Gdzie zagra Pazdan? Byliśmy na otwarciu nowego stadionu Ankaragücü!
Weszło Extra

Gdzie zagra Pazdan? Byliśmy na otwarciu nowego stadionu Ankaragücü!

Ankaragücü nie mogło wyobrazić sobie lepszego momentu na przybycie Michała Pazdana. Jeśli ten leciał do stolicy Turcji z jakimiś obawami, wątpliwościami czy poczuciem niepewności, klub dostał w swoje ręce najlepszy oręż, by jednym ruchem je wyeliminować. To wczoraj odbyło się w Ankarze spore święto. To wczoraj na stadionie pojawił się sam prezydent. To wczoraj doszło do otwarcia Eryaman Stadyumu – nowej areny, na której polski piłkarz będzie występował przez najbliższe półtora roku. I przy okazji miał miejsce mecz ligi tureckiej Ankaragücü – Alanyaspor. 

Jak wyglądało to święto? Czemu podjęliśmy trzy próby ucieczki policji i czy okazały się skuteczne? Dlaczego „Pazdek” powinien rozważyć grę w kasku i jakim miejscem do życia jest Ankara? Dużo o atmosferze Ankaragücü z perspektywy trybun – zapraszamy!

IMG_1878

***

Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy Pazdan będzie w Turcji szczęśliwy, czy nie. Wiemy tylko jedno: błyskawicznie znajdzie tu przyjaciół. Trudno by było inaczej, skoro kilkudziesięciu znalazłem nawet ja – i to jednego dnia!

Gadka jest standardowa i zawsze ta sama. Do zniesienia, kiedy kończy się na samym krzyku: – My friend! My friend! Look! Good price!

Lekko irytuje, gdy do krzyku dochodzi wciskanie ci do ręki przedmiotów – na pewno oryginalnych, z pewnością takich, których potrzebujesz już, teraz, właśnie w tej chwili: – My friend! My friend! Take! Good price!

Zastanawia – uwierzcie, całkiem mocno zastanawia – gdy do tego wszystkiego są przekonani, że jesteś Rosjaninem.

– Dobry dien! Priwiet! Charosza cena!

To w Turcji plaga: społeczeństwo uważa, że człowiek o wschodnioeuropejskiej urodzie na pewno jest Rosjaninem. Nie zliczę nawet sytuacji, w których ktoś poszedł do mnie i z wymalowaną pewnością na twarzy zaczął nawijać językiem naszych sąsiadów, a potem był szalenie zdziwiony, że ja jednak nie panimaju. W ogóle zresztą – co ciekawe – w Turcji o wiele łatwiej dogadać się po rosyjsku lub niemiecku. Angielski? Nawet w stolicy kraju – znajomość bardzo słaba.

IMG_1755

Good price & best quality

Handel uliczny kwitnie. Jeden Turek (oh, pardon – mój przyjaciel numer 49 tego dnia) próbuje mi wcisnąć chusteczki higieniczne. Robi to na stacji metra o pierwszej w nocy – stacji kompletnie opustoszałej, na której jestem jedyną żywą duszą. Największą kreatywnością wykazują się pucybuci. Opuszczają pod nogi przechodniów swoje drewniane szczotki, których dźwięku upadania na chodnik nie sposób nie usłyszeć. To normalne, że przechodzień zechce podać „zgubę”.

– Przepraszam, to chyba pana.
– A tak, tak! Dziękuję! Skąd pochodzisz?
– Z Polski.
– Aaaa! Polska! Dzień dobry, tak? Haha, tak! Warszawa, ooo! Gdzie idziesz?
– Szukam metra.
– Pójdę z tobą!

Chwila podprowadzenia pod stację metra odbywa się w tak gęstej aurze bezinteresowności, że można ciąć ją siekierą. Wystarcza moment mojego zapatrzenia się, by pucybut przystąpił do ataku. Migusiem na kolanko, raz dwa ręcznik w ręce, ciach pasta na szczotkę. Nim się spostrzegam, przymierza się do wypucowania moich butów.

Na pewno za darmo!

Ankara to miasto pięć razy większe od Warszawy. Dojazd na stadion Eryaman? Google Maps pokazuje 25 kilometrów – i wcale nie stoję na zadupiu (a w centrum), na zadupiu nie znajduje się też sam obiekt (na obrzeżach, ale są jeszcze znacznie głębsze peryferia). Miasta liczącego prawie pięć milionów mieszkańców nie sposób dokładnie poznać w kilka dni.

Wielkiego charakteru jednak nie ma, jest mocno nijakie. W zasadzie ciężko stwierdzić, z jakich powodów można by je odwiedzić turystycznie. Stambuł ma za sobą wielką historię, swój historyczny sznyt, wielkie pokłady miejskiego chaosu i takiego – pisząc wprost – tureckiego pierdolniczku, nawet w tych najważniejszych, najbardziej turystycznych dzielnicach miasta. Ankara? Wiele rzeczy od linijki, zaplanowanych, względnie estetycznych. Charakteru w tym mniej, ale komfortu życia pewnie nieco więcej.

Jeszcze 96 lat temu – w momencie ustanawiania stolicy kraju – Ankara liczyła sobie 35 tysięcy mieszkańców. Na najważniejsze miasto w państwie ustanowił ją Mustafa Kemal Atatürk – współtwórca Republiki Turcji i jej pierwszy prezydent, postać dla narodu tureckiego tak nieskazitelna, że za publiczne szkalowanie jej można zostać zesłanym do pierdla. Wódz wielbiony był (i jest) nie tylko przez rzeszę Turków, ale i przez samego siebie – przydomek Kemal („kemal” oznacza „doskonały”) nadał sobie sam, tak samo jak nazwisko Atatürk, które oznacza z kolei ni mniej ni więcej jak „Ojciec Turków”.

Dlaczego stolicą nie został Stambuł? Powód był prozaicznie prosty – największe, najbardziej symboliczne miasto Imperium Osmańskiego było okupowane przez aliantów, chcących podzielić je między siebie. Trzeba było znaleźć nową siedzibę państwa – i stało się to właśnie w Ankarze. Wtedy jeszcze pośrodku stepu, w miasteczku o wielkości Lęborka. Do Stambułu – ze względu na negatywne skojarzenia z Imperium Osmańskim – nigdy już nie powrócono.

Atatürk generalnie słynął z kaprysów – jednego dnia zmienił alfabet z arabskiego na łaciński (zatem w mgnieniu oka zdecydowaną większość narodu dopadł analfabetyzm), zakazał kobietom nosić hidżaby (pomysł próby czasu nie przetrwał, ale na tle innych krajów muzułmańskich Turcja – zaznaczmy, ta europejska – nie jest szczególnie radykalna).

Największa różnicą pomiędzy Stambułem a Ankarą jest piłka nożna. Kiedy w największym mieście powstały trzy kultowe kluby (Fenerbahce, Besitkas, Galatasaray), kiedy każdy młody stambułczyk rodzi się kibicem danego klubu, a zmiana barw jest w niektórych fanatycznych rodzinach traktowana na równi ze zdradą, Ankara…

No cóż, Ankara na tle Stambułu piłkarsko nie istnieje. Jedynym klubem z tego miasta na najwyższym poziomie jest właśnie Ankaragücü, któremu bardziej niż europejskie puchary grozi widmo spadku. Przez 60 lat historii ligi tureckiej żadna ze stołecznych drużyn nie była mistrzem. Co więcej – ledwie dwa razy stanęła na podium, dwukrotnie na najniższym stopniu (oba przypadki dotyczą Genclerbirligi).

To nie jest więc tak, że Pazdan trafia do miasta o wielkich tradycjach piłkarskich. One są, ale daleko im do znamion kolejnej religii jak w Stambule.

Z drugiej strony – to o nieporównywalnie lepsze miejsce do życia niż Akhisar, Erzurum czy Malaya, skąd piłkarz miał inne oferty.

***
Jednym z powodów, dla którego Pazdan zrezygnował po Euro 2016 z oferty Besiktasu, było bezpieczeństwo. Po mediach rozniosła się wypowiedź małżonki piłkarza, Dominiki, która postawiła mocne weto: – Na pewno nie zgodzę się na Turcję. Wiadomo, że niebezpieczeństwo czai się wszędzie, ale nie będę wiecznie żyła na minie.

Ciężko o inną postawę, jeśli mamy do czynienia z taką statystyką. Rok przed niedoszłym transferem do Besiktasu wyglądał makabrycznie…

– atak bombowy w Diyarbakir (rok 2015, 4 zabitych, 400 rannych)
– atak na zgromadzenie w Suruc (rok 2015, 33 zabitych, 104 rannych)
– podwójny atak bombowy w Ankarze (rok 2015, 103 zabitych, 400 rannych)
– zamach samobójczy w Stambule (rok 2016, 12 zabitych, 14 rannych)
– atak na konwój wojskowy w Ankarze (rok 2016, 29 zabitych, 60 rannych)
– atak bombowy w Ankarze (rok 2016, 37 zabitych, 125 rannych)
– atak bombowy w Stambule (rok 2016, 5 zabitych, 36 rannych)
– samochód-pułapka w Stambule (rok 2016, 11 zabitych, kilkadziesiąt rannych)
– samobójczy atak na lotnisku w Stambule (rok 2016, 41 zabitych, 239 rannych)
– pucz wojskowy (rok 2016)

Nawet Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało wówczas komunikat, w którym kategorycznie zakazało podróży we wschodnio-południową część Turcji, a do tego ostrzega przed pobytem w Turcji tak w ogóle.

I to jest dobry moment, by przyznać, że nigdy nie spotkałem się z takimi środkami bezpieczeństwa, jak na stadionie Ankaragücü. Żadne tego-śmiego, wicie-rozumicie, są żelazne procedury i się ich trzymamy.

Po pierwsze – bez karty kibica nawet nie tyle, że nie kupisz biletu, co wręcz nie zostaniesz dopuszczony pod kasę. Chcesz przejść? Pokaż kartę. Nie masz? Sorry, narka.

Po drugie – nie przejdziesz żadnej kontroli bezpieczeństwa, jeśli masz na sobie plecak. Nieważne, że nie masz w nim ostrych narzędzi czy rzeczy, którymi potencjalnie możesz wyrządzić krzywdę. Jest plecak – nie ma przejścia. Choćbyś zapakował sobie do niego trzy kilo płatków róż.

A kontrole są cztery.

Oczywiście nie miałem przy sobie żadnej karty kibica i plecak wypełniony po brzegi sprzętem.

Powstały zatem dwa, zasadnicze pytania. Jak wyrobić kartę kibica, będąc w obcym kraju, nie mając dostępu do kasy? I co zrobić z plecakiem, będąc pod właśnie otwieranym stadionem na uboczu miasta, czyli w miejscu, gdzie nie ma żadnego hotelu?

Kartę udało się wyrobić przez internet – jest to jednak proces na tyle skomplikowany, że trwał dobre dwie godziny, a w jego realizację zaangażowane było kilka osób. Bilet zakupiony – udało się. Pięćdziesiąt procent planu wykonane.

Teraz tylko ten nieszczęsny plecak. Uznaję, że na godzinę do meczu nie znajdę żadnego sensownego miejsca. Trudno – trzeba spróbować, chyba nie wyglądam jak terrorysta (a wręcz niewykluczone, że budzę sporą sympatię, skoro mam tylu przyjaciół na mieście).

– Polonya, haha! – wykrzykuje ochroniarz na pierwszej bramce, pamiętając jak jeszcze trzy godziny temu tłumaczył mi, że bez karty kibica i z plecakiem to ja sobie mogę na stadion tylko popatrzeć (i to ze stosownej odległości).

Jest tak zajarany, że mnie rozpoznał, że zapomniał o sprawdzeniu plecaka. Mamy to, checkpoint zdobyty, piąty bieg i w nogi, zanim sobie przypomni o niedopełnieniu procedur.

Na drugiej bramce spotyka mnie pierwszy mocny opór.

– Backpack no, backpack no – ochroniarz brzmi jak zdarta płyta.

Próbuję się produkować: – Ale panie, zajrzyj pan do środka. Zobacz pan, że ja nie żaden terrorysta, a dziennikarz z Polski. No, weź zapytaj się kogoś, może coś się da zrobić.

Na każde moje pytanie dostaję jednak niezmienny argument: – Backpack no.

O beznadziei swojej sytuacji orientuję się, gdy pytam o to, co w takim razie mogę z plecakiem zrobić.

– Przepraszam, a czy w takim razie podpowie mi pan, gdzie mogę schować plecak?
– Backpack no.

– Ale pytam o to, gdzie mogę go zostawić.
– Backpack no.
– Jakiś hotel?
– Backpack no.

Plecak nie i koniec, bez żadnej dyskusji.

Robię zrezygnowaną minę i – zgodnie z zaleceniem – grzecznie cofam się do wyjścia. Szybki rzut oka za siebie, ochroniarze zajęci obmacywaniem innych kibiców, dodatkowo jakaś narada na boku… To jest ten moment. W tył zwrot i idę przed siebie dynamicznym krokiem, najwyżej mnie ktoś zawróci. Spojrzenie za plecy po jakichś stu metrach: nikt nie goni. Sukces.

No to jeszcze dwie kontrole.

Trzecia okazała się formalnością, ochroniarz skupił się na sprawdzeniu biletu, do plecaka nie miał żadnych zastrzeżeń. No to czwarta, już po przejściu przez kołowrotek. Po przejściu przez kołowrotek już musi się udać – myślę sobie.

No, niestety, jednak nie. Do słownika ochroniarzy dochodzą jednak różne konfiguracje.

– No backpack.
– Backpack no.
– No backpack. Sorry.

A po dziesięciu minutach już wręcz: – No backpack. Sorry, my friend.

Trzeba jednak przyznać – zrobili wszystko, by mnie spróbować wpuścić. Wydzwonili kierownika, który zweryfikował moją tożsamość bardzo dokładnie. Zabrał paszport i pytał, kiedy wylądowałem w Antalyi, wypytywał o daty innych pieczątek w dokumencie. Weryfikował legitymację prasową, sprawdził dokładnie zawartość plecaka. Sprawdził nawet, czy nie ściemniam, że Michał Pazdan nazajutrz podpisuje kontrakt. Test przeszedłem pozytywnie. Teraz jeszcze tylko telefon do kogoś z góry, wyczekiwanie na odpowiedź…

– Sorry, no backpack.

Kurwa mać. Każą jednak czekać. Za chwilę przychodzi kolejna osoba – jeszcze wyżej postawiona, mająca większą siłę przebicia. Pyta mnie, kim ty, misiu kolorowy, jesteś i czego chcesz. Tłumaczę, jaka jest sytuacja.

– Wszystko z nim w porządku? – zapytał mój nowy wybawca.
– Dokładnie sprawdziliśmy, zresztą zobacz na niego, nie wygląda na gościa, który jest na tyle kumaty, by ukryć ładunek wybuchowy w aparacie fotograficznym – odpowiedział policjant, który mnie weryfikował (a przynajmniej chcę twierdzić, że powiedział coś podobnego, bo tureckiego przecież nie znam – dla celów fabularnych przyjmijmy to jako pewnik).

Mój wybawca ma pomysł: pójdziemy wejściem dla prasy. Na miejscu okazuje się, że to nie przejdzie: dziennikarze mają swój kołowrotek, bez odpowiedniego biletu wejść się nie da. A nawet jeśli masz inny bilet, to i tak nie wejdziesz – na ekranie wyświetla się zdjęcie, które zrobił ci kołowrotek, a obok zdjęcie dodane przy zakładaniu karty kibica. Fota opalonego Turasa z bujną czupryną obok mojej nie byłaby raczej przyczyną awansu odpowiedzialnego za to ochroniarza.

Próbujemy na sektorze VIP – sytuacja ta sama. Jeszcze jeden telefon, jeszcze następny. Ktoś znowu przychodzi, jakaś rozmowa, ja mechanicznie kiwam głową, choć może właśnie padają słowa „weź wypieprz stąd tego lamusa”. Widzę jednak, że gość chce mi pomóc, ale szuka podkładki, by nikt nie miał przerąbane.

Wydaje się, że wszystkie furtki już wykorzystane. Widzę rezygnację, brak pomysłu.

– Idziemy – mówi.

No to idę. Przełazimy przez kołowrotki, gość trzyma mnie pod pachę i przeprowadza przez ochronę tak, by ta nie zadawała zbędnych pytań, po chwili puszcza akurat pod wejściem na sektor i daje możliwość czmychnięcia. Że niby – gdyby ktoś pytał – nawet nie zauważył, jak mu się wyrwałem, taki szybki byłem.

Niewiele myśląc – długa i na trybunę. Akurat tam, gdzie najgęściej od stojących na schodach kibiców.

IMG_1838

***

Udało się. Pierwsze zaskoczenie po wejściu na sektor: mimo że to otwarcie stadionu w 5-milionowym mieście, nie ma kompletu widzów.

Kibice Ankaragücü mówią o sobie: brzydale, najohydniejsi w całej Turcji. Kiedy na stadion Genclerbirligi przychodzi elita (studenciaki, urzędasy, profesorowie, ludzie o lewicowych poglądach, częściej w swetrze niż bluzie z kapturem), zaś na Osmanlispor nie przychodzi prawie nikt (poza ochroniarzami, firma ochroniarska ANFA dostała od klubu ofertę, w ramach której wysyła swoich pracowników po cywilu na mecze – ci przybijają zatem kartę na zakładzie odbyciem wyjazdu do Adany czy Rize), kibice Ankaragücü to… Biedota? Nie, byłoby to nadużycie. Zwykli, normalni, przeciętni zjadacze pide. Raczej robotnicy niż pracownicy korpo, raczej mężczyźni niż rodziny z dziećmi (kobiet praktycznie w ogóle nie ma).

Grupa ultrasów Gecekondu (nazwa pochodzi od słowa „slumsy”) to jedna z najsławniejszych ekip kibicowskich w całej Turcji. Swoje za uszami mają. Kiedy parę lat temu kibice Konyasporu zaczepiali ich z trybun, ci… po prostu na nich ruszyli. Wyrwali wysokie kraty (na stadionach w Turcji wysoka krata to standard) i wykazali się większym zdecydowaniem niż jakiś czas temu kibice Piasta – na murawie zamiast koni (i kup) można było obejrzeć nacierającą bandę rozwścieczonych Turasów dążących do konfrontacji.

No… jedna wielka demolka.

Podczas otwarcia nowego stadionu krzesełka na murawę jeszcze nie poleciały (jeszcze!) – butelki, zapalniczki, dwa ogryzki i kilkanaście papierowych samolocików już tak. Michał Pazdan będzie musiał pomyśleć o jakimś kasku, by uchronić się od tych latających przedmiotów. Cierpliwość tureckiego kibica jest mniej więcej taka, jak tego trenera, który podpisał umowę z Ankaragücü, ale gdy zobaczył odchodzących piłkarzy i ile będzie miał do powiedzenia w kwestiach transferowych (by być precyzyjnym – że nie będzie miał do powiedzenia nic), po jednym meczu spakował swoje walizki. Sprawa jest świeża, ledwie sprzed dwóch tygodni, dotyczy Bayrama Bektasa.

Młody chłopak, tak ze dwanaście lat, podnosi spod krzesełka butelkę i ciska w stronę murawy. Zamiast skrzydłowego z Alanyi, trafia kibica stojącego w niższym rzędzie. Stojący obok starszy facet, który niejedno w życiu zapewne widział, mierzy chłopaka wiele mówiącym wzrokiem. Dziecko, czy tobie nie za wcześnie sufit spada na łeb? – zdaje się myśleć.

– Bravo, bravo! – podbiega jednak do młodego inny kibic i klepie go po plecach, po chwili spotyka się z małym aplauzem. Młody się spisał, chociaż nad celnością mógłby jeszcze popracować. Wyrobi się.

Hitem są jednak wspomniane samolociki – przez cały mecz na murawę poleciało ich tylko z mojego sektora może osiem, może dwanaście. Kibice robią całkiem konkretne okazy – nie żadne tam robione na kolanie z kartki wyrwanej z zeszytu, a prawdziwe, papierowe dreamlinery, które z górnego sektora szybują na boisko. Zabawa dziwna, ale raczej niegroźna (chyba).

IMG_1874

IMG_1858

Daleko dofrunął.

No i machanie łapami. Cokolwiek dzieje się na boisku, reakcja jest jedna – machanie łapami.

Sędzia gwiżdże? Oczywista sprawa, machanie łapami (energiczne, z wkurwieniem).
Strzał, który nie wpada do siatki? No jasne, że machanie łapami (takie bardziej „no co ty robisz, baranie jeden”).
Pada gol? Wiadomo, machanie łapami (z zaciśniętymi pięściami i euforią).
Kibice gości coś zakrzyczą? Machanie łapami (z wygrażaniem).
Koniec meczu? Machanie łapami („a idźta w diabły”).
Nic się nie dzieje? Machanie łapami (z rezygnacją).
Nie udał się wślizg? Machanie łapami (na cholerę próbował).
Udał się wślizg, ale piłka na aucie? Machanie łapami (weź się doucz).
Udał się wślizg i piłka krótko przy nodze? Machanie łapami (bo trzeba zagrać prostopadłą w trzy milisekundy).

Turecki kibic jest przy złym wyniku permanentnie niezadowolony. Machanie łapami to jedno, gwizdy to drugie. Jest ich tyle, że o ja cię. A gdy niejaki Papiss Cisse prowokuje celebrując gola pod trybuną gospodarzy, jest tak głośno, niektórzy lekarze zaczęliby zalecać użycie zatyczek do uszu.

Na trybunie za bramką trwają nieustanne śpiewy. Na trybunie wzdłuż boiska, na której jestem, wszyscy raczej żyją samym meczem, choć często zdarzają im się zrywy. W ogóle – co niecodzienne – gniazdowi są ulokowani przy trzech trybunach, a nie jednej, dzięki czemu na stadionie jest naprawdę głośno. Tylko jeden pan siedzi i czyta książkę.

– Nie jest pan zainteresowany meczem? – pytam po jakimś kwadransie.
– Police, police, you know – odpowiada łamanym angielskim i coś próbuje tłumaczyć po turecku (pewnie to, że turecka policja wysyła cywili na mecze).

No fajnie, że sobie chłopie założyłeś cywilne ciuchy i szalik klubu, dzięki nim ta książka czytana pośrodku wrzeszczących gardeł wcale nie wzbudza żadnych podejrzeń. Wcale!

Wspomniałem o brakach cierpliwości? Warto powiedzieć też o deficytach w nadziei i wierze w lepsze jutro. W osiemdziesiątej minucie przy wyniku 0:2 kibice masowo zaczęli opuszczać trybuny. A to tylko 0:2 po wyrównanym meczu. Ale może lepiej, że wyszli. Jeszcze znalazłoby się coś pod ręką, czym można cisnąć w piłkarzy, którzy nie potrafią wygrać meczu od 4 listopada.

IMG_1857

Jedna trzecia gniazdowych.

***
Ciekawie dzieje się pod stadionem na stoiskach kulinarnych. Na żadnym oczywiście nie zarabia ani klub, ani fiskus.

– My friend! My friend! – woła do mnie sprzedawca i wierci takim wzrokiem, jakby zakup u niego był obowiązkiem, a przejście bez spojrzenia na ofertę ogromnym nietaktem.

Inny łapie za ramię i pokazuje na swoje stoisko. Jeszcze trzeciemu klientów nagania dzieciak. Ogólnie – trochę dziki zachód.

Co można zjeść? Menu raczej dalekie od naszych stadionów. Najpopularniejsza jest kofta (szaszłyki z mięsa mielonego) i głęboko smażone kawałki mięsa, chyba boczku, z których robi się coś na wzór czipsów. Piwka pod stadionem nie uświadczysz, możesz wypić za to kefir. I to autentycznie jest hit – wracając po meczu co rusz mijasz pudełko po wypitym kefirze.

Swoją drogą mijasz je co krok, bo tureckie społeczeństwo – delikatnie mówiąc – nie dorobiło się jeszcze genu Małgorzaty Rozenek. Co więcej – bardzo rzadko decyduje się na takie dobrodziejstwo współczesnej cywilizacji jak kosz na śmieci (worek! torba! cokolwiek!). Syf po meczu zostaje przeogromny.

IMG_1812

Czy doniczka może posłużyć za uliczny kosz na śmieci? A czemu nie? 

Decyduję się na jakiś napój. Kolor wiśniowy – pewnie jakiś sok. Po sprzedawcy widzę niepewność, coś jakby bał mi się go sprzedać. Próbuje coś powiedzieć, ale skąd mam wiedzieć, czego ode mnie w ogóle chce? Panie, dawaj ten sok, nie będę stał jak ten kołek. Ten woła jednak jakiegoś chłopca i machając rękoma coś mu tłumaczy. Chłopiec bierze telefon, wpisuje coś w Google Translate i pokazuje: no fruits.

Myślę: no ok, pewnie nie sok, a zwykły napój. Biorę do ust i… o cholerka, faktycznie dziwne, ostre, trochę jak woda z tabasco, ale całkiem przyjemne do picia.

Zaskoczeniem gastronomicznym i tak ten kefir. W Polsce widoczny na stadionach jedynie na niedzielnych, porannych meczach niższych lig (też w szatniach piłkarzy).

***

Jakie wrażenie robi sam stadion? Ładny, schludny, widać, że nie przesadzony. Niby Ankara to stolica kraju, ale nie porwano się na wielki 50-tysięcznik, który świeciłby pustkami. Jest za to obiekt na 22 tysiące – niby bez efektu „wow”, ale dość przyjemny.

Turcy chwalą się, że stadion przypomina Allianz Arenę. No cóż – mnie bardziej przypomina stadion Arki Gdynia, do którego pasuje i rozmiarem, i wielkością, i barwami, i rozmieszczeniem poszczególnych trybun. Serio, wygląda trochę tak, jakby główny architekt wpisał w google.tr „stadion żółto-niebieski Europa” i posunął się do daleko idącej inspiracji. Choć – dziwne rozwiązanie – jedna z trybun została wymalowana na czarno-czerwono, a więc w barwy Genclerbirligi.

Poza tym, wiadomo, gadające głowy trochę przy okazji pogadały w tureckich mediach. Że stadion to wielka szansa dla całej Ankary. Że na miejscu starego powstanie wspaniały kompleks, który wychowa tysiące wybitnych sportowców. Propaganda, czyli klasyka gatunku – zwłaszcza, że pomysł na stadion wyszedł od samego Erdogana.

IMG_1829

Jeden z koszykarzy uhonorowany na ulicy. Pazdan następny w kolejce? 

***

Ciężko odnieść wrażenie, że podczas tego meczu rywale „Pazdka” ze środka obrony poprawili swoje notowania. Alanyaspor atakował rzadko – a gdy już się zdecydował na konkretniejsza ofensywę, obrońcy Ankaragücü bez większego marudzenia ich przepuszczali. Może nie rozwijali czerwonego dywanu, ale drzwi przed nosem też nie zamykali.

To dla Pazdana dobra i zła informacja. Dobra, bo powinien szybko wskoczyć do gry. Zła, bo napracuje się za dwóch albo i trzech.

Bez błysku także Thibault Moulin – ale trudno o błysk, gdy piłkarza o tak oczywistych ograniczeniach fizycznych wystawia się na prawe skrzydło. Były legionista na wypożyczeniu nie zachwyca – ani jeszcze nie zdobył bramki, ani nie zaliczył asysty. Póki co wpisuje się w klimat drużyny, ale są widoki na lepsze jutro. Wczoraj zniesiono jej zakaz transferowy, a więc prezesi zamierzają poszaleć. By ratować ligę, ściągną do klubu jeszcze pięciu, może sześciu zawodników.

Bardziej niż sytuacja sportowa – choć ta musi wywoływać pewne wątpliwości, skoro Ankaragücü znajduje się dwa punkty od strefy spadkowej – martwić może szeroko pojęta organizacja. Jest na tyle źle, że piłkarze – między innymi Bakary Kone czy Łukasz Szukała – rozwiązują swoje kontrakty i kierują sprawę do FIFA. Polski obrońca pieniędzy nie uświadczył od pół roku.

Pazdan na tę ewentualność się zabezpiecza i – jak czytamy w „Przeglądzie Sportowym” – jego menedżer, Mariusz Piekarski, wynegocjował wypłacenie znacznej części kontraktu z góry. Tak, by zarobki większe niż w Legii widniały również na koncie, a nie tylko kontrakcie.

Dla kibiców Ankaragücü cała sytuacja to deja vu, bo całkiem niedawno mierzyli się już z niewypłacalnością i balansowaniem klubu na krawędzi. Jakoś na przestrzeni 2009 roku klubem zainteresował się Melih Gökçek – prezydent Ankary i człowiek, który z przyjmowania łapówek mógłby otworzyć uniwersytet. Na najwyższym urzędzie w klubie obsadził swojego syna. Zaczęło się sielankowo, od ściągnięcia takich grajków jak Jeremy Rothen czy Geremi.

Później wybuchały różne aferki (raczej „drobiazgi” – na przykład sfałszowanie wyborów), kurs reputacji Gökçeka leciał na łeb na szyję, aż w końcu wszyscy kibice na myśl o Gökçeku i jego synu dostawali odruchu wymiotnego. Prezydent Ankary stracił cierpliwość i strzelił focha. Pal licho, że zaangażował się mocniej w Osmanlispor. Przy każdej możliwej okazji, jak się da robił pod górkę Ankaragücü. Za sprawą swoich wpływów zakazywał trenować piłkarzom w ankarskiej bazie, blokował wypłaty kontraktów, nie dopuszczał do klubu żadnych nowych inwestorów, żadnego zastrzyku gotówki, przyczyniał się do braku zapłaty za zaległe transfery (uznał na przykład, że nie trzeba przelewać ponad dwóch milionów euro na konto VfL Bochum za Stanislava Sestaka). Piłkarze rozwiązywali kontrakty, drużyna gasła w oczach, Gökçek działał na zasadzie: albo istniejecie ze mną, albo nie istniejecie wcale.

Skończyło się na graniu juniorami i na spadku z ligi – i to z hukiem, przez cały sezon Ankaragücü wygrało tylko dwa razy. Później spadło jeszcze raz, na trzeci poziom. Autorem odbudowy okazał się niejaki Mehmet Yiginier. Choć zarzucano mu, że to bliski kumpel Gökçeka, ten ściągnął do klubu trochę kapitału, zdjął transferowego bana, pierwszą ligę zdobył szturmem (tylko jedna porażka w całym sezonie).

No i teraz, gdy Ankaragücü w tym sezonie wróciło do elity po wszystkich perturbacjach, zaczęły się kolejne.

Ciekawą historią jest w ogóle sam Osmanlispor. Wcześniej mogliście już przeczytać słówko o kupowanych kibicach, a wiecie skąd pochodzi nazwa klubu, który wcześniej był Ankarasporem? Oficjalnie – od Imperium Osmańskiego i nawiązania do wielkiej tureckiej tradycji. Nieoficjalnie – Osman to imię drugiego z synów Gökçeka. Tego, który nie dostał w swoje ręce żadnego klubu piłkarskiego, ale którego też trzeba było jakoś dowartościować.

IMG_1834

***
Choć pierwsze wrażenie mogło nieco odrzucać, Pazdan dokonał logicznego wyboru. Sportowo nie zginie, to nie jest zła liga. Miasto do życia wybrał dobre, być może najlepsze, jakie – jak na Turcję – można było sobie wyobrazić. Jest świadomy problemów organizacyjnych i odpowiednio się na nie zabezpieczył. No i wreszcie będzie grał. Do tej pory często się wahał, nie miał ciśnienia na wyjazd, nie otrzymywał zadowalających ofert (także z perspektywy klubu) – a tak, po odstawieniu przez Sa Pinto, decyzja podpisania 1,5-rocznego kontraktu dokonała się sama.

Wypada życzyć, by na tureckiej ziemi Minister Obrony Narodowej wznowił swoją działalność.

50434636_563702910768699_109275259479261184_n

KOMENTARZE (49)