większego zaskoczenia jednak nie ma – wyglądają i smakują praktycznie tak samo. Miasto jest czyste i zadbane. Ba, pierwszy tramwaj, jaki widziałem… mył tory. Widzieliście kiedyś coś takiego? Serio – ja przez ponad trzy dekady w Warszawie nie spotkałem ani jednego. Czysto jest także na okolicznych plażach. Do Jurmali jedzie się pół godziny pociągiem z centrum stolicy. A tam – bałtycki kurorcik w dobrym znaczeniu tego słowa. I – co najważniejsze – na plażach jest naprawdę pusto. Trudno się zresztą dziwić – linia brzegowa Łotwy liczy 530 kilometrów. Polska jest nieco dłuższa (770 kilometrów), ale po odliczeniu Zalewu Szczecińskiego i Wiślanego zostaje już mniej niż na Łotwie. Jednym słowem: mamy podobną liczbę plaż na 38 milionów mieszkańców, co Łotysze na 2 miliony. Nic dziwnego, że tutaj jest pustawo.

Kłopoty z tożsamością

Jakie jeszcze różnice widać na pierwszy rzut oka? Cóż, na przykład – nie ma Ubera. W związku z tym – nie ma też mnóstwa ukraińskich kierowców Ubera. Zamiast tego, po ulicach Rygi jeździ jego odpowiednik – Bolt. Ukraińca nie spotkałem, tylko chłopaka z Uzbekistanu. Czemu wybrał Rygę? Tak wyszło. Chciał jechać do Poznania na studia, bo w jego kraju mają wielki szacunek do Polaków, uważają nas za „Chińczyków Europy”, naród, który zawsze sobie poradzi, bo ma zmysł do interesów i się nie poddaje. Z Poznania jednak nic nie wyszło, bo nie dostał wizy. Tutaj nie było z tym problemu. Jeździ więc Boltem (skoda fabia, a jakże), a jednocześnie studiuje ekonomię. Studia chyba są pouczające, bo Uktam od razu spytał, czy potrzebuję paragonu, bo bez niego będzie taniej; a gdy przyszło do płacenia, powiedział, żebym sam zdecydował, oczywiście stawiając mnie w idiotycznej sytuacji. „W Polsce taki przejazd by kosztował maksymalnie 3 euro” – powiedziałem, na co naturalnie zareagował teatralnym zdziwieniem i koniec końców – wytargował piątaka.

W sumie niezależnie od zdolności negocjacyjnych, w Rydze Uktam ma lepiej niż w Polsce, bo może studiować po rosyjsku, który jest bardzo podobny do jego ojczystego języka. Tak jak wspominałem, duży procent mieszkańców Łotwy, niektórzy twierdzą, że nawet połowa, to albo Rosjanie, albo ludzie, którzy z Rosją się identyfikują. Tak było przecież z doskonale u nas znanym Artiomsem Rudnevsem, napastnikiem Lecha Poznań, który wpakował trzy gole Juventusowi w wyjazdowym meczu Ligi Europy 9 lat temu. Łotysz w pewnym momencie oznajmił, że jego rodzina pochodzi z Rosji i uprzejmie prosi, żeby od tej pory tytułować go Artiom Rudniew. Podobnie jest zresztą z bardzo wieloma mieszkańcami tego kraju.

Jeśli chodzi o sport – szału nie ma. Piłkarze – poza wspomnianym byłym napastnikiem Lecha – furory w świecie nie zrobili, na dużej imprezie zagrali raz, 15 lat temu, w dużej mierze dzięki spektakularnym osiągnięciom obecnego prezesa PZPN w roli selekcjonera. Kilku koszykarzy przebiło się do NBA, Kristaps Porzingis został nawet w 2015 roku wybrany z czwórką w drafcie. Dwa lata temu tenisistka Jelena Ostapenko sensacyjnie wygrała Roland Garros, ale niestety nie poszła za ciosem i dziś jest 37. w rankingu (25 miejsc za koleżanką z reprezentacji Anastasiją Sevastovą). No i jest Mairis Briedis, z którego powodu w ogóle o Łotwie i Rydze rozmawiamy.

Sprawię, że Łotwa będzie dumna

Dla lokalnego boksu Briedis jest dokładnie, jak Andrzej Gołota dla polskiego 20 lat temu – żywa legenda, bohater, gość, dla którego warto zdzierać gardła, zarywać noce i kosztować się na bilety i wyjazdy. Z tym zarywaniem nocy i wydawaniem kasy na wyjazdy to może drobna przesada, bo najważniejsze walki Mairis Briedis toczył w rodzinnej Rydze. Także tu stracił pas mistrza świata WBC wagi junior ciężkiej, doznając jedynek porażki w karierze. We wrześniu 2017 roku przegrał niejednogłośnie na punkty z Ołeksandrem Usykiem, tym samym, który później skompletował wszystkie tytuły w tej kategorii wagowej i poszedł bić się w wadze ciężkiej. To z kolei sprawiło, że jego pasy wróciły na rynek. Po ten spod znaku WBO w listopadzie sięgnął Krzysztof Głowacki. Z kolei pas WBC nie miał właściciela i będzie – obok tytułu należącego do Polaka – stawką jutrzejszej walki. To z kolei oznacza, że Głowacki – trochę po cichutku i nieco niespodziewanie, stoczy jutro jeden z najważniejszych pojedynków w historii polskiego boksu zawodowego. Ba, być może nawet najważniejszy. Bo jeśli chodzi o stawkę – takiej jeszcze nie było.

Jasne, Polacy boksowali o tytuły, zdarzało się, że o kilka pasów wagi ciężkiej – jak choćby Mariusz Wach, mierzący się z Władymirem Kliczką o tytułu WBO, WBA i IBF. Ale sytuacja, w której polski pięściarz jest mistrzem świata i staje do walki, w której na szali leży kolejny pas? To jest absolutny ewenement. Ostatnio coś takiego miało miejsce 22 lata temu, kiedy Dariusz Michalczewski wygrywał z Virgillem Hillem. To był ostatni pochodzący z Polski zunifikowany mistrz świata, choć nie wypada nie wspomnieć, że boksował wówczas pod niemiecką flagą.

IMG_20190614_163718

Dla Głowackiego to gigantyczna szansa, ale także nie mniejsze wyzwanie. Rywal jest z absolutnie najwyższej półki, choć ostatnią walkę – z Noelem Gevorem – miał bardzo słabą. Ale we wspomnianym pojedynku z bezdyskusyjną gwiazdą tej wagi, Ołeksandrem Usykiem, wcale nie był daleko od wygranej. Ukraińcowi zafundował najtrudniejszą walkę w karierze, przegrał dwa do remisu w półfinale poprzedniej edycji turnieju World Boxing Super Series. Temu samemu Ukraińcowi, dodajmy, który w walce o pas z „Główką” wygrał praktycznie wszystkie rundy. Na papierze to zawodnik gospodarzy jest faworytem, zdaniem bukmacherów – także. W rozmowie z Weszło Briedis jest pewny siebie i przekonany o swojej wyższości nad polskim mistrzem.

Nie mogę się doczekać kolejnej szansy na wejście do finału turnieju World Boxing Super Series. Będę walczył przed moimi kibicami i na oczach widzów na całym świecie, więc zrobię absolutnie wszystko, by Łotwa była ze mnie dumna – zapewnia. – Za mną świetne przygotowania, z każdym dniem byłem coraz bardziej gotowy do walki. W poprzednich pojedynkach zdobyłem bardzo dużo cennych doświadczeń, wyciągnąłem wnioski i dziś jestem znacznie lepszym bokserem. Czeka nas boks na absolutnie najwyższym światowym poziomie. Głowacki to świetny pięściarz z bardzo mocnym uderzeniem. Nie mam mu nic do powiedzenia, ja nie jestem od gadania, ja komunikaty dla niego będę miał w ringu. Nie myślę o niczym innym, tylko o walce z Krzysztofem, nie wybiegam myślami nigdzie dalej niż do sobotniego wieczora. Naprawdę, chcę sprawić, żeby Łotwa była dumna.

Stawka większa niż tytuł

I – co tu dużo mówić – Łotwa z Mairisa jest dumna. Ryga jest oplakatowana jego twarzą, media trąbią o walce od dłuższego czasu, miasto czeka na sobotnią noc. W Riga Arena pojawią się tłumy. Z poprzednich organizowanych tam gal wiemy jedno: to będą fanatyczni, bardzo głośni i aktywni fani. Pamiętacie liczby z początku tekstu? W całym kraju mieszkają niespełna dwa miliony ludzi. 10 tysięcy przyjdzie na galę, by zdzierać gardła dla Mairisa Briedisa. Szybki rachunek mówi: to mniej więcej pół procenta całej populacji, czyli tak, jakby w Polsce na galę bokserską przyszło prawie 200 tysięcy ludzi. Co tu dużo gadać – to kompletnie niewykonalne i wcale nie chodzi nam o brak tak dużych obiektów.

Głowacki z ekipą do Rygi przyleciał tydzień przed walką. Jest ekstremalnie skupiony na wyzwaniu, zdecydowany, świetnie przygotowany. I doskonale wie, o co walczy. Po pierwsze: o pieniądze, których w turnieju World Boxing Super Series nie brakuje. Po drugie: o dwa pasy mistrza świata, czyli coś, czego w polskim boksie zawodowym praktycznie nigdy nie było. Po trzecie: o przepustkę do wielkiego finału turnieju, w którym do zgarnięcia mogą być wszystkie pasy mistrzowskie wagi junior ciężkiej i jeszcze większe pieniądze. Jeśli wszystko pójdzie według założonego planu, być może „Główka” w Polsce będzie równie dużym bohaterem i gwiazdą, jak jego jutrzejszy rywal na Łotwie.

Na ważeniu było raczej spokojnie, obaj panowie bez żadnych kłopotów zmieścili się w limicie wagi junior ciężkiej. Obaj byli niezbyt rozmowni, „Główka” mówił przez promotora, Briedis sam – łamanym angielskim. Obaj przyciągnęli sporo kibiców, co jest wymowne zwłaszcza w przypadku Polaka. Wreszcie – obaj bardzo wierzą w zwycięstwo. Jeden boleśnie się pomyli. Transmisja jutro wieczorem w TVP Sport. Głowacki do ringu wyjdzie kwadrans po 23 czasu polskiego. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, koło północy będzie zunifikowanym mistrzem świata. Ale o jednym trzeba pamiętać z całą stanowczością – Łotwo nie będzie.

JAN CIOSEK Z RYGI