Rapem nie można się nie bawić
Męski świat

Rapem nie można się nie bawić

Te-Tris na polskiej scenie rapowej znany jest od dawna. Do legendy przeszły już jego freestyle’owe bitwy, m.in. z Panem Duże Pe. Ale o freestyle’u bitewnym woli dziś nie rozmawiać. Bo to rozdział, który zostawił za sobą. Wszelkie inne tematy porusza za to chętnie, a gdy już na jakiś wejdzie, nie będziecie w stanie odgadnąć, w jaką stronę pójdzie rozmowa.

Przez dwie i pół godziny naszego spotkania poruszyliśmy wątki oczekiwań fanów wobec artystów, sprawy w sądzie, wytoczonej przez kawałek o byłym żużlowcu, wychodzenia z dołka psychicznego, powrotu do korzeni, który… powrotem do korzeni nie do końca jest, rodzinnych Siematycz i Podlasia czy słuchania własnych utworów z dziewięcioletnim synem. Wszystkie te tematy wychodziły od muzyki, ale zamykanie Te-Trisa w pojęciu „raper” byłoby nie tyle uproszczeniem, co przekłamaniem. To gość, który ma swoje przemyślenia i nie boi się o nich opowiadać. Dlatego to wywiad nie tylko o muzyce, ale i o współczesnym świecie, kulturze obrazka czy pieniądzach, które rządzą naszym życiem.

*****

Zastanawiałem się, od czego zacząć…

Stare porzekadło mówi, że najlepiej od początku.

Widzisz, a ja właśnie chciałem od końca. Bo intryguje mnie twój powrót do korzeni, do rapowego podziemia na ostatnich albumach. O ile można to w ogóle jeszcze podziemiem nazywać.

To nie do końca jakiś powrót do korzeni. Bardziej taki dość niespodziewany twist fabularny, próba sprawdzenia się w kreowaniu czegoś swojego na płaszczyznach nie tylko muzycznych. Różnie się z tym czuję, czasem jak człowiek-ośmiornica, pan od wszystkiego. Mam z tym trochę problemów, bo zawsze kiedy próbuję zostać „pracownikiem miesiąca” w kwestiach pozamuzycznych, po jakimś czasie odzywa się „pan artysta”, mówiący, że mam to wszystko olać i zająć się wyłącznie tworzeniem.  Na pewno te ostatnie dwa lata były fajną lekcją, w tym, jak to już kiedyś określiłem: „undergroundzie 2.0”, chociaż to tylko takie umowne nazewnictwo. Z jednym trzeba się zgodzić – zawsze byłem trochę między drugim obiegiem a mainstreamem. Więc siedzisz w “Między Słowami” z raperem, który jest „między scenami” (śmiech).

Czy teraz, gdy każdy może wypuścić swój kawałek do internetu, termin podziemie ma rację bytu?

W takiej formie jak kiedyś na pewno nie.

To chyba dobrze widać po fenomenie Taco, który wrzucił pierwszą EPkę do sieci…

Tak, ale to chyba był mimo wszystko mechanizm podobny do tego sprzed kilku lat, bo Taco nie do końca pojawił się tak „overnight”. Underground na dobre zniknął razem z możliwością viralowego wystrzelenia znikąd. Goście wrzucają numer, coś zażre, a za pół roku masz ich płytę w Empiku. Wiesz, to jest z jednej strony świetne, bo sama świadomość tego, że tak można, nakręca całą dynamikę rapu w tym kraju. Eisowy „polski sen” przestaje być jakąś odległą galaktyką. Poza tym większość tych debiutantów zaczyna być bardzo ogarnięta, przedsiębiorcza. Oni doskonale wiedzą, czego chcą. Skrzętnie omijają etap tego etosu, grania za browarek i obietnice, że może jeszcze na tę konkretną scenę wrócisz.

Z drugiej strony to całe, czasem żmudne, dobijanie się do „swojego” było niezłym survivalem i szybko weryfikowało, czy rzeczywiście chcesz to robić. Ominięcie takich doświadczeń może zaprocentować późniejszą czkawką, bo jak masz stale masz dobrą passę, wszystko dzieje się szybko i układa świetnie, to nie jesteś przygotowany na nagły cios. A takie w tej branży są wkalkulowane w historię. To trochę jak z wygraniem na loterii milionów. Ponoć większość takich farciarzy dość szybko bankrutuje, kończąc z depresją i długami, bo nie zbudowali swojej relacji z pieniędzmi, tylko nagle wskoczyli do basenu z banknotami.

Kiedyś coś takiego się działo z dziecięcymi aktorami.

Od Shirley Temple po Kevina, który odwiedza nas co roku w grudniu (śmiech). Tak działa show-biznes, a rap już nim jest, czy się to komuś podoba czy nie. Pewne zasady gry, ryzyko i długofalowe skutki są takie same jak w każdej branży rozrywkowej, wiążącej się z popularnością, rozpoznawalnością i niemałymi pieniędzmi. Nie sztuką jest szybko wbić się w nurt, wypozycjonować i narysować siebie. Sztuką natomiast jest zrobienie tego w harmonii ze sobą i utrzymanie się w tym dłużej niż sezon. Taki garnitur uszyty wyłącznie na miarę tego, co jest aktualnie gorące, za chwile może trącić myszką i myślę, że dla wielu sztucznie wykreowanych postaci taki „wake up call” niestety nadejdzie i nie będzie przyjemny.

Teraz, gdy ktoś gra koncert w twoim mieście, możesz w pół godziny sprawdzić kto to i jak brzmi. Dawniej wiele osób nie wiedziało pewnie, jak wyglądałeś, przed wyjściem na scenę.

Kiedyś to było (śmiech). Pamiętam jak spotkałem kiedyś wreszcie Smarkiego Smarka i czułem się jakby mówił do mnie gość dubbingowany przez… Smarkiego Smarka. Se ne vrati (śmiech). Ten cały ekspresowy dostęp do informacji i twórczości czy równie szybka dystrybucja, kradnie pewnie trochę magii, ale można w ten sposób uniknąć pośredników, co pozwala na większą niezależność, czy, wracając do poprzedniego pytania, szybkie pójście za ciosem. Są „plusy dodatnie i plusy ujemne”.

Mówisz, że ktoś, kto do rapu wchodzi, może szybko dostać propozycję współpracy z dużymi wytwórniami. I dlatego dziwię się, że ty poszedłeś w odwrotną stronę. Byłeś już w Aptaunie i Stepie, więc w miejscach, do których wielu młodych chciałoby dobić… a nagle idziesz na swoje, kompletnie nie wiedząc, co się wydarzy. Domyślam się, że masz grono fanów, na których na pewno mogłeś liczyć, ale co poza tym?

Przełóżmy to na język matrymonialny. To były dobre, ciekawe i całkiem udane związki, ale postanowiłem pobyć sobie singlem, co nie wyklucza tego, że mogę rozglądać się za fajną żoną (śmiech). Wielu pewnie puka się w głowę, analizując niektóre moje ruchy, ale dla mnie najważniejsza jest wewnętrzna harmonia. Wracając do języka związków, wolę czasem pobyć singlem, nawet jeśli nosi to znamiona samotności, niż bujać się z kimś, kogo nawet w sumie nie bardzo lubię, ale dobrze wygląda się w towarzystwie.

Niezależność?

Nikt w żadnej wytwórni jej nie blokował i niczego mi nie narzucał. Niemniej, sztukę kompromisu jako tako też znam, ale myślę, że celem każdego ambitnego człowieka jest właśnie jak największa niezależność. Daleko mi do pełnej, ale szukam sposobów na łączenie tych kropek. “Zosiosamosizm” ogranicza moce przerobowe. Jesteś kapitanem statku, owszem , ale jesteś też bosmanem, majtkiem, żaglem i kotwicą. Najczęściej w tym samym momencie. Doba bywa za krótka, a potrzebujesz też resetu. No i temat nadrzędny, rodzina …

Mówiłeś kilkukrotnie w wywiadach, że właśnie ze względu na rodzinę odczuwasz presję związaną z pieniędzmi…

Tak, ale każdy, kto ma rodzinę, ma taką presję.

…więc jak to wygląda po przejściu na swoje?

Zupy na bucie, gwoździu i oponie nie muszę gotować. Bycie profesjonalnym – w sensie utrzymywania się z tego – artystą to zawsze sinusoida. Przyzwyczaiłem się. Pójście na swoje ograniczyło sporo możliwości promocyjnych, ale powoli wypracowuję sobie nowe rozwiązania. Współpracuję też przy różnych inicjatywach z Red Bullem, firmą Asics, zespołem Pawbeatsa czy fenomenalnym projektem Albo Inaczej. Przeszedłem w taki tryb poruszania się trochę bocznymi drogami i po cichu, ale nie narzekam. Dzieje się sporo, jest okej, a perspektywy są całkiem obiecujące.

Wspomniałeś różne projekty, które z rapem eksperymentują. I to ciekawa sprawa, bo od dawna mam wrażenie, że gdybyś raperowi sprzed 15-20 lat puścił to, co dziś się wpisuje właśnie w rap, to mógłby się z tym nazewnictwem nie zgodzić.

Muzyka zmieniała się, zmienia i będzie zmieniać. Będzie czerpać garściami z dorobku, modyfikować, komplikować lub upraszczać, ale musi się transformować. Jakakolwiek hermetyzująca otoczka czy ideologia nie ma dziś sensu. Muzyka nie akceptuje stagnacji. Musi być jakiś  ruch. Sam rap dzisiaj śmiało podzielić można na kilka podgatunków i nie będzie to jakieś wielkie nadużycie.

Nawet na jednej płycie da się znaleźć kilka tych podgatunków, skoro tak to nazywamy.

Dokładnie. Ja sam najchętniej robiłbym, i chyba w sumie robię, takie hybrydy. Muzycznie i merytorycznie.

Właśnie, jak słucham twoich płyt, to sam odnoszę takie wrażenie. Bo tak: na pewno musi być, choć raz, bragga; do tego kilka weselszych numerów, wprawiających w dobry nastrój; kilka osobistych i kilka takich, które opisują, co się dzieje dookoła. Sam nie wiem, jak udaje ci się to sklejać w całość, ale jakoś to działa.

Nigdy nie dbałem o jakiś jeden sprecyzowany typ wizerunku, tematyki czy formy po które sięgam. Mam w sobie każdy rodzaj emocji i potrafię gadać o nich na kilka odmiennych sposobów. Pewnie z punktu widzenia marketingu muzycznego powinienem być nieco bardziej linearny i dookreślony, ale byłoby to nienaturalne. Może bardziej surowy menedżer skarciłby mnie za to (śmiech). Spójrz na moje dwie ostatnie EPki, „Specialite” i „Triste Sol”. To są w zasadzie stylistycznie dwa całkiem odmienne bieguny, ale jaram się i tym klasycznym, podszytym soulem sznytem Soulpete’a i nowoczesnymi przelotami ekipy soSpecial. Przy każdym z krążków współpracowałem też bardziej lub mniej jako producent, więc dopóki poruszam się swobodnie w rózżych klimatach, dopóty nie mam zamiaru tkwić w jakiejś z góry określonej konwencji.

Tworząc muzykę, bierzesz pod uwagę oczekiwania fanów? Bo to na nich skupia się menedżer, o którym wspominałeś.

Mniej więcej wiem czego oczekuje ode mnie ten tzw. core’owy fanbase, czyli ten najbardziej lojalny i zaangażowany słuchacz. Przede wszystkim pewnego poziomu, a sama konwencja: czy będzie to szkoła taka czy taka, schodzi już od jakiegoś czasu na dalszy plan. Chociaż wiem też, że pozycjonuje się mnie raczej w tej starszej. Przestałem już jednak czuć jakąkolwiek presję zewnętrzną, za to wewnętrzny nacisk na szukanie “swoich” rzeczy jest coraz silniejszy. Nie chcę grać roli „zadowalacza” i kłaniać się trendom. Chcę z nich brać to, co de facto mnie inspiruje, czy powoduje, że uważam dany element za zajebisty lub wartościowy w jakimś kontekście. Crowd-pleaserem mogę być (i jestem) na koncertach, tam publika to żywy organizm, na którym pracuję i zrobię dużo, żebyś wyniósł z tego pozytywną energię.

Oczekiwania fanów bardzo fajnie było widać na przykładzie twojego „Magnum”. Pierwszą część wszyscy uwielbiali, a przy drugiej wielu narzekało, że „to nie jest już to samo”.

No tak, nie widzę sensu w robieniu ciągle tego samego. Gdyby tak było nagrałbym pięć kolejnych części „Ile mogę?” (śmiech). Zresztą ta nagonka na pewną powtarzalność, robienie kolejnego takiego samego albumu, bo mocniej zażarł, jest bez sensu. Nie ma szansy na odtworzenie emocji i wydarzeń towarzyszących powstawaniu krążka. Show must go on. Trzeba się zmieniać, żeby pozostać sobą (śmiech). Mam wrażenie, że słuchacze czasem tego nie łapią i zaczyna się taka kopiuj-wklej litania, którą widziałem już mnóstwo razy przy okazji zmian u znajomych po fachu.

Dobrze to widać teraz u Zeusa.

Zeus, Kękę, można mnożyć. Nie chodzi nawet o konkretne osoby, a o pewien do bólu powtarzalny mechanizm. Nie jest to jakieś charakterystyczne dla nas, za wielką kałużą zauważam podobne szablony. Hip-hop niby legitymuje się “byciem sobą” jako główną dewizą, ale już jak jesteś sobą, to okazuje się, że chyba nie do końca o to chodziło (śmiech). Nie można się na tym fiksować, bo biały kaftan gwarantowany. Trzeba po prostu szukać tego co harmonizuje, rezonuje z Tobą samym a w szerszej perspektywie też będzie dobrze.

Skąd to wymaganie, żeby raper był szczery? U muzyków z innych gatunków tego nie ma. Rockman może sobie nagrać zmyśloną historyjkę, raper musi mieć na to dobre uzasadnienie, jak np. Łona, który przekazuje za ich pomocą jakieś konkretne treści.

Tutaj szwankuje trochę interpretacja słowa „szczerość”. Wszystko przez to, że przez lata rap bezrefleksyjnie eksploatował prawdę, przekaz i prawdziwość. Często na potrzeby wydmuszkowego przedstawienia kogoś. Z drugiej strony, to zawsze był jakiś element wyróżniający rap. Artysta sam pisze swoje teksty, mówi przez pryzmat doświadczeń, swoich lub najbliższego otoczenia, unika języka ogólników, który dominuje w popie. Chociaż jak to w praktyce bywało i bywa, to wiemy doskonale. Możesz tworzyć różne światy, możesz nawet stworzyć siebie dla muzyki. Jeśli nie fałszujesz tego obrazu z jakichś płytkich pobudek, to jest okej. Nie mam nic przeciwko.

Tak, jak zrobił to np. Oxon w „Supermocach”, gdzie przedstawia się jako superbohater, ale mówi o tym otwarcie?

Tak. Tę „szczerość” stawiałbym w roli kontry do hipokryzji, niż podkreślał i pompował ją samą. Absolutnie rozumiem ludzi, którzy mają pomysł i tworzą sobie jakąś postać sceniczną, która pozwala im się wyrażać czy poczuć wolnym. Wiesz, mówię o bardziej abstrakcyjnych sytuacjach, niż udawanie gangusa, gdy w rzeczywistości najbardziej hardkorowe co znasz to sudoku i yerba. Tutaj udawanki czy poza mogą być brzemienne w skutkach (śmiech). Chociaż i tak najbardziej cenię raperów, którzy są zbieżni na płytach, koncertach i w życiu prywatnym, bo to wcale nie jest takie proste.

Jeszcze z dziesięć lat temu rap był ortodoksyjnym gatunkiem. Gdy ktoś wyruszył w stronę – jak to kiedyś nazywano – „hip-hopolo”, od razu mówiło się o sprzedawaniu się czy wręcz zdradzaniu rapu. A przecież nikt z nich nawet nie ukrywał, po co to robią.

Hip-hopolo było okropne ze względu na swoje romanse z najgorszymi formami popowej rzewności i pretensjonalności, a nie ze względu na komercyjne sukcesy. Zresztą wspaniale, że minęły już czasy kiedy zarabianie na rapie… inaczej: mówienie o zarabianiu było passe. Chociaż kult pieniądza też przy okazji na dobre wszedł w obieg.

To jest ciekawe, bo przecież Grammatik rapował o tym już na przełomie wieków. Kolejnych dziesięć lat, jeśli nie więcej, minęło, zanim ludzie to ogarnęli.

Artyści często myślą w tej kwestii nieco progresywniej, bo z tego żyją. Łatwo było wygłaszać antykapitalistyczne tezy, nie płacąc rachunków i wiodąc żywot niebieskiego ptaka. Na pewnym etapie albo na tym zarabiasz, albo pakujesz walizkę i się żegnasz. Na szczęście jest coraz więcej namacalnych przykładów, że można robić bardzo wartościowe rzeczy i czerpać z tego adekwatne zyski. Zarabianie, posiadanie i w miarę rozsądne wydawanie pieniędzy jest świetne. Co świetne nie jest, to oszukiwanie siebie, że pieniądz to antidotum na wszystko i jakiś weryfikator wartości człowieka i życia. Żyjemy w erze ładnego obrazka i szybkiego pieniądza. Rap często kłania się temu w pas i nie mam z tym problemu, martwi mnie brak wypośrodkowania. To samo z gloryfikacją używek. Wszystko dla ludzi, ale nasz słuchacz jest często bardzo młody i jak zakoduje sobie, że pewne sytuacje czy emocje można doraźnie zagłuszyć jednym czy drugim, to może się w tym pogubić, a to już poważniejsze „życiowe” tematy.

Gdy mówiłeś o tym zarabianiu, przy robieniu… może nie sztuki, ale bardzo dobrej muzyki, automatycznie do głowy przyszedł mi Pezet, który jako pierwszy otworzył całą „markę” rapera, a ostatnio nagrywa głównie kawałki reklamowe.

Tak, to jeden z lepszych przykładów budowania marki, chociaż ludzie narzekają, że co numer, to jakiś deal. Mnie to nie rusza, wręcz kibicuję. Jest legendą, klasykiem, a biorąc pod uwagę jego problemy zdrowotne, to powinniśmy się wszyscy odpieprzyć i zamknąć temat.

Pamiętam, jak wszyscy chcieli, żeby Małpa powrócił, a nie zwracali uwagi na to, że ma swoje problemy. Co najwyżej jakaś garstka.

Często jak chodzisz pod ramię z popularnością, to coraz mniej jesteś w oczach patrzących po prostu człowiekiem, który ma jakiś talent i jeszcze na to ostro haruje. Pojawiasz się na klipach, koncertach, wywiadach jakbyś się teleportował i nie miał życia prywatnego (śmiech).

Właśnie, fani w dzisiejszych czasach mają możliwość, za sprawą Instagrama czy Facebooka, poznać artystę, wejść w jego życie. I później jedni zaczynają ich traktować jak jakichś bogów, postacie mityczne, ale inni kompletnie inaczej: jako kumpli, ziomeczków, przez co myślą, że mogą wymagać od nich więcej.

To już kwestia indywidualnego podejścia i tego w jakim stopniu potrafisz kontrolować sytuację. Trzeba umieć wyczuć, wyważyć sytuację i jasno określić pewne granice. W jednym przypadku słuszna jest bliska, otwarta relacja, w innym zagra zupełne odcięcie. Lepiej to jakoś połączyć z cechami charakteru, bo introwertyk wrzucony w ocean ludzi nie musi czuć się komfortowo. Zakładam jednak, że  jak już ktoś decyduje się na bycie artystą, to w jakimś stopniu lubi kontakt z ludźmi.

Gdzie wyznaczyć taką granicę?

Nie wiem. Chyba ciągle się tego uczę. Myślę, że po przekroczeniu pewnego progu rozpoznawalności coraz trudniej o pełną kontrolę i coraz trudniej określić te marginesy.

Śledzisz karierę Dawida Podsiadło?

Względnie tak.

On, przy okazji wydania nowej płyty, usunął z social mediów całą swoją aktywność, poza tą dotyczącą stricte muzyki i koncertów. Mówił, że to dlatego, że ludzie zaczęli go traktować jak swojego kolegę, więc zakończył to i chciał się komunikować tylko przez muzykę. Zresztą na tej nowej płycie jest kilka piosenek, które o tym mówią.

Choćby „Matylda”, tak. Znam ten album zresztą całkiem dobrze, choć nie pamiętam tytułów.

Takie rozwiązanie to dobre wyjście z tej sytuacji?

Na tym levelu pewnie tak. Taki kocioł musi być obciążający, nawet jeśli w większości to przyjemne sytuacje.

W rapie nie byłoby z tym trudniej? W teorii powinieneś być nawet bliżej słuchaczy, jako „dobra morda”, „ich ziomek”.

Po tym wywiadzie dostanę nową ksywkę – „trochę tak, trochę nie”. Rap to teraz taka dynamiczna maszynka, że miesiąc ciszy waży tyle, co kiedyś dekada. Wybór jest twój. Jak chcesz być na świeczniku, to musisz się wyświetlać, skomentować jakiś gorący temat, powojować w piaskownicy i zabrać komuś resoraki (śmiech), ale myślę, że nadal i tak najwyżej może cię z niej zabrać sama muzyka. Z kolei jak już cię zabierze, to zaczynasz się, chcąc nie chcąc wyświetlać i być pod lupą, więc to trochę taki uroboros. Ja pozwalam sobie ostatnio na większy spokój, nawet jeśli wiąże się to z chwilowym przebywaniem w cieniu. Potrafię przez miesiąc nie postować niczego na fanpage’u czy nie wrzucać zdjęć na Instagram. Nic na siłę.

Z rapem jest jeszcze ten problem, że w wielu kawałkach wrzucasz swoje osobiste przeżycia. Jakiś czas temu na koncercie Eldo i Jotuze w Krakowie, ten pierwszy przy jednym z kawałków powiedział, że nienawidzi go wykonywać na koncertach, bo zawsze jest mu trudno, właśnie ze względu na treść.

Nigdy nie miałem takiego problemu, chociaż rzeczywiście, te najbardziej osobiste numery czy dotykające jakichś newralgicznych tematów potrafią wywoływać różne emocje. Nawet podczas setnego grania. Takie numery są dobre, bo utrwalają tożsamość, budują większą pewność siebie, czujesz, że nie chowasz się za fajnymi wersami, a rzucasz kawałek mięsa. Ludzie to czują. Mam tak często z „Trzeba żyć”. Zresztą, fajny remix w drodze, ale nie mogę w tej chwili powiedzieć nic więcej.

Zdarza się, że w tych kawałkach pojawiają się bliskie ci osoby, np. matka. Jak one na to reagują?

Nie usłyszałem nigdy żadnych wyrzutów czy oskarżeń z tego powodu, więc chyba jest okej. Jesteś częścią czyjegoś najbliższego otoczenia, kimś kto to otoczenie opisuje i komentuje. Dealuj z tym (śmiech). Mówię o tym, jak było lub jest. Mój ojciec był alkoholikiem, zmarł, jak miałem 10 lat. To zostawiło jakiś ślad, który czasem da się wyczuć w numerach. Mama wychowywała mnie sama. Bywało nielekko. Trudno, żeby nie stała się kimś hiperważnym w moim życiu i żebym nie odwoływał się do tych relacji. To samo tyczy się Izy [żony] czy Gabriela [synka].

Ty wspomniałeś „Jak trzeba żyć”, mi tu zawsze do głowy przychodzi „Stratosfera”, chyba ten kawałek, który najbardziej na mnie działa. Głównie przez wers „to jeden z tekstów, gdzie wolałbym kłamać jak z nut”.

Wolałbym. Nie jest to jakiś przekminiony na potrzeby wzruszeń storytelling, a tak zwany real talk. Tu przypomniałeś mi jedną sytuację a propos bliskich i ich reakcji. Przed puszczeniem płyty „Definitywnie” do tłoczni, spotkałem się z moim serdecznym przyjacielem, którego ten numer również dotyczył. Wiesz, takie tematy to nie wata cukrowa i baloniki. Nie chodziło o jakieś cenzurowanie rzeczywistości, tylko o szacunek do emocji. Wolałem podejść do tematu ostrożnie i z wyczuciem. Pokazałem mu ten numer. Nie wiedziałem do końca jaka może być reakcja, ale to twardy facet.

„Za śniegiem chłód pamiętam, aura mroźna, WWA/Krew w żyłach mroziła chwila, gdy brat poznał bólu smak/Mówił: dziewczyna mi znikła, co robić, zaczynam się martwić, bratku/A rano od psiarni, halo, jej ciało wisiało od doby w kabackim lasku”. Zakładam, że o to chodzi?

To było jakoś chwilę przed tym jak przeprowadziłem się z powrotem na Podlasie. Powiem Ci, że tamta zima w Warszawie była cholernie zimna. Tak, o to.

Warszawa. Zjawisko w rapie jest raczej takie, że jak ktoś w nim tkwi, to kojarzy się z dużymi miastami: właśnie Warszawą, Kielcami, Poznaniem czy Szczecinem… I wtedy wbijasz ty, cały z Siemiatycz. Małej miejscowości z Podlasia, o której istnieniu pewnie wielu nie wiedziało. Jak się właściwie odnajdujesz w tej rap grze?

Kiedyś chyba nosiłem to brzemię pochodzenia. Za wszelką cenę chciałem udowodnić i dać przykład, że miejsce urodzenia nie ogranicza. Czasy były trochę inne, ten dysonans między małym miastem a stolicą był bardziej odczuwalny. Dziś już tego nie czuję, ale to może być moje osobiste odczucie, bo w Warszawie bywam czasem i kilka razy w tygodniu. Myślę ostatnio nad powrotem do WWA, bo potrzebuję coraz bardziej jakichś nowych wyzwań i sytuacji. Radzę sobie dobrze, nawet w takim trybie korespondencyjnym ale za często jestem sam, a muzyka potrzebuje ludzi i atmosfery, dynamiki otoczenia. Tak czy siak, ja serio bardzo lubię swoje miasto, z wszystkimi jego zaletami i przywarami. Tylko tam czuje się jak w domu, chociaż nigdy nie miałem problemu z migrowaniem i aklimatyzacją. No i „raper z Siemiatycz” nie brzmi już komicznie, a mogłoby (śmiech).

W kilku wywiadach mówiłeś, że gdy opowiadałeś o urodzie okolicznych łąk czy pól, to inni raperzy, z wielkich miast, nie potrafili skumać, o co właściwie ci chodzi.

Dolina Bugu jest prze-kurwa-piękna. Są takie miejsca na Podlasiu, że nawet jak się na jakiś czas odklejasz od natury, wkręcasz w miejski styl życia, to wracasz, widzisz i mówisz – „nie no, piękne to jest”. Nie modlę się do drzew, nie sypiam na mchu, bez przesady (śmiech), ale ze względu na pochodzenie mam w genach jakiś zwiększony szacunek do przyrody i obcowania z nią. Ojciec zabierał mnie ciągle na wieś, do dziadka, na jakieś grzyby, jagody. Sprawiał wrażenie takiego człowieka lasu. Trochę tym pewnie przesiąkłem. To chyba w ogóle udziela się ludziom ze wschodu, bo coś w tym jest, że bardziej angażujemy się w relacje międzyludzkie i nie lubimy takiej przezroczystości. Chociaż nie chcę generalizować, bo ludzi nastawionych wręcz odwrotnie też bym na upartego znalazł.

Nie mogę nie zapytać: jak reagujesz na memy z Podlasiem w roli głównej, których ostatnio pełno w internecie?

Kiedyś zapytałem znajomych z Radomia o memy z Radomiem właśnie, więc karmo wróciłaś. Z dystansem reaguję, a jak mam reagować? Świat memem stoi, to i o Podlasiu są. Sporo jest zabawnych i słusznych, ale żeby się za to obrażać, to nie. No co ty. Jak ktoś ma ochotę sprawdzić osobiście uroki, to zapraszam na Flow Festiwal do Siemiatycz. Idealna okazja.

Skoro o żarcikach, to w jednym z kawałków rapowałeś, że zdarzyło ci się być na występie Jimmy’ego Carra…

(śmiech) Przed chwilą rozmawiałem o nim z Izą, bo zaśmiała się w ten jego bryto-wariacki gardłowy sposób, a ostatnio oglądaliśmy na Netflixie “The Fix”. Iza potrafi śmiać się jak Carr. Powiedziałem to. Mam nadzieję, że ominie ten wywiad (śmiech).

Jimmy uwielbia kontakt z publiką, kocha odpowiadać hecklerom, przeszkadzającym mu w występie. I robi to na spontanie. Tu właśnie moje pytanie: czy to nie jest swego rodzaju freestyle?

Jasne. Widze dużo podobieństw między freestylem a stand-upem. Duża część tych i tych nie potrafi rapować (śmiech). Przeciąłem się parę razy z kilkoma czołowymi polskimi stand-uperami i oni też zauważają dużo podobieństw. Wiesz, cięte riposty, podwójne dno, zabawa słowem, call backi. Narzędzia są bardzo podobne.

No to o tym freestyle’u trochę… Ostatnio był u nas wywiad z Filipkiem, który opowiadał m.in. o tym, że z freestyle’u bardzo trudno było mu jakkolwiek wyżyć.

To mu gratuluję, że w ogóle miał taką nadzieję.

Powiedział też jednak, że „Gdyby w miesiącu było do wyjęcia dziesięć kafli, takie tuzy jak Muflon, Duże Pe czy Te-Tris od razu by wróciły”. Zrobiłbyś to?

Nie. Z pełną powagą.

Dlaczego?

Posłuchaj, otrzymywałem propozycje wzięcia udziału w bitwach za bardzo dobre pieniądze. Pamiętam, że był jakiś projekt, który faktycznie był interesujący, ale ze względu na formę. Zresztą też kręciły się przy nim duże hajsy, ale ostatecznie nie wypalił. Zastanawiałem się, czy nie wziąłbym w tym udziału, ale właśnie ze względu na samą formułę. Nie kupisz mnie sobie na bitwę. Nie.

Właściwie wciąż nie powiedziałeś dlaczego.

Bitwy były dla mnie pewnym etapem i w tamtym momencie w zasadzie jedyną szansą na posmakowanie sceny. Grałem jakieś supporty, mniejsze lub większe swoje sztuki, ale to freestyle dał możliwość pokazania się szerszej publiczności. W sumie nie spodziewałem się, że to będzie aż taki zasięg. Nie traktowałem tego, i nadal nie traktuję, jako docelowego kierunku, a bardziej dodatek, ciekawą umiejętność. Może przez to właśnie całkiem sprawnie mi to wychodziło. I wychodzi, ale nie czuję już tej konwencji bitew. Lubię pooglądać, jaram się jak poziom jest wysoki, wymyślam sobie riposty i myślę, jak na czyimś miejscu wypunktowałbym przeciwnika. Tyle, że nie jara mnie udowadnianie udowodnionego i przekonywanie przekonanych. Mam pokłosie swojego freestyle’u w postaci współpracy z Red Bullem w ramach KontroWersów czy sporadycznie przy okazji innych bitew. Znam temat, więc dobrze czuję się w roli organizatora, jurora czy prowadzącego. Nie chcę jarać się samymi narzędziami, posiadaniem „gwoździa i deski”. Chcę coś konstruować, a to w pełni daje mi dopiero praca nad albumami.

Przy tym konstruowaniu można się bawić? Zgaduję, że odpowiesz „tak”.

Więcej: nie można się nie bawić. Mimo powagi tematów, dbania o merytorykę czy poważnego podejścia – w momencie, gdy przestajesz się bawić muzyką, to proponuję odwiesić mikrofon na kołku i zająć się czymś innym. Bez zajawki nie ma niczego. Czasem trzeba z premedytacją wręcz zrobić coś „dla jaj”, odciążyć głowę. To dobrze działa dla równowagi i zdrowia psychicznego (śmiech).

Skoro wywołałeś zdrowie psychiczne – wspominałeś, że pracę nad „Definitywnie” zaczynałeś w sporym dołku.

Tak, chodziłem parę miesięcy po ciemniejszej stronie Księżyca. Mimo że otoczony byłem kochającymi i dbającymi o mnie ludźmi, to nie mogłem się poukładać. Królicza nora. Nie wiem, czy chcę to rozwlekać.

Rozwlekanie to akurat dobra sprawa. Inni ludzie chcą wiedzieć, że nie tylko oni mają takie chwile, ale też osoby, które znają z ekranów czy – jak ciebie – z głośników. To, paradoksalnie, dodaje sił.

Jasne, masz rację. Ale co chciałbyś wiedzieć? Albo inaczej: jak myślisz, co ktoś taki chciałby wiedzieć?

Stawiałbym, że znać odpowiedź na najbardziej oczywiste pytanie: jak z tego wyszedłeś?

Endorfiny. Wysiłek fizyczny, trening. Najlepiej taki gdzie możesz dostać wpierdol, dosłownie i w przenośni. Szybko leczy z „problemów pierwszego świata”. Wystarczyło mi parę miesięcy intensywnego okopywania i głowa wróciła na lepsze tory. Naturalne endorfiny. To chyba pierwszy klucz. Tylko nie wiem, czy to działa, jak jesteś już w bardzo złym miejscu. Komuś z depresją nie powiesz – „Ty, idź na kosza, przejdzie”. Chociaż, idź. Może przejdzie. Nie wiem. We łbie siedzi mi tyle spraw, że do tej pory nie wiem czy się do końca poprostowałem. Z własnych doświadczeń mogę rzucić tylko kilka prostych recept: odstawić używki, zadbać o sen. Jak masz trochę samozaparcia i nie popadniesz w coachingowy ton, to można wziąć pod lupę swoje emocje, nie odcinać ich. Uczyć się czegoś nowego, jakoś rozwijać, poszerzać wiedzę, horyzonty. Wypełniać jakoś to naczynie. No i wyluzować z mediami społecznościowymi. Nie gapić się na idealne życie wszystkich dookoła, obwiniając się za wszystkie swoje, nawet najmniejsze, niedociągniecia i nieperfekcyjności. Wszyscy mamy jakieś defekty. Im szybciej to zaakceptujesz, tym lepiej. Nie jestem psychologiem. Takie porady wymagają fachowej wiedzy, ale faktem jest, że faszeruje się nas obrazem sztucznej perfekcji, a my to łykamy i serwujemy sobie stek z oczekiwań, które nijak mają się do rzeczywistości.

To też kwestia reklam, filmów, ogólnie kultury i tego, jak przedstawia się w niej ludzi.

Kultura obrazka. Łatwo uwierzyć, że tylko my mamy zmartwienia, a cały świat żyje idyllicznym snem. W ogóle, jesteśmy na początku drogi w ćpaniu social mediów. Prawdziwe skutki mogą być widoczne dopiero za parę lat. Dobra, nie wpadajmy w mentorski ton, bo zaraz zaczniemy podpalać Babilon. Faktem jest, że wszyscy jesteśmy w jakiś sposób trybikami tej machiny. Zostańmy przy tym, że wszystkim nam daleko do perfekcji.

Wychodząc od tej nieperfekcyjności, chciałem zapytać o dystans do własnej twórczości. Bo wielu reaguje na krytykę tak, jakby płyta była ich dzieckiem, które trzeba za wszelką cenę bronić. U ciebie tego nie widziałem – wręcz przeciwnie, często przyznawałeś rację tym, którzy zgłaszali uwagi.

Żadna krytyka nie jest ani miła, ani pożądana, ale staram się dostrzegać ten aspekt edukacyjny. Dużo zależy od krytykującego, bo jak ktoś próbuje dopieprzyć się na siłę, to nic to raczej nie wnosi. Parę razy zareagowałem bardziej emocjonalnie, zebrałem +1000 do doświadczenia i lekcję na przyszłość. Swojego będę zawsze bronić do upadłego, bo jest moje, ale to nie oznacza, że jestem nieomylny. Robię błędy i to moje błędy, man. Często lepszy głos rozsądku niż zagłaskanie kota na śmierć. No i mówimy tu o krytyce rzeczowej, z argumentami, dialogiem, wymianą uwag, a nie hejterskim „jesteś chujowy”. Doradź mi, krytyku, jak stawać się lepszym, ale nie narzucaj.

Kiedy sam dostałeś to +1000 do doświadczenia?

Czasy wokół wspólnego albumu z Pogzem. Opinie były średnioprzychylne, wmawiano nam jakieś „wygrywanko”, odklejenie od rzeczywistości, co nijak się do niego miało, ale… zacząłem się tym przejmować i kilka razy chyba zabrakło mi zrozumienia, że nie każdy widzi świat moimi oczami i interpretuje go tak jak ja. Szarpałem się niepotrzebnie z jakimiś tematami, a jak wiadomo nawet na filiżanke, która stoi przed nami, można spojrzeć z różnych perspektyw. Ponoć jest taki prosty eksperyment psychologiczny. Ludzie proszeni są o narysowanie filiżanki i tylko mały odsetek rysuje ją z góry. I w każdej materii ktoś jest tym odsetkiem, a reszta szkicuje ją z boku.

Prawie jak na maturze, gdzie musiałeś zinterpretować coś według klucza. W tym przypadku kluczem jest zdanie artysty, jego spojrzenie.

No tak, ale właśnie bez presji na jedyne słuszne rozwiązanie. Dzięki temu przeszedłem bardziej na stronę wyrozumiałego i stonowanego “I don’t give a fuck”, niż wojenki o moją, mojszą, najmojszą rację. Możesz mieć swoje zdanie, dopóki ja mogę mieć swoje. Nie szanujesz tego, to bon voyage.

W „Perfekcie”, który otwiera płytę „Definitywnie”, nawijasz, że „ten cały rap to tylko rap i dobry nośnik myśli”. Mam wrażenie, że obdzierasz w tym miejscu rap ze świętości, do której wynosi go wielu innych raperów.

Nie obdzieram. Chyba nie musze mówić, ile dla mnie znaczy. Zwracam uwagę na to, że pompowanie ego, trzymanie Boga za piętę, tylko dlatego, że potrafi się nawijać, jest sporym nadużyciem. Jasne, że sztuka i rozrywka, czy miszmasz obydwu, spełnia ważną rolę społeczną. Bawi, uczy, motywuje, a czasem, jak się okazuje, potrafi nawet ocalić życie. Ale są tysiące ludzi, którzy robią bardziej znaczące dla ludzkości rzeczy, a funkcjonują zdecydowanie poza głównym nurtem i dzieciaki nie tagują ich ksywek na ławkach. Wiesz, patrzmy na większy obraz. W moim mikroświecie rap może mieć i status religii, ale wiem, że przy takim, dajmy przykłady: genialnym astrofizyku, neurochirurgu czy strażaku wynoszącym ludzi z płomieni, to ja jestem Pan Pikuś.

Wielu raperów jest jednak bardziej znanych niż nawet najlepszy neurochirurg.

Co nie oznacza automatycznie przepustki do uprawiania zagonka z narcyzami, jeśli już tym raperem jesteś. Raperem, aktorem, piosenkarzem, sportowcem, youtuberem czy inną rozpoznawalną japą.

„Jestem tylko narratorem”?

Rap to tylko melodeklamowanie do repetytywnego zazwyczaj podkładu muzycznego. Człowiek to tylko kości, mięśnie, trochę galarety pod czaszką i złożonej biochemii. W jednym i w drugim przypadku można odnaleźć magię i coś co nazywamy duszą. Nie wiemy co to i skąd się bierze, ale w zdecydowanej większości twierdzimy, że istnieje. Tak jak miłość czy przyjaźń.

Wspomniałeś o tym mikroświecie, teraz powiedziałeś o miłości. Bardzo fajnie się składa, bo chciałem poruszyć temat rodziny. Zaczynając od cytatu z Włodiego: „Mówią: od sześciu lat masz trójkę z przodu, drugą córkę, to dobry powód by stąd uciec, zamienić beton na podmiejski eden i opowiadać dzieciom, że o blokach nic nie wiem”. Ty tę trójkę masz od siedmiu lat, syna od dziewięciu. Nie kusiło, żeby zejść na bok, poświęcić się bardziej rodzinie?

Nie, jeszcze nie, ale taki moment pewnie kiedyś przyjdzie.

Syn ma dziewięć lat. Słucha twoich kawałków?

Jasne, zresztą nie tylko moich, ale i kolegów.

Jak reaguje? Bo przecież w wielu numerach są rzeczy, których dziewięciolatkowi raczej puszczać nie powinieneś.

Wolę, żeby to robił oficjalnie. Mam wtedy jakąkolwiek kontrolę jakości (śmiech). Wiesz, to czwarta klasa podstawówki. Te dzieciaki katują rap na porządku dziennym. Większość gdzieś na YouTube za plecami rodziców, którzy często nic z tego nie kumają i nie bardzo mogą weryfikować treści. Nie mają pojęcia, co chłoną ich pociechy. Ja trzymam rękę na pulsie i jak wjeżdżają jakieś mocniejsze rzeczy, to albo to przesiewam, albo dyskutuję i staram się wytłumaczyć. Młody ma zajawę na dobre rzeczy. Głównie Quebo. Może dlatego, że jako czterolatek rozegrał całkiem poważną partie Jengi z Kubą i dzisiaj ma dodatkowy powód do identyfikacji. No i delikatnej przewózki. Takie historie (śmiech).

Widzisz się za jakieś trzydzieści lat jako starszy pan, który siedzi sobie w fotelu i puszcza wnukom stare kawałki? Jak Łona w „Nie słuchać przed 2050”?

Jasne. O ile:

a) będę mieć wnuki, w co wierzę,

b) będą chciały tego w ogóle słuchać,

c) jakiś rząd szaleńców nie ocenzuruje rapowej spuścizny.

A tak serio, to mój dorobek, zostanie do końca życia ze mną i jestem dumny z wszystkiego co zrobiłem. Chciałbym, żeby tak było.

Wracając do wieku. Włodi o swoim nawijał, gdy miał 36 lat, ty jesteś rok starszy, na scenie już trochę czasu spędziłeś, należysz do starszego pokolenia, a mam wrażenie, że wielu wciąż postrzega cię jako gościa z młodszego pokolenia. Pewnie w dużej mierze przez to, że późno debiutowałeś. Trudno cię tak przyporządkować.

Na początku rozmowy powiedzieliśmy, że jestem między scenami, a w tej kwestii myślę, że jestem też między tymi zbiorami wiekowymi czy stylistycznymi. Masz trochę rację, tak.

Włodi jest tu dobrym przykładem. Wydaje mi się, że mam z nim dużo wspólnego, mimo że jestem od niego o kilka lat młodszy. Ciągle jaram się rapem, sprawdzam nowości, wiem, co się dzieje i co produkuje się w Stanach. Dla mnie to styl życia i naturalna zajawka. Trudno się tu zestarzeć. Z drugiej strony nie wypada już udawać beztroskiego małolata, bo mam pewne rzeczy w bagażu doświadczeń. To jest taki miks tego doświadczenia, wynikającego z wieku, z brawurą i żywiołowością, pochodzącą z tego, że wciąż się tym jaram.

To w ogóle ciekawa kwestia, bo rap jako gatunek jest stosunkowo młody. Jestem ciekaw, jak będzie to wyglądać, gdy ktoś dobije do sześćdziesiątki i nadal będzie chciał rapować.

Chciałbym w Polsce mieć takie persony jak np. Jay Z, bo dla mnie osobiście zwrotka roku 2018, to właśnie Jay Z na płycie Meek Milla w utworze „What’s free”. Co ten gość robi w tym wieku, w którym jest, to po prostu… Śmieszne jest to, że my w dobie obecnego rapu zauważamy, że „wow! Jay Z potrafi rozjebać, nagrał zwrotkę roku”, a to przecież jest właśnie Jay Z. W każdym razie chciałbym, żeby u nas rapowanie w wieku 50 czy 60 lat, gdy potrafisz to naprawdę dobrze robić, nie było niczym szokującym.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że zaczyna się trend, w którym trzydziestolatkowie grają dla piętnastolatków. Raperzy coraz starsi, publika coraz młodsza. Jak to pogodzić i dotrzeć do wszystkich fanów?

Myślę, że gdybym znał receptę na skuteczne dotarcie do wszystkich, to pewnie wygrywałbym też na loterii. Na pewno nie na siłę, nie za wszelką cenę. W momencie, kiedy robisz dobrą muzykę, która idzie z duchem czasu i jesteś w stanie wtłaczać w to natywne dla ciebie elementy, to zauważy to i bystry czterdziestolatek, i bystry piętnastolatek. Jest to trochę utopijna wizja, ale wydaje mi się, że nawet jeśli 10 czy 20% tych piętnastolatków i tyle samo czterdziestolatków to dostrzeże, to będziesz miał wartościowych słuchaczy. A tacy, w kontekście długowieczności, są o wiele bardziej cenni niż wyższe stężenie przelotnych fanów.

A jak reagujesz, gdy tacy fani piszą w komentarzach, że któryś z twoich kawałków „powinien mieć kilka milionów wyświetleń i jak to się w ogóle stało, że jakieś disco polo ma znacznie więcej”?

Wiesz co, takie komentarze to mógłbym już chyba sobie wydziarać (śmiech).

Gdybyś za każdym razem dostawał złotówkę, to byłbyś milionerem?

Z kundla w rok! Tutaj mam apel. Jeśli uważasz, że ktoś jest niedoceniony, to nie wałkuj tego tematu, tylko wspieraj. Powielając taką opinię kodujesz innym taki komunikat. Poniekąd sam to w tej chwili robię. Więc dla kontry dodam, że jestem doceniony, utalentowany i w ogóle zajebisty (śmiech).

Napisz po prostu „świetny kawałek”, kropka.

Właśnie tak. Nie musisz nawet pisać, słuchaj, kup album, idź na koncert, podklep ziomkowi, zasugeruj sprawdzenie. Ten sam wkład energetyczny, co w utyskiwanie i marudzenie. Ja wiem, że to bierze się z dobrych intencji, ale przynosi zupełnie odwrotny skutek od zamierzonego. Ten temat ciągle do mnie wraca, z różnych miejsc i od przeróżnych osób. Więc powtarzam: czuję się doceniony. To miłe, że ciągle słyszę, że powinienem coś tam więcej, bardziej, głośniej. Uznaję to za komplementy i ciągle pracuję, żeby Was usatysfakcjonować. Popularność niesie jedną rzecz, którą kocham. Koncerty. Tego mi życzcie, bo kocham grać koncerty. A… co do docenienia, to chciałbym wiedzieć ilu było freestylowców, których spropsował kiedykolwiek Mes? (śmiech) Been there, done that.

Nie docenił cię za to Jurek Mordel, który wytoczył tobie i Astkowi sprawę w sądzie, za użycie – i tu cytat z broniącego się Astka – „partykuły wzmacniającej”, czyli słowa „pierdolony”. Jak zareagowałeś na wezwanie do sądu?

„Kurwa, co?!”. Jak miałem zareagować? To był jakiś absurd. Trochę śmiech przez łzy. Stężenie montypythonizmu w całej tej sytuacji było ogromne. Na szczęście wszystko się już skończyło. Nie robiłem też z tego jakiegoś elementu promocyjnego, bo ten absurd i tak konsumował energię oraz czas. Na całą sytuację patrzę z politowaniem. Zbędne zamieszanie.

Ta cała sprawa była tym bardziej abstrakcyjna, że czytałem wywiady z Mordelem, w których mówił, że ten słynny wywiad, na którym oparliście utwór, zna, czasem sam się pośmieje. Ale z waszego kawałka już nie, mimo że był kontynuacją tego wywiadu i w dodatku robił mu pozytywny PR.

Ktoś pomylił taki trochę tribute z dissem, bo Jarkowi się przeklęło. Kuriozum. Zakładam, że duży udział musiał w tym mieć jakiś przyboczny doradca Pana M.

Słyszałem, że nawet Polska Akademia Nauk musiała interweniować.

Dostaliśmy dwie ekspertyzy. Pierwsza została zakwestionowana przez stronę przeciwną, ale kiedy drugi, postronny ekspert wypowiedział się w tym samym tonie, ktoś na szczęście postanowił zatrzymać tę karuzelę.

Wyobrażałem sobie profesora Miodka, który wychodzi na salę sądową i zaczyna wywód o tym, dlaczego słowo „pierdolony” w tym kontekście jest w porządku.

Daj spokój. Musieliśmy rozkładać przed sądem swoje zwrotki na czynniki pierwsze. Nie masz pojęcia jak się tłumaczy podwójne dno wersu “kiedyś mądra szprychy była, dziś jej sam cylinder został”. No, jaja jak berety. Jak cylindry nawet. Co do „partykuły wzmacniającej”, to wskazywaliśmy nawet na źródła anglojęzyczne tłumaczące, że zwrot „motherfucking coś lub ktoś”, wziął się ze środowiska jazzowego i namiętnie używał go sam Miles Davis do zaakcentowania skillsów swoich instrumentalistów.

Zabawna sprawa, choć domyślam się, że z waszej perspektywy wręcz przeciwnie.

Stos papierów, powiadomień, zawiadomień, pouczeń. Przymusowe wycieczki do Lublina. Chociaż akurat sam Lublin mega lubię, ale nie w takich okolicznościach.  Dobrze, że osoba, która prowadziła naszą sprawę, to super człowiek. Monika, pozdrawiam!

Wiele jest przecież kawałków, które o realnych osobach traktowały w sposób po prostu obraźliwy, a za które nikt nie odpowiadał przed sądem.

Jak np. „Wojciech Amaro, co mieszał zupę fujarą”? (śmiech) Biorąc pod uwagę, że nagrał to Afrojax, to było zresztą i tak dość kulturalnie. Trudno, pojeździliśmy do Lublina. Zresztą moja rodzina stamtąd pochodzi. A do Lublina do sądu przyjeżdżał kiedyś ponoć sam Romario. Ten Romario. Dał się grubo przekręcić jakiemuś asowi. Kto wie, może to wszystko po to, żebym teraz opowiedział taką historię? (śmiech)

Rozmawiał Sebastian Warzecha