W Indian Wells Thiem i Andreescu zaliczyli tenisowy pierwszy raz
Inne sporty

W Indian Wells Thiem i Andreescu zaliczyli tenisowy pierwszy raz

Jeden z największych turniejów na świecie. Drugi co do wielkości stadion, na którym rozgrywa się mecze tenisa. Indian Wells to scena dla największych – tych, po których każdy oczekuje końcowego zwycięstwa. Tym razem jednak w rolach głównych wystąpili aktorzy z drugiego planu. I o ile Dominic Thiem już kilkukrotnie się z niego w swoim tenisowym życiu wyrywał, o tyle po Biance Andreescu nikt na razie tego nie oczekiwał.

Zacznijmy od Austriaka, żeby coś wyjaśnić. Zanim ktoś zarzuci nam, że nie możemy Dominica nazwać „aktorem drugiego planu”, to ustalmy jedno: w turniejach rangi ATP 1000 na razie takim był. Jasne, wystąpił w dwóch finałach, ale dwukrotnie był to Madryt, z ukochaną przez Thiema mączką w zestawie. Dwukrotnie też przegrał: w 2017 roku z Rafą Nadalem, a sezon później z Saschą Zverevem. Był też, oczywiście, w finale Roland Garros, a poza tym wygrał 11 turniejów ATP. Ale gdy rozpoczynało się tegoroczne Indian Wells nikt nie uznawał go za faworyta. Bo po prostu nie było co do tego podstaw.

Nawierzchnia to jedno, ale i drabinka nie rozpieszczała. Po stronie Austriaka był przecież Novak Djoković, największy z faworytów. Tyle że Serb odpadł szybko i to z Philippem Kohlschreiberem. Był też wspomniany Zverev (jego odprawił jeszcze inny Niemiec, Jan-Lennard Struff). Z drugiej strony do tytułu typowani byli Rafa Nadal (oddał walkowerem półfinał) i Roger Federer, czyli finałowy rywal Austriaka. Rozpędzony, bo świeżo po triumfie w Dubaju, setnym w swojej zawodowej karierze. Przed kalifornijskim finałem oczekiwania fanów były jasne: Szwajcar miał tam rozpocząć drugą setkę i postawić kolejny krok na drodze do rekordu wszech czasów – 109 triumfów Jimmy’ego Connorsa.

Pierwszy set przebiegł zresztą zgodnie z tymi oczekiwaniami. Roger wygrał spokojnie, przeważał, miał kontrolę, łatwo dochodził do break pointów przy serwisie Thiema i potrafił je wykorzystać. Wszystko przebiegało szybko, sprawnie i bez większej historii. Ot, stary mistrz znów dawał pokaz. Podobnie zresztą wyglądała druga partia. Z tą różnicą, że w niej… to Austriak zdecydowanie był górą. Nagle role się odwróciły, Roger zagrał jednego z gorszych setów w tym sezonie. I widział to, bowiem już w połowie partii wyglądał na zirytowanego tym, co pokazuje na korcie. To nie mogło się dla niego skończyć wygranym setem. Zrobiło się 1:1. Trzecią partię Szwajcar rozpoczął jednak dobrze, spokojnie utrzymywał swoje serwisy i kilkukrotnie miał okazję przełamać podanie rywala. Ani razu tego jednak nie zrobił.

A Thiem wykorzystał pierwszą taką okazję, zresztą podarowaną mu przez Rogera, który, przy 30:30 w gemie, zamiast potężnie huknąć w jeden z narożników kortu (a piłkę miał do tego idealną), zdecydował się na skrót. Kompletnie nieudany, dodajmy. Dominic łatwo dobiegł do piłki i umieścił ją idealnie na linii. Po chwili świetnie zagrał z returnu i zrobiło się 6:5. Teraz pozostała już tylko regulaminowa przerwa, a po niej Austriak serwował na gem, set, mecz i zwycięstwo w turnieju. Swoją szansę wykorzystał i z radości padł na kort. Twardy, betonowy. Chyba nawet on sam nie spodziewał się, że to na takim przyjdzie mu świętować pierwszy triumf w turnieju rangi ATP 1000 w karierze.

I to była niespodzianka. Ale jeszcze przed austriacko-szwajcarskim starciem dostaliśmy prawdziwą sensację. Kobiecy turniej wygrała bowiem Bianca Andreescu, która 16 czerwca skończy 19 lat. Kanadyjka notuje fantastyczny sezon. W styczniu najpierw zagrała pierwszy finał turnieju WTA w karierze – przegrany z Julią Goerges – a trzy tygodnie później wygrała (choć w cyklu Challenger) swój pierwszy seniorski tytuł. Minęły niespełna dwa miesiące i dołożyła sukces, o jakim multum dużo bardziej doświadczonych zawodniczek może tylko pomarzyć. Biorąc pod uwagę, że sezon temu w tym samym turnieju zrobiła to Naomi Osaka, która od tamtego czasu sięgnęła po dwa Wielkie Szlemy… to Andreescu naprawdę dobrze zaczęła.

Podkreślmy jedną rzecz: Kanadyjka grała fenomenalnie i po tytuł sięgnęła w pełni zasłużenie. Właściwie trudno było wskazać jej słabą stronę, świetnie funkcjonował jej serwis, znakomicie radziła sobie i z backhandem, i z forehandem. Nie bała się wchodzić w długie wymiany, nie cofała się pod naporem mocnych uderzeń rywalek. Gra kombinacyjna też okazała się jej pasować.  Przy tym wszystkim pokazała też niesamowitą ambicję, co podkreślali eksperci i fani, którzy nagrodzili ją burzą oklasków. W finale momentami wręcz słaniała się na nogach, łapały ją skurcze, ale ostatecznie była w stanie się zmotywować i powalczyć o zwycięstwo.

A miała przecież z kim – naprzeciwko niej stała trzykrotna mistrzyni wielkoszlemowa, Angelique Kerber. Jeśli nie widzieliście, polecamy obejrzeć finałowego seta. Bo obie grały tam fantastycznie, walcząc o zwycięstwo, jak o życie. Wcześniej wyższość Kanadyjki musiały też uznać m.in. Elina Switolina (rozstawiona z „6”) czy Garbine Muguruza, która też na koncie ma już turniej Wielkiego Szlema, a przeciwko Biance ugrała… jednego gema, przegrywając 0:6 1:6.

Za zwycięstwo w Kalifornii Bianca zarobiła o niemal równy milion dolarów więcej niż… przez całą swoją wcześniejszą karierę. Niech to pokaże skalę jej triumfu. Na równi z tym, że w rankingu WTA podskoczyła dzięki temu o 36 miejsc, na 24. pozycję. Ale to i tak nic – sezon zaczynała bowiem… w połowie drugiej setki. Zachwycamy się ostatnio awansami Huberta Hurkacza, ale nawet on musiałby w tej sytuacji przyklasnąć swojej koleżance po fachu.

A skoro o Polakach, to Andreescu jest niemal rok starsza od Igi Świątek. Kto wie, może naszą reprezentantkę w przyszłym sezonie też czeka taki przełom. Nie mielibyśmy oczywiście nic przeciwko temu.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (0)