Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Z życzeniami imieninowymi dzwoni mój szanowny teść. Po życzeniach – spełnienia marzeń – przechodzimy do tematu bardziej palącego.

– Powiedz mi, po co oni w ogóle te mecze młodzieżowej reprezentacji puszczali?

Pytaniu się nie dziwię, trzysta sześćdziesiąt minut, a gole wbite tylko przybyszom z Tahiti – to nie były rurki z kremem. Całość doświadczenia przypominało trochę wnoszenie żeliwnego kaloryfera na piąte piętro, a trochę samobiczowanie wiechecią pokrzywy.

Adresatem zażalenia nie jest tu TVP: im więcej sportu w telewizji tym lepiej, zawsze to jakiś paradokument czy polityczna przekrzykiwanka na poziomie „Podejdź no do płota” mniej. Kupno praw do młodzieżowego mundialu w Polsce – kwestia prestiżowa, a i jakaś tam nadzieja na pozytywne emocje wokół naszych orłów była.

Ale szybko się skończyła.

Widziałem drużyny słabsze, ba, widziałem wiele słabszych. Pamiętam zespoły, które wycierały dno tabeli, nie mając żadnych argumentów poza tym, że wyszły w jedenastkę na boisko; pamiętam, że spadającemu Widzewowi gola strzelił Artur Boruc. Bywałem niejednokrotnie na niższych ligach, sam razem ze szwagrem zagrałem w tym sezonie B-klasy, gdzie dostaliśmy dwucyfrówkę, a ja miałem zakwasy od trzydziestej minuty. Byliśmy beznadziejni, ja prawdopodobnie najgorszy, a trzeba dodać, że szwagier grał w halówkach.

Niemniej uważam, że Polska U20 to jedna z najbrzydziej grających zespołów jakie miałem zaszczyt widzieć na oczy. Od czasów boiskowych popisów Józefa Kałuży, od boju Wilimowskiego z Leonidasem, przez taktyczne czarnoksięstwo Helenio Herrery, aż po współczesność, świat futbolu nie widział drużyny ze stoperami w rolach rozgrywających.

Słyszeliście o wrotach piekieł w Darwazie? Fatalna pomyłka radzieckich naukowców sprawiła, że gdzieś tam, na pustyni Kara Kum, znajdziemy szeroką na siedemdziesiąt metrów, od czterdziestu lat nieustannie płonącą dziurę. To jedyny możliwy odpowiednik tego, co działo się w linii pomocy reprezentacji Polski: niezwykły fenomen, mało, że dziura, to jeszcze pożar.

To, co mnie uderzyło najbardziej, to job na punkcie dośrodkowań. Po zespole, który nie potrafił grać piłką, spodziewałem się tego: mówimy o najprostszym, najbardziej banalnym do wykonania sposobie ataku. Przecież i ja taki atak mógłbym przeprowadzić, gdybym akurat stał w odpowiednim miejscu – wystarczy kopnąć i tyle, hulaj dusza, piekła nie ma, a nuż się komuś odbije i będę miał asystę.

Ale zaskoczył skądinąd ceniony przeze mnie ekspert Robert Podoliński, który w końcówce meczu z Włochami, gdzie pierwsze celne dośrodkowanie miało miejsce w 88 minucie, przyznał, że brakło nam jakości we wrzutkach. Spisuję to na karb trudnego zawodu komentatora: trzeba dać opinię w moment, mieliśmy tego dnia tysiąc i jeden dośrodkowań, faktycznie, gdyby były lepsze, może i coś by wpadło.

Ale ja generalnie nie w celności wrzutek, a w samych wrzutkach widziałem problem.

Swego czasu robiłem wywiad z Michaelem Caleyem, amerykańskim analitykiem – kraj ma tu znaczenie, to człowiek z ojczyzny zupełnie innego podejścia do danych, czego dowodem baseball, a nawet koszykówka. Caley nie bawi się cyframi w rozumieniu „trzy strzały, a pięć autów”, tylko buduje modele zaawansowane, mające powiedzieć coś istotnego, czego dowodem jego najbardziej znane dziecko, model „Expected Goals”.

Caifco8WIAAGlex.png-large-590x410

Pamiętam doskonale, że w naszej rozmowie zdemolował wagę dośrodkowań.

Zniszczmy liczbami mity. Która metoda ataku jest według nich najmniej skuteczna?

Załóżmy, że drużyna konsekwentnie próbuje przebić się środkiem, ale nie wychodzi. Wówczas bardzo często porzuca takie granie i gra flankami, wrzucając stamtąd piłkę, podnosząc ją w górę. Nie twierdzę, że nie ma w futbolu miejsca na grę dośrodkowaniami, w odpowiedniej sytuacji i z odpowiednim składem może to się okazać skuteczne, ale według mnie – to broń słabych. Najłatwiejsza metoda dogrania piłki w pole karne, co jednak oznacza również, że jest najłatwiejsza do obronienia, najtrudniejsza do zamiany na gola. Jeśli rzeczony zespół dalej kontynuowałby grę środkiem, to cały czas mierzyłby w stworzenie okazji o 40-50% średniej szansy na powodzenie, podczas gdy wrzutki to polowanie na w najlepszym przypadku kilkuprocentową sytuację. Jeśli spojrzysz na najlepsze drużyny Europy, to prawie wszystkie bardzo mało strzelają po wrzutkach. Barcelona w La Liga ma najmniejszy udział goli po dośrodkowaniach w lidze, tak samo Bayern i Dortmund w Bundeslidze, Napoli we Włoszech. Najlepiej grające ofensywnie zespoły po prostu nie opierają się na tym elemencie.

Różne były po tym wywiadzie opinie. Wśród nich wiele takich, że typ pierniczy trzy po trzy. Ja, po seansie z naszymi juniorami, a od nich wychodząc od naszej ligi i popisów Polaków w europejskich pucharach, zachęcam do zadania sobie pytania:

A co jeśli Caley ma rację?

Co jeśli wrzutka, może być wielce przydatna, ale jako jedna z opcji, ale jeśli to twój podstawowy sposób ataku to znaczy, że jesteś cholernie przewidywalny? I w praktyce słaby, skoro nie potrafisz zawiązać jakiejkolwiek bardziej złożonej akcji?

Co jeśli w rozgrywkach, gdzie po dośrodkowaniach pada sporo goli, dzieje się tak nie za przyczyną ich wielkiej skuteczności, ale racji faktu, że jedni i drudzy ciągle się nimi ostrzeliwują bo nie mają kreatorów?

Co jeśli nasz kult dośrodkowań to jeden wielki archaizm, godny użycia zeppelinów w II wojnie światowej? Na który nie choruje tak bardzo reprezentacja Polski, bo ton nadają jej zawodnicy występujący na Zachodzie, ale polskie kluby, dzięki cotygodniowej rąbance, uczą się, że dośrodkowaniom warto zaufać?

Ja w ogóle uważam, że wypadałoby rozróżnić dośrodkowania od – uwaga – „dosirodkowania”. Wyczuwacie różnicę, znacie komentatorów, którzy używali drugiej wersji, względnie tak mówiło się u was na podwórku (u mnie tak). Za dośrodkowanie chciałbym uznać zagranie, które w danym momencie zawiązania akcji faktycznie jest optymalne. Dośrodkowanie z rzutów wolnych często ma o wiele więcej sensu niż strzał, pada tak wiele bramek.

Ale „dosirodkowanie” to laga w pole karne, koniecznie z gry, gdzie tam się czai akurat może jeden napastnik na czterech obrońców.

Gdzie wrzucający nawet nie podniósł głowy by spojrzeć co tam się konkretnie dzieje.

Gdzie zastosował w praktyce zagranie godne „piłka parzy”, definicyjny przykład zagrania na alibi, nieprzygotowanego, marnego, wręcz bezmyślnego, bo niewymagającego cienia kreatywności, nawet niewymagającego techniki, skazanego w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach na porażkę, ale jak raz przypadkiem wyjdzie – to jest piłka, przypadek bywa krupierem – to kopacz utwierdzi się w przekonaniu, że to dobre rozwiązanie.

Na długą metę to jednak klęska wielopoziomowa, bo może utrwalić w nawet obiecującym zawodniku nawyki: aha, jadę do linii, mogę teraz posłać lagę i nikt nie będzie miał pretensji.

A skoro nikt nie będzie miał pretensji, to po co ryzykować?


Leszek Milewski

PS: Znalazłem fragment kultowego „Podejdź no do płota”: od 3:45 TUTAJ. Takiej telewizji już nie robią.

Złóż spóźnione życzenia imieninowe autorowi, tłumacząc się gęsto dlaczego dopiero teraz