Michał Mieszko Gogol: pod trzepakiem byłem Stoiczkowem
Inne sporty

Michał Mieszko Gogol: pod trzepakiem byłem Stoiczkowem

– Po upadku na rowerze do dziś nie mogę do końca wyprostować prawej ręki. Koledzy śmiali się, że jak skakałem do bloku, to nie byłem w stanie „dołożyć” tej kontuzjowanej i miałem dziurę. Idealna przestrzeń, przez którą przechodziła piłka. Pamiętam sytuację, kolega akurat stał w obronie. Mówię mu „OK., ja zamykam prostą, ty tylko asekuruj, spokojnie”. On: „Jasne!”. Skończyło się… takim strzałem w twarz, że kolega miał przeze mnie rozkwaszony nos – wspomina Michał Mieszko Gogol, jeden z najlepszych polskich trenerów siatkarskich młodego pokolenia, który po zatonięciu Stoczni Szczecin zakotwiczył właśnie w Indykpolu AZS Olsztyn.

Jak wyglądał upadek szczecińskiego dream teamu z perspektywy trenera? Jak układała się współpraca z Radostinem Stojczewem? Dlaczego złoty medal za mistrzostwo świata jeszcze długo po turnieju nosił przy sobie? Czego nauczył się jako asystent Vitala Heynena i dlaczego zanim go poznał, miał go za dziwaka? Jak to się stało, że został kibicem West Ham United i co pomyślał, kiedy pierwszy raz zobaczył na żywo Wayne’a Rooney’a? Zapraszamy na rozmowę nie tylko o siatkówce.

***

Lubi pan oglądać „Titanica”?

Jakiś czas temu znów oglądaliśmy z żoną, bo leciał akurat na jednym z popularnych kanałów. Ponad trzy godziny, reżyser James Cameron, dobry film.

Ulubiona scena?

Powiedziałbym, że ta, w której statek łamie się na pół, ale pewnie zabrzmiałoby to dziwnie (śmiech). Najbardziej podoba mi się więc scena, w której Leonardo DiCaprio i Kate Winslet tańczą na dolnym pokładzie. Tym biednym, gdzie nie ma splendoru, pieniędzy, diamentowych żyrandoli, tylko wszystko jest takie naturalne, swojskie.

W Stoczni Szczecin, która została niedawno wycofana z PlusLigi, też miał pan kino katastroficzne, tylko już bez melodramatu. A pan, jak kapitan Titanica, pozostał na pokładzie do samego końca.

Nie wiem jakim byłbym trenerem, gdybym nie został do końca. Dla mnie to było totalnie naturalne, bo zawsze utożsamiałem się z tym klubem, tak samo jak i z miastem. Mój ojciec urodził się w Szczecinie, ja tak samo, półtora roku temu urodził się tam też mój syn. A jeśli chodzi o Stocznię, rzeczywiście nie było melodramatu, ale dlatego, że wszystko potoczyło się bardzo szybko. Przeżyłem szok, że klub tak szybko zniknął z mapy Polski.

Jak upadek klubu, który miał być potęgą ligi, a nawet zaatakować Ligę Mistrzów, wyglądał z pana perspektywy?

Najpierw rozmawialiśmy o zaległościach w kuluarach, a w okolicach drugiej-trzeciej kolejki na jednym z treningów zjawił się prezes Stoczni Szczecińskiej Andrzej Strzeboński. Uspokajał nas mówiąc „tak, panowie, rzeczywiście mamy trudną sytuację, ale ona się uspokoi i nie macie się czym martwić”. Koncentrowaliśmy się więc na sprawach sportowych, trenowaliśmy, graliśmy mecze, zdobywaliśmy punkty. Mijały jednak dni, dlatego po wygranej z Czarnymi Radom, w poniedziałek odbyło się spotkanie całej drużyny i sztabu z prezesem Jakubem Markiewiczem oraz dyrektorem Krzysztofem Śmigielem. Była dyskusja, że chyba naprawdę coś jest nie tak, bo pieniędzy wciąż nie ma.

Jako drużyna napisaliśmy list do władz zakładu Stocznia Szczecińska. Pytaliśmy o zaległości przypominając też, że my swoje obowiązki nadal wykonujemy. Mało tego, byliśmy na trzecim miejscu w lidze, czyli sportowo było OK. Zasugerowaliśmy, że chcielibyśmy zobaczyć w tygodniu jakieś środki na kontach lub chociaż porozmawiać na ten temat. Jeszcze we wtorek prezes poinformował nas, że wydźwięk listu jest pozytywny i prawdopodobnie w tygodniu będą pieniądze.

Tyle że już w czwartek rano odpowiedź była zupełnie inna. Tego dnia doszło do spotkania, na którym zakład uznał, że wywiązał się ze swoich zobowiązań sponsorskich, nie planuje dalszego finansowania i nie będzie wypłacał kolejnych transz. Z taką informacją przyszedł do nas prezes Markiewicz. No i wtedy już była burza.

Jak wyglądało to spotkanie?

To było w przeddzień wyjazdu do Katowic. Zebraliśmy się w sali konferencyjnej, najpierw rozmawialiśmy wspólnie w gronie sztab-zawodnicy-prezesi, później była dwie narady, kiedy siatkarze rozmawiali oddzielnie, a trenerzy oddzielnie. Na koniec usiedliśmy razem i podjęliśmy decyzję, że mimo wszystko pojedziemy do tych Katowic. Bo nie ukrywam, że były wątpliwości, czy w takiej sytuacji powinniśmy.

Mecz przegraliśmy. Można było oczywiście dyskutować na temat naszego poziomu mentalnego, ale prawda jest też taka, że GKS zagrał dobre spotkanie. Ale już było widać, że coś jest na rzeczy. I jak pamiętamy, kolejne dni po powrocie z Katowic przyniosły już pierwsze pożegnania.

Jak wyglądało odejście Bartosza Kurka?

Bartek zachował się bardzo honorowo, był szczery. Poprosił nas wszystkich żebyśmy przyszli przed treningiem do szatni, tam wyjaśnił jaka jest sytuacja i jakie są jego kolejne kroki. Powiedział, że zobowiązania klubu wobec niego nie zostały spełnione nawet w tej kryzysowej sytuacji, dlatego nie ma wyboru i odchodzi.

Wtedy już pan wiedział, że drużyna się rozleci?

Bartek był najważniejszym organem zespołu – naszym sercem, naszym liderem. Straciliśmy bardzo ważne ogniwo nie tylko sportowe, bo był też twarzą tej drużyny, bardzo rozpoznawalną osobą. To był dla nas mocny cios, ale nikt nie miał do Bartka żalu. Później była podobna sytuacja z kolejnymi zawodnikami, dlatego do meczu z Treflem Gdańsk – tego naszego ostatniego rejsu – przygotowywaliśmy się już tylko w dziesiątkę. To był najsmutniejszy mecz w jakim brałem udział.

SZCZECIN, 29.11.2018 MECZ SIATKOWKI MEZCZYZN PLUSLIGA STOCZNIA SZCZECIN - TREFL GDANSK VOLLEYBALL MEN PLUSLIGA MATCH STOCZNIA SZCZECIN - TREFL GDANSK NZ ZAPLAKANY MICHAL MIESZKO GOGOL PO ZAKONCZENIU MECZU FOT. KRZYSZTOF CICHOMSKI / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Co pan z niego zapamiętał?

Kiedy była piłka meczowa dla Trefla, cała sala wstała i zaczęła bić brawo. To był dla nas szok, wszystkim skoczyły emocje. To był taki moment, że nawet teraz jak o tym mówię, to znów to czuję. Po meczu przeszliśmy się dookoła boiska żeby podziękować kibicom, niektórzy z nich płakali.

W szatni było podobnie. Początkowo siedzieliśmy tylko ze sztabem. Nasz statystyk, trener od przygotowania fizycznego, fizjoterapeuta i ja szczerze płakaliśmy. Kiedy wszedł Jurek Mostowski – człowiek, który przeżył wszystko w siatkówce, pracował też w reprezentacji – usiadł z nami i również zaczął płakać. To byli ludzie, którzy pochodzili z tego regionu, którzy szli z tym klubem czasami od drugiej ligi, a więc zanim to wszystko było wielkim projektem. Nie życzę nikomu takiego widoku.

Podejrzewam, że do mediów wyciekał promil tego, co działo się wewnątrz drużyny. Często musiał pan gasić pożary?

Byłem zaskoczony, bo pomimo tych problemów, zawodnicy – kiedy drużyna była jeszcze oczywiście w pełnym gronie – trenowali na maksa. Jasne, możemy dyskutować, że jeden trening był lepszy, drugi słabszy, ale nie mam wrażenia, że ktoś odpuścił. Udało się nam stworzyć dobrą atmosferę i nawet w momencie, kiedy pojawiały się kolejne problemy, ta grupa była naprawdę razem. Może nie była w najlepszych nastrojach, ale każdy podchodził do tego poważnie. Było widać po niektórych, że coś ich gryzie, ale siatkarsko prezentowali się na dobrym poziomie.

Wszystko mentalnie zmieniło się właśnie od meczu z Katowicami, kiedy dzień przed wyjazdem dostaliśmy taką dawkę informacji. Od meczu z GKS-em nie trenowaliśmy już w pełnym składzie, a to musiało wpłynąć rozluźniająco na drużynę.

Jak czuje się trener, kiedy przychodzi na zaplanowane zajęcia na siłowni i siedzi tam tylko ze swoim sztabem?

Bezradność, złość, najzwyklejszy ludzki smutek, że coś takiego w ogóle ma miejsce. Nie mówię już nawet o rozczarowaniu, bo to słowo zostało ostatnio powiedziane tyle razy…

Jak na całe zamieszanie reagował dyrektor klubu Radostin Stojczew? Przecież to bardzo utytułowany trener, facet, który wszędzie gdzie pracował, miał swoje zdanie.

(po dłuższej chwili namysłu) Były takie dni, że go nie widziałem w klubie, były dni, że był nawet na treningu. Nie jestem nim, ale wydaje mi się, że chciał po prostu po cichu wycofać się z tego projektu kiedy już zdał sobie sprawę, że sytuacja jest trudna.

Ciężko pracować mając nad sobą dyrektora z takim nazwiskiem?

Powiem tak: łatwo nie jest. Mieliśmy dyskusje merytoryczne, czasem burzliwe, ale była to dla mnie bardzo duża szkoła życia. Dużo wyniosłem z tej współpracy.

I czego się pan w tej szkole jeszcze nauczył?

Ciekawym doświadczeniem była przede wszystkim praca z tak znakomitymi zawodnikami. Mam swoje przemyślenia na ten temat, nawet jeśli to były tylko cztery miesiące. Dziś już wiem, jak z takimi ludźmi rozmawiać, czego oni tak naprawdę potrzebują, na co zwracają uwagę. Czy jest w ogóle różnica w prowadzeniu gwiazd, a zawodników, którzy nie są reprezentantami krajów.

To jedna rzecz. Druga jest taka, że trzeba iść zawsze swoją drogą. Żeby konsekwentnie realizować swój pomysł na drużynę. Mówiliśmy o pracy z dyrektorem sportowym, który mnóstwo wygrał w swoim życiu jako trener. Naturalnym było to, że zadawał dużo pytań. „A dlaczego tak, a dlaczego to, to jest OK., to mniej”. Rozmawialiśmy dużo, tylko że często te rozmowy i pytania powodowały, że sam zaczynałem się zastanawiać „hmm, a może jednak powinniśmy coś zmienić?”. Po tych kilku miesiącach upewniłem się, że nigdy nie można z tego kursu zbaczać. Można oczywiście tę drogę modyfikować, ale trzeba być konsekwentnym.

Czyli Radostin Stojczew wchodził panu z butami w kompetencje?

Trzeba było co jakiś czas tę granicę zaznaczyć, bo się zacierała. Zawsze mówię, że mądrego człowieka warto posłuchać i tak robiłem. Nie była to łatwa sytuacja, ale potrafiliśmy się w niej odnaleźć. Przede wszystkim potrafiliśmy na tyle współpracować, żeby przynajmniej drużyna normalnie funkcjonowała.

Klub ze Szczecina od początku był jak taka trudna żona. W czasach Espadonu, który prowadził pan od 2016 r., też miał pan często pod górkę, ale był i kochał.

Starałem się nie zajmować pierdołami, tylko skupiałem się na graniu. Momentami faktycznie nie było łatwo, ale przymykałem oko kiedy czegoś brakowało, bo dla mnie było to pierwsze miejsce, gdzie mogłem pracować jako pierwszy trener. Poza tym to moje miasto. Kilka razy musieliśmy mierzyć się z problemami organizacyjno-finansowymi, ale to było wyzwanie. Jeśli znajduje się rozwiązania w trudnych momentach, człowiek się uelastycznia i może potem poradzić sobie w innym środowisku.

Zaczynaliśmy – jak to sami nazwaliśmy – od „wielkiej ucieczki”. Kiedy przejąłem drużynę, była na 16. miejscu. Mieliśmy osiem punktów, z czego trzy z… walkowera ze Skrą. Oczywiście wszyscy postawili na nas krzyżyk, a jednak skończyliśmy na 12. miejscu. Sprawiliśmy przy okazji też kilka niespodzianek, gdzie aż sami byliśmy zaskoczeni. Wyeliminowaliśmy z Pucharu Polski Cuprum Lubin, a to była wtedy naprawdę mocna drużyna. W Bełchatowie w kolejnej rundzie pucharu zagraliśmy tie-breaka, aż śmialiśmy się, że o mały włos, a na Final Four pojechałaby szesnasta drużyna PlusLigi. Bo naprawdę zabrakło nam do tego kilku piłek.

Był też słynny mecz z Gdańskiem, gdzie Bartek Kluth zdobywając 40 pkt. ustanowił nowy rekord ligi. I to było w czterech setach! Każdy mówi o tych 40 pkt., a nie mówi o tym, że on potrzebował na to tylko czterech partii, a nie pięciosetowego boju. Bartek zagrał wtedy mecz życia. Była to nasza wspólna przygoda, ale też lekcja, bo uczyliśmy się siebie nawzajem.

I potem po wyrzuceniu Ferdinando De Giorgiego ze stanowiska trenera reprezentacji padło hasło „Polak na trenera kadry”. Pan, mimo bardzo krótkiego stażu pracy, znalazł się w szerokim gronie kandydatów.

Hasło „Polak na trenera” bardziej wykreowały media. To było po pierwszej rundzie następnego sezonu, gdzie też trzymaliśmy poziom w Szczecinie. Ale ja do tamtego konkursu miałem i wciąż mam totalny dystans.

Że to jeszcze za wysokie progi?

Wiedziałem, że to jeszcze nie miejsce dla mnie. Jak w ogóle mogłem myśleć o prowadzeniu kadry, kiedy pracowałem tak krótko jako trener?

Ktoś w Polskim Związku Piłki Siatkowej jednak dostrzegł w panu potencjał.

Zadzwoniono do mnie i poproszono, czy mógłbym wystartować. W pierwszej chwili powiedziałem, że nie chcę, ale po kolejnych namowach padła prośba, żeby tylko przedstawić pomysł. Związek chciał wiedzieć, jak poukładałbym drużynę, jaka byłaby moja wizja.

Miałem na to tydzień. Przesiedziałem kilka nocy, zrobiłem prezentację, przedstawiłem nawet koncepcje personalne, konkretny skład na Ligę Światową. Pojechałem do Warszawy, odbyłem rozmowę przed komisją i tyle. Nie miałem po wszystkim poczucia, że było dobrze lub źle. Byłem szczery i przyznałem, że brakuje mi doświadczenia, dlatego nie spieszyłem się w takie miejsce.

I później zadzwonił telefon.

Usłyszałem, że mogę być w kolejnym etapie, ale z drugiej strony cała trójka kandydatów – Vital Heynen, Piotr Gruszka i Andrzej Kowal – wymienia mnie też jako człowieka, z którym chcieliby pracować. Od razu powiedziałem „OK., dziękuję, super”. Już czułem się wygrany. Wiedziałem, że to będzie dla mnie dużo lepsze miejsce na tym etapie.

Najpierw łączył pan pracę w kadrze z prowadzeniem Stoczni, teraz będzie kursował do Olsztyna. To chyba dobre miejsce na wygrzebanie się z mielizny. Solidny zespół, stabilny finansowo, ale też bez aż takiego ciśnienia na wynik, jakie miał pan w Stoczni.

Oczywiście nie planowałem przeprowadzki, tak naprawdę miało na to wpływ wiele rzeczy (Roberto Santilli otrzymał propozycję z Jastrzębskiego Węgla – red.), ale ja się z tego ogromnie cieszę. Tak jak pan mówi, to stabilny klub, który zawsze szuka swojej szansy. To trochę jak ze mną – też szukam szansy, jak rozwinąć się jako trener. Mam nadzieję, że wszyscy będziemy patrzeć w jedną stronę i walczyć.

Poza tym nie zapominajmy, że to klub z tradycjami. Bardzo to szanuję, bo moim pierwszym klubem w którym pracowałem, jeszcze jako asystent, był AZS Częstochowa. Legendarna hala Polonia… Pamiętam, jak pierwszy raz do niej wszedłem. Miałem wtedy 22 lata i to było dla mnie wielkie „wow!”, bo to ta słynna hala. Przeżycie, ponieważ stałem w miejscu, gdzie działa się historia polskiej siatkówki ligowej. Tak samo jest w Olsztynie, który jest przecież pięciokrotnym mistrzem Polski.

Tylko hala Polonia jest pewnie cieplejsza od wysłużonej olsztyńskiej Uranii, która słynie z bardzo niskich temperatur. Bywa, że zimą zawodnicy rozgrzewają się w rękawiczkach. Ktoś kiedyś nazwał ten obiekt „Igloo Areną”.

Oj, nie przesadzajmy. Pamiętam jeden mecz w Częstochowie, co ciekawe przeciwko Olsztynowi, kiedy trenerem był jeszcze Gheorghe Cretu. Nastała sroga zima i coś stało się z ogrzewaniem. Wewnątrz hali było zimno na poziomie 10 stopni, ale mecz się odbył. Akurat nagrywałem go i pamiętam, że na wideo była nawet widoczna taka drobna mgiełka, która unosiła się nad boiskiem. Mam gdzieś jeszcze to nagranie, musiałbym tylko wykopać je z archiwum. O hali Urania rzeczywiście krążą legendy, ale z drugiej strony ma ona też swoją duszę. Tak więc ja bym jeszcze jej tak nie skreślał.

W Olsztynie macie ciekawy układ. Pana nowy podopieczny Paweł Woicki w reprezentacji jest kolegą-asystentem.

To naturalne, że rozmawiam z Pawłem na różne tematy, gadaliśmy także jeszcze przed moim przyjazdem do Olsztyna. Jestem otwarty na wspólną burzę mózgów, natomiast ja też potrzebuję Pawła na boisku. Jasne, on może dużo wnieść do drużyny swoimi uwagami, ale najbardziej jest nam potrzebny jako rozgrywający.

Cały czas podkreślam też, że bardzo wierzę w cały sztab szkoleniowy AZS-u, bo to są ciekawi ludzie. I to są Polacy, a nie wszędzie w naszej lidze nas się docenia. Polacy jako trenerzy są dziś troszeczkę w odwrocie, dlatego cieszę się, że działacze z Olsztyna zaufali swojemu i to jeszcze tak młodemu.

Alojzy Świderek, były asystent Raula Lozano, mówił mi kiedyś tak odnośnie tego, dlaczego polscy trenerzy są w odwrocie: „Naszym głównym problemem jest moda na obcokrajowców, która nie mija. Oni na początku rzeczywiście wnosili nowe metody i jakość, ale w tej chwili nasi pracują w podobny sposób, a czasami może nawet i lepiej (…) Przez to nasi szkoleniowcy trochę zamykają się w sobie, nie wychylają się na pierwszy plan, nie mówią głośno o swoich aspiracjach. Bo oni wiedzą, że obcokrajowiec przyjmowany jest z otwartymi rękami, a kiedy w grę wchodzi Polak, to zaraz wokół zaczyna się narzekanie”. Zgadza się pan z tym?

Ja nie mam żadnego kompleksu, chociaż zgadzam się, wśród większej części polskich działaczy obcokrajowcy są popularniejsi. W ogóle uważam też, że polskiego trenera pracującego w Polsce bardzo łatwo zaszufladkować. Bo zdarzyła mu się słabsza runda, bo źle wszedł w sezon i potem już nikt tak naprawdę nie pamięta o wcześniejszych okolicznościach, kiedy obejmował drużynę.

Na obcokrajowca patrzy się inaczej. Ja nie wiem, czy ktoś studiuje bardzo dokładnie historię jego pracy w poprzednich zagranicznych klubach. A przecież też mogła być sytuacja, że był w klubie we Włoszech czy inny kraju i coś mu nie poszło, zawalił. Poza tym faktycznie jest też jakaś magia tego obcego języka.

To znaczy?

Widzę to na swoim przykładzie, bo ostatnio spotkałem się z tym pracując w Stoczni. Zawodnicy lepiej przyswajają pewne kwestie, kiedy komunikat jest w innym języku. Od pewnego czasu zastanawiam się, dlaczego tak jest. Być może jeżeli porozumiewamy się w jednym języku – mając na przykład polskiego trenera i polskich zawodników – to wdajemy się za bardzo w pewne szczegóły? Być może chcemy za dużo rzeczy zrobić na raz? A kiedy przychodzi obcokrajowiec, używa prostych słów, bo być może zna angielski, ale nie na zaawansowanym poziomie, tylko na „siatkarskim”. Większość zawodników też może nie znać bardzo dobrze angielskiego, dlatego chłoną te proste komunikaty i nagle siatkówka staje się dla nich bardzo prosta?

Wielu ludzi pytało mnie, dlaczego na czasach w Stoczni mówiłem do zawodników po angielsku. Widziałem jakie było poruszenie, zdziwienie, dlaczego tak robiłem, skoro jestem Polakiem i pracuję w polskiej lidze. Dlaczego to zawodnicy nie mogą się przystosować. Ja jak najbardziej chciałbym komunikować się po polsku, ale w składzie był przecież Matej Kazijski, Nick Hoag, Nicolas Rossard i inni. Zdecydowałem się na taki język, bo chciałem od razu dobrze do nich dotrzeć. Poza tym na czasie mam 30 sekund, dlatego ten komunikat musi być szybki, klarowny, trafny.

To właśnie mówili nasi reprezentanci, kiedy w 2005 r. kadrę obejmował Raul Lozano: proste wskazówki, proste komunikaty, momentami było to niemalże siatkarskie abecadło. Ale to otworzyło im oczy.

Na pewno tak jest, bo to wszystko sprowadza się do bardzo prostych mechanizmów. Ale proste, to wcale nie jest łatwe. To rzecz, którą często powtarza mi Vital Heynen: proste, to nie znaczy łatwe. I to tak działa.

26.05.2018 KRAKOW SIATKOWKA MEZCZYZN SIATKARSKA LIGA NARODOW MEZCZYZN 2018 FIVB VOLLEYBALL NATIONS LEAGUE 2018 MECZ POLSKA - ROSJA ( Poland - Russia ) N/Z VITAL HEYNEN - I TRENER ( HEAD COACH ) MICHAL MIESZKO GOGOL SYLWETKA FOT MACIEJ GOCLON / FOTONEWS / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Mamy koniec roku. Gdyby miał pan jednym słowem opisać 2018 r., to jaki on był?

Rollercoaster. Gdybym mógł użyć dwóch słów, powiedziałbym „kolejka górska”, ale to właśnie najlepszy przykład – rollercoaster ma dużo większą moc niż gdybym powiedział to po polsku.

A wracając do pytania, uważam, że mimo wszystko ten rok kończy się dla mnie szczęśliwie. Chociaż sytuacja na pewno nie jest łatwa, bo musimy przenieść się ze Szczecina i jest to stres dla całej naszej rodziny (rozmawialiśmy przed świętami – red.). Największym pozytywem – spoglądając na wynik – jest oczywiście mistrzostwo świata, ale ja patrzę na to szerzej. Dla mnie bardzo dużym pozytywem było też poznanie Vitala Heynena.

Asystenci też dostali medal za mistrzostwo?

Tak, chociaż w tej chwili nie wiem gdzie jest mój krążek, bo żona pakuje wszystkie rzeczy. Mam nadzieję, że go zabezpieczyła. Co ciekawe, przez pierwszy tydzień nie rozstawałem się z medalem. Może nie nosiłem go na szyi, ale miałem go zawsze przy sobie, to była moja gwarancja, dowód, że to się faktycznie wydarzyło. Zachowywałem się trochę jak takie niedowierzające dziecko, dlatego czasami sięgałem do kieszeni, brałem medal do ręki myśląc sobie „uff, jest…”. Bezcenna pamiątka, będzie co pokazać kiedyś dzieciom.

Jak pracuje się z tak zakręconym trenerem, jak Vital Heynen?

Jest to na pewno szczególna praca. Trzeba być bardzo elastycznym, aktywnym i gotowym na zmiany. Cały czas otwarta głowa.

A co pan myślałem o Heynenie, kiedy jeszcze się nie znaliście? Ale szczerze.

Szczerze? Myślałem, że jest dziwakiem. Ciągle kłócił się z sędziami podczas meczów, krzyczał, machał rękami. Pamiętam naszą pierwszą rozmowę zanim jeszcze się poznaliśmy. Podszedł do mnie przed jednym z meczów ligowych i powiedział:

O! Skądś cię znam. Nie wiem kim jesteś, nie wiem jak się nazywasz, ale znam twoją twarz.

No fajnie. Ja nie wiem, czy podszedłbym do kogoś i powiedział „ej, stary, znam twoją twarz, ale nie wiem kim jesteś” (śmiech). Dlatego uważałem go za lekkiego dziwaka, ale bardzo odważnego dziwaka. Później, kiedy rozmawialiśmy już o naszej współpracy w reprezentacji, powiedział:

– Chyba z tobą kiedyś rozmawiałem w Szczecinie?

Heynen słynie z nieszablonowego podejścia do treningów. Zawsze zastanawiałem się, czy na pewno jego sztuczki pasują każdemu zawodnikowi. Nie oszukujmy się, niektórzy topowi siatkarze mają rozbuchane ego i może im nie podobać się, że trener każe im grać na treningu o cukierka. Jak to wyglądało w kadrze?

To właśnie jedna z metod Vitala. On rozbraja zawodników swoją szczerością. Podam przykład: Michał Kubiak i Fabian Drzyzga to pierwsi fighterzy tej reprezentacji. Ta dwójka na meczach jest zawsze charyzmatyczna, agresywna, ich miny zawsze zdradzają, że oni przyszli walczyć na śmierć i życie, że nie będzie tutaj żartów i uśmieszków. A podczas treningów bawili się, czasami śmiali się aż do łez. I czekali na następny dzień, kolejną grę treningową.

Heynen doprowadził do sytuacji, że każdy chciał na ten trening przyjść, każdy chciał się nim cieszyć. A zaczynało się od najmniejszych form, żeby na przykład odbić piłkę butelką, rollerem czy głową.

Skoro Heynen rozdawał zawodnikom w kadrze belgijskie czekoladki, to pan będzie rozdawał w Olsztynie paprykarz szczeciński?

Myślę, że nie (śmiech). Ludzie często pytają, czy dużo się od niego nauczyłem. Wyniosłem od niego bardzo dużo, ale jest to bardziej system myślenia, bo konkrety, to już są narzędzia. Te czekoladki czy śmieszna gra, były narzędziami. Można oczywiście zastosować te same narzędzia, ale bardziej chodzi o ideę, filozofię. Czekoladki miały pomóc wejść w trening, bo później nie było już za dużo uśmiechów tylko normalna rywalizacja, presja.

Wszyscy chwalą was dziś za odbudowanie Bartosza Kurka, ale podejrzewam, że droga do tego nie zawsze miała formę miłych słów. Vital Heynen mocno dociskał go podczas treningów?

Były momenty, że przywoływał go do pionu. Stosował różne chwyty, raz mówił na zasadzie „czemu tak zagrałeś, to zagranie jest głupie”, innym razem rzucał coś w stylu „ej, Matthew Anderson tak nie robi”.

Wjeżdżał mu tak na ambicję?

Każdemu zawodnikowi można jakoś wjechać na ambicję. Czasem przez porównanie go do innego gracza, a czasem przez inne sytuacje. Vital cały czas wskazywał Bartkowi drogę. Mówił mu, które zagrania będą najbardziej efektywne, zarówno w ataku, zagrywce czy bloku. I z tej współpracy – czasem mniej lub bardziej burzliwej – wyłonił się MVP mistrzostw świata.

Były mecze, kiedy Vital wywierał bardzo dużą presję nie tylko na Bartku, ale na całej drużynie. Wszyscy mówią o dziwacznym meczu z Argentyną, ale mi najbardziej zapadł w pamięć mecz z Finlandią w Warnie. Uważam, że ten mecz dużo zmienił w tej reprezentacji, a nikt o nim nie mówi.

To pomówmy o nim.

To był mecz, na który Finowie wyszli niemalże drugą szóstką. Oszczędzali siły, bo kolejnego dnia mieli kluczowe dla siebie spotkanie z Portoryko. My chcieliśmy to wygrać, ale kompletnie nic nam nie szło. Wygraliśmy pierwszego seta, a potem zaczęły się męczarnie, w efekcie czego przegraliśmy drugą partię.

Vital cały czas starał się nakręcać drużynę, krzyczał, gestykulował. Widać było, że to taki mecz, gdzie trzeba tak naprawdę walczyć z samym sobą. A po drugiej stronie grała bardzo ambitna Finlandia, która się postawiła. Na trybuny przyszło jeszcze trochę Finów, pokrzyczeli i zrobił się mecz na emocjach. A w takich spotkaniach, gdzie jest się faworytem, proszę mi wierzyć, ostatnie czego się chce, to gry na emocjach. Bo w takich okolicznościach może zyskać ten teoretycznie słabszy.

Wygraliśmy to, ale po meczu była burza. Vital powiedział w szatni, że tak nie może być. Że nie można w ten sposób podchodzić do takich meczów. Chociaż kibice przytaczają inne trudne spotkania, to dla mnie z perspektywy budowania tej drużyny, właśnie ten niepozorny mecz z Finlandią być może był kluczowy.

W drugiej rundzie po porażkach z Argentyną i Francją pokonaliście 3:0 Serbię. Wkurzały was opinie, że Serbowie, którzy mieli już pewny awans, podłożyli się?

To bolało najbardziej zawodników, bo oni naprawdę wyszli na ten mecz naładowani, zagrali świetnie i zostawili serce na boisku. Serbowie nie musieli wygrać, ale chcieli. Pamiętam jak krzyczeli przed wyjściem na parkiet. Szatnia serbska naprawdę eksplodowała przed meczem. My akurat staliśmy na korytarzu, więc to wszystko słyszeliśmy. Dla nas był to jednoznaczny sygnał, że OK., gramy na maksa.

Pamiętajmy, że byliśmy pod ścianą. Nasze walizki były już spakowane, nie wiedzieliśmy tylko, czy lecimy do Warszawy, czy do Turynu. I zachowaliśmy się tak jak często ma nasz naród – jak jesteśmy pod ścianą, to idziemy va banque. I to był taki mecz.

To właśnie wtedy stworzono w Polsce powiedzenie „chytry plan Vitala”, ludzie podłapali ten słynny hasztag. Przyznam szczerze, siedzieliśmy w Warnie przy kawie z Sebastianem Pawlikiem oraz Robertem Kaźmierczakiem i trochę się z tego pośmialiśmy. Jaki „chytry plan Vitala”?

Mistrzostwa świata to był maraton, mecz za meczem, czasami bez dnia odpoczynku. Dużo opił się pan kawy?

Dużo, szczególnie czarnej, bo taką lubię. Przed półfinałem wypiłem chyba z pięć, bo organizm w pewnym momencie już tak uodpornił się na kofeinę, że nie robiła ona na nim zupełnie wrażenia. Po powrocie dochodziłem do siebie przez dwa tygodnie. Nie mogłem spać, budziłem się w nocy, za dnia ciągle byłem senny. Ale wiadomo, że kiedy byliśmy już w tej ostatniej fazie, to sen nie był w ogóle ważny. To był jakiś szczegół, detal. Spaliśmy po trzy-cztery godziny, ale nikt nie czuł zmęczenia. Tak naprawdę to emocje cały czas podtrzymywały nas na takim poziomie pobudzenia.

Mieliśmy taki rytuał, że Vital zazwyczaj szedł szybko spać, ale wstawał bardzo wcześnie i zbierał te informacje, które my wypracowaliśmy przez całą noc. On analizował je, filtrował, ubierał w całość. Decydował o czym mówimy chłopakom, o czym nie mówimy, co musimy kontrolować podczas meczu. Pamiętajmy, że tych informacji jest czasami cała masa, dla przykładu faktów o rozgrywającym może być dwadzieścia, ale trzeba wybrać cztery-pięć najważniejszych i przekazać je drużynie. Są fakty o których nie mówimy, bo uważamy je za mniej ważne, ale musimy o nich pamiętać, bo podczas meczu może wydarzyć się wszystko.

28.09.2018 TURYN PALA ALPITOUR ( TORINO ITALY ) SIATKOWKA MEZCZYZN ( MEN'S VOLLEYBALL ) FIVB MISTRZOSTWA SWIATA W PILCE SIATKOWEJ MEZCZYZN WLOCHY - BULGARIA 2018 ( FIVB MEN'S WORLD CHAMPIONSHIP ITALY - BULGARIA 2018 ) MECZ WLOCHY - POLSKA ( GAME ITALY - POLAND ) NZ MICHAL MIESZKO GOGOL ASYSTENT TRENRA ARTUR SZALPUK RADOSC PUNKT EMOCJE FOTO MICHAL STANCZYK / CYFRASPORT / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Co od początku miało być kluczem do wygrania finału z Brazylią?

Pod koniec mistrzostw byliśmy już tak zbudowaną drużyną, że bardzo mocno wierzyliśmy przede wszystkim w naszą grę. Wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie grać dobrą siatkówkę i mieć jakość w każdym elemencie. Jeśli chodzi natomiast o rywala, obawialiśmy się przede wszystkim zagrywki, bo było tam kilku zawodników potrafiących regularnie trafiać. Ale poradziliśmy sobie, tak jak potrafiliśmy też zniwelować grę Brazylii na siatce.

Pamiętam, że cały czas mieliśmy też z tyłu głowy sytuację z podwójną zmianą u Brazylijczyków, bo w wielu meczach wchodził rozgrywający William i grał bardzo dobrze. Brazylia potrafiła wygrywać mecze tą zmianą, tak było chociażby w spotkaniu z Rosją, która prowadziła z Canarinhos już 2:0. Dlatego też zaczęliśmy bardzo mocno analizować, co będzie, jak wejdzie William, bo gdyby mecz układał się dobrze dla nas, on na pewno pojawiłby się na parkiecie. Zaczęliśmy studiować dosłownie każde pojedyncze zagrania tego zawodnika w momencie, kiedy wchodzi na boisko. I mogę teraz powiedzieć z czystym sumieniem, że jak gość pojawił się na boisku w finale, to dokładnie wiedzieliśmy co mamy robić. Nie daliśmy się zaskoczyć.

Kiedy było 2:0 w setach i w trzeciej partii byliśmy o punkt od wygranej, Brazylijczycy doszli nas ze stanu 24:21 na 24:23, m.in. po bolesnym bloku na Szalpuku. A chwilę później na parkiecie leżał Kubiak z podejrzeniem urazu. Muszę przyznać, że miałem wtedy obawy, czy ten splot zdarzeń nie odwróci meczu, bo Brazylijczycy coraz bardziej się nakręcali.

Dla mnie sytuacja była klarowna – wiedziałem, że to jest kupowanie czasu, żeby się skoncentrować na decydującej akcji. Oczywiście nigdy nie wiadomo, być może Michała coś zabolało, ale znam go parę lat i podejrzewam, że chodziło tylko i wyłącznie o to, żeby kupić trochę czasu. I w następnej akcji Bartek Kurek skończył mecz.

Jako asystent selekcjonera ma pan złoty medal mistrzostw świata, a jakie było pana największe marzenie w dzieciństwie?

Kiedy tata zabierał mnie na mecze Morza Szczecin, zawsze chciałem grać dla tego klubu i w tej hali. To była taka magia dzieciństwa. Później, kiedy wyjechałem do Częstochowy, ktoś przypomniał mi też przy okazji jednego z wywiadów, że kiedyś powiedziałem, jak bardzo chciałbym poprowadzić drużynę ze Szczecina. I proszę, spełniłem swoje marzenie. Jakoś tak mam, że większość celów, które sobie obieram, potrafiłem później wdrożyć w życie.

Profesjonalnym siatkarzem jednak pan nie został przez paskudny upadek na rowerze.

Do dziś nie mogę do końca wyprostować prawej ręki. Ale myślę, że i tak nie miałem dużej szansy, żeby zostać ligowcem. Sądzę, że moim maksymalnym pułapem byłaby Seria B, czyli dzisiejsza pierwsza liga.

Po tamtym urazie miałem rok przerwy, ale później przez cztery lata kontynuowałem jeszcze przygodę z graniem w Morzu Szczecin. Koledzy śmiali się ze mnie, że jak skakałem do bloku, to nie byłem w stanie „dołożyć” do końca kontuzjowanej ręki i zawsze miałem dziurę. A to była idealna przestrzeń, przez którą przechodziła piłka. Pamiętam sytuację, kiedy kolega stał akurat w obronie:

OK., ja zamykam prostą, ty tylko asekuruj, spokojnie.

Jasne!

Skończyło się takim… strzałem w twarz, że kolega miał przeze mnie rozkwaszony nos:

Jak ty skoczyłeś do bloku?!

No co, zamknąłem prostą, tylko nie mogłem dołożyć ręki.

A kto był pana idolem?

Grałem na rozegraniu, dlatego przede wszystkim Paweł Zagumny. Podziwiałem jego grę, starałem się naśladować niektóre zagrania, ruchy. A później nadszedł 2012 r., byliśmy na finałach Ligi Światowej w Sofii, bo byłem już wtedy statystykiem u trenera Anastasiego i nagle… rozmawiam z Pawłem Zagumnym na temat nadchodzącego finału z USA. Życie.

A piłka nożna? Mieszkając w Szczecinie chodził pan na mecze Pogoni?

Kiedy byłem jeszcze studentem, chodziłem często. Później, kiedy wyjechałem, przestałem, ale cały czas śledzę wyniki i informacje płynące z klubu. Ale nie będę też udawał, że jestem jakimś wielkim fanem Pogoni, po prostu zawsze po cichu trzymam kciuki za miejscową drużynę. Trener Kosta Runjaić robi jednak dobrą robotę, naprawdę odmienił tę drużynę.

Nie chciał pan być piłkarzem?

Każdy chciał być, ale ja w piłkę grałem tylko na poziomie trzepaka. Nigdy nie byłem w jakieś zorganizowanej grupie, drużynie. Za moich czasów nie było jednak tylu boisk, Orlików.

Ale oczywiście kibicowałem. Każdy facet ma w swoim życiu – jako dziecko lub nastolatek – taki pierwszy mundial, na którym wszystko było magiczne. Taki, z którego najlepszych piłkarzy pamięta się jako herosów, a wyniki zapisywało się w tabelkach w zeszycie. Każdy mi to potwierdza. Jeden pamięta Włochy 1990, drugi Francję 1998, a dla mnie takim przeżyciem był mundial w Stanach Zjednoczonych w 1994 r., gdzie bohaterami byli Bułgarzy. Podczas pracy w Stoczni rozmawiałem nawet o tym z Bułgarem Matejem Kazijskim. Mówiłem mu, że dla mnie Christo Stoiczkow był bohaterem z dzieciństwa. Że potrafiłem wymienić najważniejszych zawodników tamtej reprezentacji Bułgarii i innych drużyn. Kiedy wychodziło się na podwórko na trzepak z kolegami, to jeden był Stoiczkowem, drugi Baggio, trzeci Hagim, a jeszcze inni Romario lub Bebeto. Szkoda tylko, że wtedy jeszcze nie było można tak łatwo kupić koszulek takich graczy.

Ja pamiętam swoją pierwszą taką koszulkę. To był Nuno Gomes z Euro 2000.

Moja pierwsza pochodziła z Euro 96 i to był Alan Shearer. Świetny turniej, football’s coming home, Anglicy po niestrzelonym karnym przez Garetha Southgate’a odpadają w półfinale z Niemcami. Widzi pan, nie wiem, czy potrafiłbym przytoczyć wyniki z mundialu w RPA, ale tamte lata pamiętam doskonale, przeżywałem to.

Ligę angielską śledzę zresztą mocno od wielu lat. Jeśli oglądam piłkę, z reguły jest to właśnie angielska, chociaż długo raczej nikomu nie kibicowałem. Imponował mi po prostu styl gry, ta nieustępliwość, bieganie od bramki do bramki. Podobało mi się to, że to była taka prawdziwa liga, że na boisko wychodzą faceci, wypluwają z siebie płuca i zasuwają 90 minut, a jeśli trzeba, to i 95. Strasznie lubiłem to oglądać, bo ci faceci po pierwsze nie udawali, po drugie nie odstawiali nogi, a po trzecie ci, którzy robili diving w polu karnym, zawsze byli później sponiewierani w mediach.

Wiem, że jest pan kibicem West Ham United. Dlaczego akurat „Młoty”?

Podczas igrzysk w Londynie w 2012 r. mieszkaliśmy w wiosce olimpijskiej, która mieściła się w Stratford we wschodnim Londynie. Jeszcze przed rozpoczęciem turnieju mieliśmy trochę wolnego czasu, dlatego zacząłem studiować mapę Londynu i zauważyłem, że dwa przystanki dalej jest stacja metra „Upton Park”, a więc blisko jest ten słynny Boleyn Ground. Pomyślałem, że się wybiorę. Udało mi się też namówić na wypad Andrzeja Wronę, który nie był wprawdzie w reprezentacji, ale przebywał w Londynie.

Wykupiliśmy wycieczkę po stadionie. Oprowadzał nas steward z pięknym, wschodniolondyńskim akcentem, przez co czasem trudno było go zrozumieć, ale i tak poznaliśmy piękną historię. Losy Bobby’ego Moore’a, dowiedzieliśmy się dlaczego w herbie klubu był zamek, dlaczego akurat takie barwy nosi West Ham. Zdałem sobie sprawę, że to klub z niesamowitą, burzliwą historią, klub, którym żyje wschodni Londyn. Urzekła mnie ta historia, abstrahując już nawet od takich filmów jak „Hooligans”, które ukazywały się na początku lat dwutysięcznych. Fanem West Hamu stałem się po części też za sprawą żony, która kiedyś zrobiła mi niespodziankę zabierając na mecz Premier League.

Jak tylko nadarza się okazja, to latamy, chociaż nie zawsze na mecze „Młotów”. Byliśmy m.in. na Crystal Palace-Manchester United na Selhurst Park. To wtedy miałem też okazję widzieć na żywo Wayne’a Ronney’a. Patrzę, wybiega taki ulany facet, trochę misiek, ale zasuwał jak dzik. W pamięć zapadł mi też skrzydłowy Jason Puncheon z Crystal Palace. Siedziałem akurat przy długiej linii i facet dosłownie biegał jak sprinter. Później oglądałem na BBC „Match of the Day”. Gary Lineker przytoczył piątkę najszybszych piłkarzy w lidze i Panchon był na pierwszym miejscu. Czyli faktycznie coś w tym było, miałem oko!

Pan w ogóle jest anglofilem?

Coś w tym jest. Nawet żona wyłapuje, że kiedy mówię po angielsku, to z brytyjskim, silnym akcentem. To chyba naleciałość z tego, że oglądam mecze Premier League, ale też słucham bardzo dużo brytyjskiej muzyki. George Michael, David Bowie, Freddy Mercury – bardzo ich lubię.

Podoba mi się kultura tego kraju, chociaż trochę przeraża mnie fala imigracji. Kiedy byłem drugi raz na Upton Park kilka lat po igrzyskach olimpijskich i wysiadłem tam na stacji, to na pobliskim bazarze było mnóstwo ludzi w chustach, taki mały Marrakesz. To zmiana, którą naturalnie można było dostrzec po tych kilku latach.

Zaczęliśmy od filmu katastroficznego, ale tak słucham i pana życie bardziej przypomina film przygodowy.

W pierwszej chwili przychodzi mi na myśl „Indiana Jones”. Cóż, czasem tak jak on trzeba w życiu uciekać przed spadającą skałą.

ROZMAWIAŁ RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (1)