Nie wychodź i nie mrugaj, bo walkę zobaczysz w Teleexpressie
Inne sporty

Nie wychodź i nie mrugaj, bo walkę zobaczysz w Teleexpressie

Pamiętacie te wszystkie żarty, że cała walka Andrzeja Gołoty mogłaby się zmieścić w Teleexpressie? Albo że ktoś wyszedł po drinka, a kiedy wrócił, już było po zawodach? Za nami dokładnie taki wieczór i taka noc. Zarówno w Gdańsku, podczas KSW 49, jak i na Brooklynie, w walce o mistrzostwo wagi ciężkiej, nie można było mrugać, żeby przypadkiem nie przegapić nokautu!

Zacznijmy od KSW. To miała być świetna gala, i dokładnie taka była. Przede wszystkim, jak na dłoni można było zobaczyć, że tutaj nie ma ciągnięcia zawodników za uszy i budowania im rekordów. Jeśli organizatorzy ściągają wojownika z zagranicy, to na pewno nie po to, żeby wszedł do klatki i położył się przed Polakiem. Ba, wczoraj wieczorem to z reguły goście rozdawali karty. Najpierw Norman Parke wygrał wszystkie rundy z Arturem Sowińskim, potem w polskim starciu Karol Bedorf sensacyjnie przegrał z Damianem Grabowskim. Dla „Pitbulla” to wielki moment. Po nieudanej przygodzie w federacji UFC (trzy walki, trzy porażki), wrócił do gry. W drugiej rundzie totalnie zdominował wieloletniego mistrza KSW, którego sędzia musiał uratować przed ciężkim nokautem.

To była świetna przystawka przed głównymi daniami – pojedynkami o pasy federacji. W starciu o prymat wagi półśredniej Krystian Kaszubowski stanął oko w oko z Roberto Soldiciem. Oczekiwania były duże, Polak świetnie przygotowany i głodny sukcesu. Niestety, cała zabawa skończyła się bardzo szybko, a marzenia prysły już w pierwszej rundzie. Soldić przymierzył, trafił i można było odnieść wrażenie, że najwięcej wysiłku w klatce kosztowało go kilka salt, które zrobił po nokaucie…

Znacznie więcej dramaturgii mieliśmy w pojedynku o pas wagi średniej. Tam Michał Materla miał rachunki do wyrównania ze Scottem Askhamem. W ich pierwszym spotkaniu o wszystkim zdecydował stary, dobry ciosek na wątrobę. Anglik trafił wtedy na samym początku starcia, odbierając Polakowi oddech i siłę do dalszej walki. Teraz kibice w Ergo Arenie liczyli na zupełnie inny scenariusz. Tymczasem Askham zaczął… dokładnie tak samo: od ciosów na wątrobę. Tym razem Polak przetrwał i w pewnym momencie miał rywala na macie. W drugiej rundzie Materla trafił idealnym prawym, ale nie zdołał wykończyć rywala. Wreszcie przyszła trzecia runda i fenomenalne latające kolano w wykonaniu Askhama. Czegoś takiego nie wytrzymałby żaden wojownik na świecie. Ba, mamy wrażenie, że taki gong mógłby przewrócić niejeden pomnik. Kiedy Materla się podniósł, wyglądał, jakby właśnie zderzył się z pociągiem.

Trudno nie zauważyć, że w federacji KSW idzie nowe. Największe nazwiska ostatnich lat są zdecydowanie w odwrocie. Porażka Materli przez nokaut tylko się wpisuje w ten trend.

Skoro mowa o nokautach, które wyłączają światło, z Gdańska błyskawicznie przenosimy się do Nowego Jorku. Tak, to był zdecydowanie taki pojedynek, który łatwo było przegapić. „Czekaj, dopiero zaczynają, skoczę jeszcze do łazienki, a potem zrobię sobie drinka” – to na pewno nie był idealny plan na pierwszą rundę. Deontay Wilder, który odgrażał się, że spróbuje zabić w ringu Dominika Breazeale’a, od pierwszego gongu polował na nokaut. I dość szybko dopiął swego. Kiedy trafił w drugiej minucie walki błyskawicznym prawym, „Trouble” ciężko padł na deski. Mamy wrażenie, że był w tym momencie w stanie uniemożliwiającym jakiekolwiek myślenie, ale cóż, gdyby pomyślał, pewnie brzmiałoby to mniej więcej tak: „o, mamusiu, co za bestia, chrzanić to, nie wstaję”.

Wilder po raz kolejny udowodnił, że ma w rękach dynamit. Bilans 41 zwycięstw, z czego 40 przed czasem, mówi sam za siebie. Cóż, cały świat czeka na jego pojedynek z Anthonym Joshuą. My nie mielibyśmy nic przeciwko temu, żeby najpierw zobaczyć go w starciu z naszym Adamem Kownackim. Bez względu na to, jak by to wyglądało, już teraz mamy opracowany podstawowy plan: nie wychodzić do łazienki, nie dorabiać drinków, nie mrugać…

foto: newspix.pl