Sunday, najlepiej wytłumaczyć to tak, że twój dług nie istnieje
Weszło Extra

Sunday, najlepiej wytłumaczyć to tak, że twój dług nie istnieje

Ibrahim Sunday trafił do Wisły Kraków w 1998 roku, zaliczając brutalne zderzenie z rzeczywistością. Nie czuł się zaakceptowany przez drużynę. Nękały go kontuzje. Henryk Kasperczak nie wziął go na obóz, mimo że zabrał ze sobą wszystkich zawodników pierwszej drużyny i rezerw. Orest Lenczyk sugerował, że Nigeryjczyk symuluje urazy, by opuszczać treningi. W Zagłębiu Lubin kazano mu trenować cztery razy dziennie i proponowano płacenie połowy kwoty kontraktu, byle tylko wyjechał do Krakowa. W dwóch klubach nie zobaczył ani grosza, na mieście rozsiewano plotki, że… rozpalał ognisko na środku mieszkania.

O życiu w wielodzietnej rodzinie w kraju, gdzie za edukację płaci się samemu. O zmianie religii. O cudownym ozdrowieniu ojca. O problemach z mentalnością Polaków. No i o rzeczach pozytywnych, jak rozegranie wymarzonego meczu na Camp Nou.

Zapraszamy.

*

Trudno żyć w dużej, wielodzietnej rodzinie. Miałem sześciu braci i trzy siostry, rodzice musieli stawać na głowie, by zapewnić nam godne życie. W Nigerii nie jest łatwo, w szkole trzeba płacić za każde dziecko, więc mówimy o ogromnych kosztach.

Dawaliście radę?

Żyliśmy nadzieją. Że będzie lepiej, że nasza sytuacja ulegnie poprawie, choć – mówiąc szczerze – wielkiej tragedii nie było. Tata miał dobrą pracę, na szczęście mama mogła skupić się na tym, żeby wychowywać nas w domu. Do tego mieliśmy dużą farmę, jedzenie braliśmy głównie stamtąd.

Nie było biednie, po prostu trzeba było dużo pracować.

A okolice, wszystko to, co wokół? Cóż, w Nigerii żyje około 200 milionów ludzi. Spory przekrój społeczeństwa. Zobaczysz to, co będziesz chciał widzieć. Jest mnóstwo bogaczy, tak samo bardzo dużo biednych. Jak wszędzie. Z perspektywy czasu uważam, że pomogło mi to, iż mieszkałem wokół tych, którzy albo posiadali więcej, albo znacznie więcej.

Dzięki temu motywowałem się jeszcze bardziej. Wiedziałem, że lepsza sytuacja życiowa jest na wyciągnięcie ręki. Kwestia podejścia, ciężkiej pracy. Tata miał wykształcenie podstawowe, ale był bardzo mądrym człowiekiem. Robił wszystko, żebyśmy nie powielali jego błędów. „Wiesz dlaczego tamten człowiek ma lepiej? Dlaczego mieszka w tak dużym domu? Co z tego, że jestem silniejszy, czy bardziej sprawny? Nasz sąsiad jest bogatszy, bo chodził do szkoły” – powtarzał. Więc stawiałem i na naukę, i na sport. Starałem się niczego nie zaniedbywać. Wówczas na piłce nożnej, szczególnie w Afryce, nie zarabiano tak jak teraz, więc byłbym głupi, gdybym postawił wszystko na jedną kartę. Tata uświadamiał mnie, że edukacja jest prostą drogą do dobrego życia, z której można zboczyć, jasne, ale dopiero, gdy kariera nabierze rozpędu.

Co było największym problemem w zwykłej codzienności?

Siłą rzeczy nie miałem wszystkiego, o czym myślałem. Jako dziecko nie posiadałem roweru, choć go pragnąłem. Wiesz, drobnostki, oprócz tego wielkich problemów nie było. Ani ze zdrowiem, ani z jedzeniem, czyli z rzeczami najważniejszymi. Jednak jako dziecko patrzysz inaczej. Żałujesz, że nie ubierasz się tak, jakbyś chciał, albo tak, jak wyglądają bogatsze dzieci. No, to bolało, ale tylko tyle.

Zazdrościł pan bogatszym?

Nie. Nigdy nie byłem zazdrosny. Nie uważam, że miałem pecha. Więcej – Bóg dał mi bardzo, bardzo dużo. Mogłem grać w piłkę, rozwijać się. Czyli robić to, co kocham. Dostałem dar, którego nie da się kupić. Grałem z dziećmi z bogatszych rodzin i byłem lepszy. W szkole tak samo – byłem w pierwszej trójce najlepszych w klasie.

Starałem się przekuwać w sukces wszystko to, co robiłem. Miałem silny charakter. W ogóle, wydaje mi się, że kilkanaście lat temu, albo jeszcze wcześniej, ludzie byli silniejsi. Dawali radę żyć bez względu na okoliczności. Jako dziecko nie słyszałem o tym, że ktoś w ogóle myśli o samobójstwie. Bo traci nadzieję i nie wie, co robić. Takich rzeczy nie było, a spójrzmy jak to wygląda teraz.

W czym objawia się, według pana, słabość dzisiejszych ludzi?

Ludzie szybko odpuszczają. Zamiast szukać rozwiązań, idą drogą na skróty. Przykład związków. Jest gorzej niż kiedyś. Kłócisz się, trochę sprzeczasz i już bierzesz rozwód. Mówię o Europie, względnie o Ameryce, nawet trochę o Afryce. Kiedyś było tak, że mogłeś się nie dogadywać z partnerką, jasne, ale rozwód stanowił ostateczność. Patrzyło się na dzieci, szukało się powodów, by zostać. By nie decydować się na rozpad rodziny. Jakoś tak wszystko uległo zmianie. Na gorsze. Są kłótnie, lekkie sprzeczki i koniec związku.

Wychowałem się w innych realiach, nie akceptuję tego. Nauczyłem się, że jak widzisz przeszkodę na drodze, to powinieneś robić wszystko, by ją ominąć. Macie problem w związku? To poradźcie się rodziców, cokolwiek. Ale tak nie ma. Do tego wy – w Polsce, generalnie w Europie – dążycie do tego, by być wolnymi. Albo inaczej, żebym się lepiej wyraził – ja, jako dziecko, nie mogłem robić wszystkiego. A tutaj? Nie wolno bić dzieci, nie wolno krzyczeć. Nie mówię, że bicie jest dobre, absolutnie nie. Ale bezstresowe wychowanie też nie ma sensu. Balans jest potrzebny, a w Europie go nie widzę.

W ogóle, w tych wszystkich rzeczach – czy to związanych z szybkim odpuszczaniem, czy to związanych z nadzieją na lepsze jutro – ważna jest wiara. W moim przypadku obecna przez całe życie.

Urodził się pan w rodzinie muzułmańskiej, a został gorliwym chrześcijaninem.

Byliśmy muzułmanami, ale tata nie siedział w tym bardzo głęboko. Nie był żadnym fanatykiem, miał normalne podejście do wiary. Skoro wyznawał islam, to naturalne, że my – jako jego dzieci – przejęliśmy tę samą religię. Ja podchodziłem do wiary muzułmańskiej racjonalnie. Nie byłem gorliwy, modliłem się w normalny sposób.

Wszystko zmienił mój starszy brat.

Chodził do szkoły średniej. Spotkał kolegę, który pokazał mu wiarę chrześcijańską. Że Jezus jest drogą do Boga, że jest jedyną nadzieją. Zrozumiał to i zaakceptował.

Gdy wrócił, czytał nam Biblię. Opowiadał. Zaczęliśmy chodzić do kościoła, naprawdę wierzyliśmy. Nie tak jak teraz, że ludzie udają, iż są chrześcijanami. Nie, wkładaliśmy w tę wiarę całe serce.

A cud nas w tym umocnił.

Cud?

Byliśmy świadkami cudu.

Krok po kroku każdy z naszej rodziny przechodził na wiarę chrześcijańską. W końcu zostali tylko rodzice, którzy nie wyobrażali sobie zmian. Mama przeszła na chrześcijaństwo, ale szybko – za sprawą taty – wróciła do wcześniejszej religii. Wszystko zmienił moment, gdy tata poważnie zachorował. Dostał wylewu, miał sparaliżowaną jedną stronę ciała. Nie byłem w domu, ale gdy usłyszałem o wszystkim, to pomodliłem się, prosząc Boga o pomoc. Miałem wiarę, że będzie dobrze. Pojechałem do domu, porozmawiałem z tatą. „Będziesz zdrowy, ale tylko wtedy, kiedy zostaniesz zbawiony” – powiedziałem. Czasami możesz modlić się za kogoś, by był zdrowy, co przyniesie skutek. Jasne, ale w tym przypadku mówimy o specjalnej sytuacji. O trudnej chorobie. Wiedziałem, że tym razem trzeba poświęcić całe serce, całego siebie. I wtedy będą efekty.

Tata nie wierzył. Zdawał sobie sprawę, że modlitwy mają moc, ale nie chciał zmienić religii. Żądał wyłącznie cudu. A tak nie można.

W końcu zrozumiał, że nie ma wyjścia. „Dobra, zmienię się jak twój Bóg mnie uzdrowi” – postawił sprawę jasno. Jako że całe życie był muzułmaninem, bał się reakcji kolegów. Że powiedzą, iż dzieci go zmieniły, choć to on powinien zmienić dzieci. No, ale najważniejsze, że przekonał się do tego, by uwierzyć.

Spotkaliśmy się z pastorem, który poprosił, bym modlił się wraz z tatą. „Jeśli już jesteś z Jezusem, to wszystko jest nowe, a stare odrzucamy. Chorobę też, trzeba tylko w to wierzyć” – wypalił nagle, co okazało się prawdą. Chciał, żebym pomógł tacie wstać. Podszedłem, pomogłem i… ojciec zaczął chodzić, choć jeszcze kilka minut wcześniej był sparaliżowany!

Robił wszystko, czego nie mógł robić wcześniej.

Często konwertytom grożą prześladowania. Jak było w waszym przypadku?

Zdarzały się. Tata nie miał problemów z tym, że zmieniliśmy wiarę, ale słyszałem o rodzinach, gdzie wyrzucano takie osoby z domu. Jeżeli chodzi o nas, to mieliśmy mniejsze problemy. Mieliśmy takiego, można powiedzieć, przyjaciela rodziny, który nie był zadowolony. Oj, nie był. Był zły na mojego tatę, że pozwolił nam zmienić religię. Wręcz walczył o to, żebyśmy wrócili do dawnego wyznania. To pokazuje podejście ludzi, gdy ktoś decyduje się na zmianę.

Wracając do pana początków. Wierzył pan, że zostanie piłkarzem?

Wierzyłem. Grałem ze starszymi kolegami i dawałem radę. Wyróżniałem się. Kochałem piłkę, ludzie zaczęli zauważać, że mam talent. Jeden z kolegów w końcu wziął mnie do akademii. Rozmawiał z trenerami, polecił mnie, więc poszedłem, choć pojawiły się pewne trudności. Akademia była daleko od mojego domu, a wówczas nie miałem za dużo pieniędzy. Brakowało mi nawet na buty. Na szczęście trener dawał mi na dojazdy, bez tego byłoby trudno. Miałem umiejętności, ale i dużo szczęścia.

Szczęściem musiało być też to, że trafił pan na polskiego trenera, Czesława Boguszewicza.

Kolejny dar od Boga. Wówczas nie miałem menedżera, marzyłem o grze w Europie, gdzie zaczynali występować moi koledzy, ale nie miałem jak. Szukałem, starałem się i nic. Pewnego razu do klubu przyjechał trener Boguszewicz. Myślałem, że będzie moim trenerem i tyle. Okazało się, że trafił tutaj zarówno trenować, jak i obserwować zawodników, by ściągnąć ich do Polski.

Pracowaliśmy sześć miesięcy, w końcu okazało się, że lecę do waszego kraju.

Trudno było opuścić rodzinę i wyjechać tak daleko?

Absolutnie nie. Na taki wyjazd czekałem całe życie. Doszło nawet do tego, że zrezygnowałem z kontraktu, który podpisałem z jednym z najlepszych nigeryjskich klubów, gdy jeszcze nie wiedziałem, że dostanę propozycję gry w Polsce. Marzyłem o Europie, więc odpowiedź na propozycję trenera Boguszewicza była oczywista. Co ciekawe, długo nie rozmawiał ze mną o transferze. Wrócił do kraju na święta Bożego Narodzenia i tyle. Dopiero później zadzwonił do dyrektora i przekazał, co planuje.

– Sunday, dzwonił trener, możesz lecieć do Polski

– Gdzie?!

– Do Polski

– Kurczę, nie znam.

Nic pan o Polsce nie wiedział?

Nic. No, może tyle, że kojarzyłem Kennetha Zeigbo, ówczesnego napastnika warszawskiej Legii. Nie znałem polskich klubów, całej otoczki i tak dalej, ale widziałem po nim, że miał dobrze. Gdy wracał do domu, dało się zauważyć, że prowadzi dobre życie. Nie miałem powodów, by z transferu rezygnować.

4

Jak na pana wyprowadzkę zareagowali rodzice?

Wiedzieli, że chciałem pojechać do Polski i zrobić krok, który może zmienić wszystko. Modlili się, życzyli mi jak najlepiej i tyle. Wiadomo, że tęskniłem, normalna sprawa, choć nie ukrywam, że na początku nie pomagali mi koledzy, których zastałem w Wiśle.

Nie mówiłem po angielsku, więc komunikacja nie istniała. Po treningach brałem telefon i dzwoniłem do domu. Rany, przeraziłem się, gdy zobaczyłem rachunek.

Ile wyszło?

Z trzy czy cztery tysiące złotych. (śmiech)

W ogóle, miałem pewne perturbacje, gdy leciałem do Europy. Mój pierwszy raz, nie wiedziałem co i jak. Do tego Polska nie była jeszcze ani w Unii Europejskiej, ani w Strefie Schengen. Kupiłem bilet, musiałem lecieć przez Zurych. Stamtąd przesiadka do Gdańska, gdzie miał odebrać mnie menedżer i zawieźć do Krakowa. Problem w tym, że w Zurychu okazało się, iż potrzebuję wizy tranzytowej. Tym samym wyszło na to, że bilet, który kupiłem w Nigerii był niepotrzebny. Nasłuchałem się historii, jak ludzie musieli wracać do domów, stąd strach. Raz zatrzymali mnie strażnicy, czekałem dwie godziny, miałem nie lecieć, ale trafiłem na dobrych ludzi – wypisali bilet jakoś inaczej, musiałem lecieć przez Danię. Wylądowałem w Warszawie, przyjechał trener Boguszewicz. Wysiadam, zupełnie inny świat, zupełnie inne doświadczenie. Przede wszystkim śnieg! Tak straszny, że loty zostały odwołane. Trzeba było kombinować. Szok.

Kolejny pojawił się już za chwilę, na pierwszym zimowym okresie przygotowawczym. 

(Sunday ciężko wzdycha)

Było bardzo trudno, ale byłbym niemądry, gdybym miał zrezygnować. Wiedziałem, że marzenie jest ważniejsze niż chwilowe problemy. Śnieg, zima? Nieważne.

Co było największym problemem po przyjeździe do Polski?

Dwie rzeczy.

Jedzenie. Codziennie były ziemniaki. Ziemniaki, ziemniaki, ziemniaki. Bez sosu, a my, w Afryce, używamy sosu do wszystkiego. Kiedyś poprosiłem o ryż, przynieśli mi na drugi dzień. Ryż, surówka, kurczak. Dostałem i czekam na sos. Czekam, czekam, mija kilkanaście minut, wszystko wystygło. Przyszedł Marek Konieczny, zawodnik Wisły, który jako jedyny mówił po angielsku i zaczął się śmiech. Cóż, trzeba było zmienić podejście, przyzwyczaić się. Później zacząłem prosić o ketchup, chociaż tyle.

Druga rzecz – oczywiście język.

Powiedział pan, że nie pomagali panu zawodnicy, których zastał pan w Wiśle. Rozwińmy wątek.

Zawodnicy i trenerzy nie znali języka. Był problem, spory problem.

Czuł się pan odrzucony?

Nie że czułem się odrzucony, tylko po prostu tak było. Chyba nie zostałem zaakceptowany przez drużynę. Na treningach u Wojciecha Łazarka było tak, że wychodziliśmy na boisko sami, trener wchodził pół godziny później. Graliśmy w dziadka, wszyscy dobierali grupy. Starsi, młodsi, tylko dla mnie nie było miejsca. Tu mnie odrzucali, tam mnie odrzucali i kopałem sobie piłkę samemu.

W Afryce ludzie są bardziej otwarci. Przede wszystkim szanujemy obcych. Grałem również w Chinach z Jackiem Paszulewiczem i było wręcz odwrotnie. Szanowano nas bardziej niż miejscowych, a w Polsce przeciwnie. Niestety. W sumie podobnie jak w Norwegii. Tam byli bardzo mili, jasne, ale tylko przez dwa tygodnie. Proponowali podwózkę na trening, pytali co u mnie, a po tym czasie zmienili podejście.

W Polsce wszystko zmieniło się, gdy zadebiutowałem z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski i strzeliłem gola. Wszedłem na końcówkę, nie rozumiałem nic po polsku. „Sunday, middle” – jedyne, co powiedział trener. Problem w tym, że graliśmy na trzech środkowych pomocników. Wbiegam, zajmuję pozycję, kolega krzyczy, przestawia. Idę na drugą stronę, znów krzyczą, znów przestawiają. Jestem na boisku, ale nie wiem, co robić i gdzie stać. Chaos. Czułem się wypychany z tego boiska, lecz wszystko skończyło się, gdy zdobyłem bramkę.

Wtedy zostałem zaakceptowany.

Z biegiem czasu było łatwiej, gdyż poznawałem język. Uczyłem się intensywnie, kwestia szacunku i do kraju, i do ludzi. Mogłem mówić, że skoro mam kontrakt, to mogę mieć ludzi w dupie i nic nie robić.

I wiesz co, niektórzy koledzy z Wisły na początku tak myśleli.

Że nic pan nie robi?

Owszem. Ale w końcu zrozumieli, że popełnili błąd. Mogło wydawać się, że nie robię postępów, ale przecież mówimy o trudnym języku. Starałem się cały czas i efekty przyszły.

Jakie momenty w Wiśle był dla pana najlepsze?

Wspomniany debiut i pierwszy gol. Poza tym mistrzostwa Polski i mecz z Barceloną na Camp Nou. To było spotkanie, na które czekałem przez całe życie.

Szczerze? Miałem wtedy wielką wiarę, że spełnię marzenie i zagram w Barcelonie. Nie przeciwko, ale w tej drużynie. Akurat wtedy trafił tam mój kolega, Gbenga Okunowo, z którym grałem w Nigerii. To samo miasto. Uznałem, że skoro Gbenga może, to ja również jestem w stanie to zrobić.

„Kurczę, następnym razem muszę tu być na stałe” – pomyślałem, gdy wychodziłem na Camp Nou.

W takim razie zapytam, co się stało, że się nie udało?

Dwie rzeczy. Kontuzje i ludzie.

Jako dziecko starałem się być jak najlepszy. Miałem rodziców, którzy dali mi wiele. Nauczyli, jak trzeba żyć. Pastor tak samo, pomagał mi umacniać się we wierze. Uważam, że starałem się. Robiłem tyle, ile mogłem. Ale są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Doznałem kontuzji, a lekarze nie wiedzieli, co robić.

Pojawiały się opinie, że Smuda pana zajechał, z kolei pan narzekał właśnie na opiekę medyczną.

Nie winię Smudy, nie miał wpływu na moje kontuzje. Leczenie było, jakie było, ale schody zaczęły się, gdy wróciłem do zdrowia. Niby wszystko szło ku lepszemu, a jednak pojawił się problem. Miałem jeszcze trzyletni kontrakt, trenerem był Henryk Kasperczak. Nie chciał mnie. Nie było dla niego ważne, czy jesteś dobry czy nie. Liczyło się jego widzimisię. Rozmawialiśmy z prezesami, mówiłem, że mam kontrakt i chcę dostać szansę w okresie przygotowawczym. Spróbować powalczyć. „Wiecie, że do momentu kontuzji byłem dobry. Dlaczego mam nie dostać szansy?” – pytałem. Jeżeli byłbym gorszy niż pozostali zawodnicy, no to mój problem, moja wina. Ale nie czułem się gorszy. Kochałem Wisłę, więc prosiłem o jedno. O okazję do wykazania się. Tym bardziej, że wiedziałem, iż w normalnych okolicznościach miałbym duże szanse na regularną grę.

Dostał pan szansę?

Przyszedł okres przygotowawczy, cała drużyna pojechała na zgrupowanie do Zakopanego. Zarówno gracze pierwszego zespołu, jak i rezerw. Tylko ja zostałem w Krakowie. Nie miałem z kim przygotować się do sezonu, a miałem ważny kontrakt.

Najgorszy czas w Polsce. Zero zainteresowania moją osobą. Bez mojej winy.

Patrzę na autobus, który odjeżdża. Widzę, że jadą wszyscy i nikt nie martwi się o to, co ze mną będzie. Nie miałem nawet indywidualnego planu treningowego. „Siedź w domu, rób co chcesz” – mówili.

Dlatego mówię, że przeszkadzali mi ludzie. Byłem bezradny. Masz determinację, angażujesz się, a w zamian dostajesz coś takiego.

4

Dużo było takich ludzi jak Kasperczak?

U Oresta Lenczyka miałem dobry początek, ale pojawiły się kontuzje.

Lenczyk zarzucał panu udawanie.

Tak myślał, gdy biegaliśmy i poczułem ból. Nie wierzył. Wydawało mu się, że robię wszystko, by nie trenować. Tak samo było w Zagłębiu Lubin u Czesława Michniewicza.

Ojej, trudna sprawa dla mnie, trudne wspomnienia. Byłem w Szczecinie, gdzie leczyłem kontuzję u dobrego lekarza. W międzyczasie trener przyjechał do klubu, ale – wiadomo – nie zastał mnie. Myślał, że nie chciałem dla niego grać, a ja nawet sam opłacałem leczenie! Powody? Mówili, że jestem synem Smudy, a Smuda zmienił Michniewicza w Lechu Poznań. Ale nie tylko o Michniewicza chodzi, dużą rolę odegrał Kuba Jarosz, ówczesny dyrektor sportowy Miedziowych.

Został pan zesłany do rezerw. – Widoczna nadwaga i nie najlepsza kondycja sprawiły, że Sunday już w następnym sezonie został odesłany do rezerw – pisano.

Nie, nie. Po prostu mnie nie chcieli i szukali sposobu, by mnie wyrzucić. A ja chciałem grać. Gdy wyzdrowiałem, nie mieli zamiaru dać mi szansy i proponowali głupoty. Kuba Jarosz mówił, że będą płacić mi czterdzieści czy pięćdziesiąt procent kontraktu, a ja mogę sobie jechać do Krakowa, siedzieć tam i balować. Nie musiałem trenować, ot, chcieli po prostu, żebym wyjechał.

Spojrzałem na Kubę z niedowierzaniem. „Kocham grać w piłkę, to mnie motywuje. Nie gram tylko dlatego, że chcę zarabiać. A ty proponujesz mi, żebym zostawił futbol i siedział w domu? To ma sens?” – zapytałem.

Nie zgodziłem się, więc przenieśli mnie do rezerw.

– Sunday, chcemy rozwiązać twój kontrakt.

– Nie zgadzam się, chce grać.

– No dobra, to będzie ci trudno.

– Tak? Co mi zrobicie?

– Od jutra będziesz trenował cztery razy dziennie.

O 8:00 trening, o 10:00 trening, o 12:00 trening i o 16:00 zajęcia z rezerwami. Chcieli sprawić, że będę chciał uciec, ale ja jestem trochę inny. Zawziąłem się i trenowałem. Lubię trenować.

Ile to trwało?

Dwa tygodnie. Potem nie wytrzymali. Oni, nie ja.

Problem stanowiło dla nich to, że na treningu musiał być trener. Wysyłali drugiego szkoleniowca, później kolejną osobę, ale cały czas mówimy o dodatkowej robocie dla tych trenerów. Mieli problem, nie wiedzieli, co robić. Odpuścili, ale moja frustracja została. Ostatecznie opuściłem klub.

I widzisz, dużo rzeczy złożyło się na to, jak moja przygoda wyglądała.

Wyszło tak, że tylko u Smudy grał pan regularnie.

Na początku dzwoniłem do domu i prosiłem o modlitwę, bo uznałem, że trener chyba mnie nie lubi. „Jak ty będziesz tak biegał, to u mnie nie będziesz grał” – powiedział mi po pierwszym treningu. Chciałem mu powiedzieć, że przecież kiedyś strzeliłem gola jego drużynie, więc chyba coś potrafię. (śmiech) No, ale odebrałem jego słowa jako ostrzeżenie, by starać się jeszcze bardziej.

Ostatecznie Smuda potem ściągnął pana do Zagłębia, a chciał jeszcze do Widzewa.

Złapaliśmy dobry kontakt. „Kurczę, jak będziesz tak trenował, to będziesz miał pierwszy skład” – przyznał dość szybko. To trener, który lubi technicznych zawodników, więc pasowałem mu. W ogóle nie miałem myśli, żeby odchodzić, choć niektórzy mówili, że u Smudy będzie trudno i lepiej szukać nowego klubu. Ucieczka byłaby tchórzostwem i – jak pokazała przyszłość – dużym błędem, bo bez tego trenera byłbym w innym miejscu.

Dobrze wspominam również Marcina Broniszewskiego, ma dobre serce dla ludzi.

W końcowej fazie kariery częściej pan pauzował, niż grał. Niektórzy twierdzili, że Sunday tylko udaje piłkarza, żeby podpisywać kontrakty w kolejnych klubach.

Pojawiały się różne głosy, ale ludzie opowiadali głupoty, choć nie znali prawdy. Zmieniałem kluby, ale co z tego, skoro nie dostawałem pensji na czas lub w ogóle. Na przykład w KSZO. Grałem cały czas, nie miałem kontuzji, ale pieniędzy nie było. Byłem wypożyczony z Wisły, wróciłem, opowiedziałem, jak tam jest. Poszedłem do sądu, wygrałem sprawę, ale pieniędzy nie zobaczyłem. Zmienili właściciela, powstały różne kombinacje i koniec. Dzwonię do dyrektora KSZO:

– Sunday, najlepiej wytłumaczyć twoją sytuację w ten sposób, że twój dług nie istnieje.

I koniec. (śmiech) To samo w Gorzowie Wielkopolskim. Prezes mówił, że boi się, iż doznam kontuzji. Uznał, że kiedy będę znajdował się poza grą, to nie będę dostawał kasy. Zgodziłem się, kontuzji nie było… Tak samo jak pieniędzy.

Zraził się pan?

Wolę nie pamiętać.

O panu w ogóle krążyło wiele plotek. Nawet ostatnio słyszałem, że Sunday rozpalał ognisko na środku mieszkania.

Wiesz, ludzie lubią gadać głupoty. Ktoś mnie kiedyś zapytał o ognisko, nie wiedziałem, co odpowiedzieć. No rany, ognisko w mieszkaniu?! Ktoś miał poczucie humoru.

Swego czasu, gdy byłem chwilę w Niemczech, zadzwonił Smuda.

– Sunday, ktoś mówił, że byłeś pijany i widziano cię z prostytutkami. Ja cię broniłem, że jesteś młody, że masz pieniądze, które te dziewczyny chcą wyciągnąć, ale musimy tę sprawę wyjaśnić.

– Trenerze, znasz mnie bardzo dobrze. Czy ja piję alkohol? Chociażby szampana?

– No właśnie dlatego tego nie rozumiem.

– No właśnie.

W ogóle nie piję alkoholu, a nagle ktoś mówi, że widział mnie pijanego. Wówczas nawet nie wychodziłem z domu w nocy, tym bardziej na imprezy. Ale ktoś musiał powiedzieć swoje, nawymyślać. Że piję alkohol? Że rozmawiam z prostytutkami? Brak słów.

Dobrze, że Smuda mi ufał.

Chciałem wiedzieć, kto dzwonił. Gdyby Smuda uwierzył i nie zapytał mnie o zdanie, być może zostałbym wyrzucony z klubu. Byłem bardzo zły, więc chciałem, żeby ten ktoś wytłumaczył mi gdzie i kiedy. Wróciłem do Polski, poszedłem do trenera, kazałem mu zadzwonić do tego gościa. Ale Smuda nie chciał. „Po co ci to, wiem, że mówisz prawdę” – argumentował, więc musiałem zostawić tę sprawę.

Widzisz – moja kariera to dużo złych momentów, ale były też dobre.

Po karierze zajął się pan menedżerką.

Przede wszystkim pomyślałem sobie, skąd trafiłem do Polski, do Wisły. Miałem talent, byłem dobry, ale tak czy siak gdyby nie było trenera Boguszewicza, mógłbym skończyć w Nigerii i nigdy nie wyjechać do Europy. U nas w kraju jest mnóstwo zdolnych chłopaków bez szans na wyjazd. Niestety, taka jest rzeczywistość. Stąd pomysł, by pomagać. A nuż jeden czy drugi skończy tak jak ja i po karierze będzie robił to samo.

Do Wisły ściągnąłem Sarkiego, proponowałem też kilku innych zawodników.

Czuje pan, że Wisła przegapiła jakiś talent?

Trener wie lepiej, to oczywiste, ale uważam, że podsyłałem dobrych graczy. Utalentowanych. Jeden napastnik grał bardzo dobrze, ale szansy nie dostał. Każdy trener ma swój pogląd na piłkę, który trzeba zaakceptować.

W Afryce założył pan też akademię.

Zupełnie inne realia niż w Europie. Tutaj płacą rodzice, a tam daję wszystko. Buty, ciuchy, zapewniam opłaty dla trenerów. Dopóki nie zarabiasz na piłkarzach, to nie ma szans, by taki projekt utrzymać.

Mam dwudziestu pięciu zawodników. Mógłbym mieć pięćdziesięciu, ale wolę skupić się na węższej grupie. Łatwiej trenować, prościej obserwować postępy graczy. Graczy, którzy – muszę przyznać – walczą z całych sił, doceniają to, co mają, ale jest jeden problem. Dla mnie i dla chłopaków. W mojej akademii jest tak, że jak zawodnik jest dobry, to może dostać szansę na testach, które zresztą opłacam. Znam trenerów z Wisły, grałem ze Stolarczykiem. Ufają mi, więc biorą takich chłopaków. Sprawdzają. Ale koszty ponoszę ja, bo – wiadomo – trudno płacić za zawodnika o nieznanych przez nich umiejętnościach. To normalne.

Niestety widzę, że w Polsce nierzadko jest tak, że zawodnik może być bardzo dobry, ale przez brak znajomości będzie grał wyłącznie w niższych ligach. Jesteś z czwartej ligi? Nie masz szans. Nieważne czy jesteś dobry, czy nie. Tak jest tutaj. Problemem jest mentalność. Nie ma możliwości, że z trzeciej czy czwartej ligi wskoczysz bezpośrednio do ekstraklasy.

Oglądam trochę meczów w trzeciej czy czwartej lidze. Może źle trafiam, ale trudno znaleźć zawodników, którzy z miejsca nadawaliby się do ekstraklasy.

Wiadomo, że nie wszyscy, ale warto wyszukiwać pojedynczych zawodników. Mamy przykład Kuby Błaszczykowskiego. Gdyby Kuba nie dostał szansy, nikt nie wiedziałby, że potrafi tak dużo. Jest kilku takich graczy, widzę to.

Jeden z moich chłopaków był u Probierza. Trener go nie wziął.

Może się nie nadawał?

Po piętnastu minutach zawołał mnie i powiedział, że chłopak super się rusza. Że fajny, podoba mu się. Ale gdy dowiedział się, że grał w czwartej lidze polskiej, to natychmiast zrezygnował. Już nieważne były umiejętności a poziom rozgrywkowy.

Czym – oprócz akademii – się pan teraz zajmuje?

Zaczynam myśleć o biznesach. Wiesz, w Afryce są bardzo duże możliwości. Złoto i tego typu sprawy. Poznałem ludzi, którzy znają się na rzeczy i wchodzę w to. Nie powiem, że już w trakcie kariery piłkarskiej myślałem o tym, co teraz. Długo nie miałem jasno sprecyzowanego planu, zacząłem myśleć o tym mniej więcej cztery lata temu. Chodziłem na spotkania, słuchałem porad innych ludzi jak zacząć, jak rozwinąć działalność. Pomysł to wszystko. Jak masz dobry pomysł, pracuj nad nim. Zawsze znajdziesz ludzi, którzy w to wejdą. Nie można myśleć, że skoro nie masz pieniędzy, to nie zrobisz biznesu. Ktoś kiedyś powiedział mi: „Jak chcesz zostać biznesmenem, nie zaczynaj od pieniądza”. Nie wierzyłem, ale opowiadał dalej. Że dużo ludzi myśli, iż żeby zrobić biznes, trzeba mieć pieniądze. Nie, pierwsza rzeczą jest pomysł. Wierzyłem i wierzę nadal. Dziś mam wiele pomysłów, w które ludzie wchodzą.

Czuł się pan w pewnym momencie ulubieńcem kibiców Wisły?

No, tak było. Niedługo, ale nie mogę zaprzeczyć. Byłem bardzo zadowolony z tego, jak mnie odbierali. Szanuję ich i zawsze będę za to wdzięczny. Jak przyjeżdżam do Polski zdarza się, że od czasu do czasu ktoś mnie rozpoznaje. Fajna sprawa. To świetni kibice, co pokazało to, jak angażowali się w ratowanie klubu zimą, oczywiście wraz z innymi. Wielka sprawa, byłem na bieżąco, obserwowałem, trzymałem kciuki.

Rozmawiał Norbert Skórzewski

Fot. Newspix.pl/własne

***

O Wiśle Kraków w cotygodniowej audycji „Tego Słuchaj Wiślaku” rozmawia ze swoimi gośćmi Kamil Kania. Tutaj można odsłuchać ostatni odcinek:

KOMENTARZE (29)