Wszystkie odloty Mayweathera. Dlaczego wciąż wraca?
Inne sporty

Wszystkie odloty Mayweathera. Dlaczego wciąż wraca?

Floyd Mayweather (50-0, 27 KO) ciągle nie powiedział ostatniego słowa. W 2017 roku zaprosił do spektakularnego skoku na kasę Conora McGregora, z kolei 2018 rok zakończy… sylwestrową walką z gwiazdą japońskiego kick-boxingu. To raczej nie incydent, bo w ostatnich tygodniach wyjątkowo realną perspektywą stał się kolejny poważny bokserski pojedynek z udziałem Amerykanina, który sportową emeryturę przerywał już kilka razy.

Mało kto pewnie pamięta, ale Floyd pierwszy raz zakończył karierę w 2007 roku. Po zdominowaniu niepokonanego Ricky’ego Hattona (43-0) uznał, że na horyzoncie nie ma już wystarczająco dużych wyzwań i zniknął. W postanowieniu nie wytrwał jednak nawet dwóch lat. Od 2009 do 2015 roku stoczył jeszcze dziesięć walk, które pozwoliły mu zarobić setki milionów dolarów. Wszystkie wygrał, wyrównując przy okazji rekord legendarnego Rocky’ego Marciano (49-0).

Gdy tego dokonał, zniknął po raz kolejny, ale pokusa zapisania się w historii i zarobienia kolejnych setek milionów była zbyt duża. Floyd długo kręcił i zwodził aż wreszcie dogadał się z największą gwiazdą UFC. Conor McGregor musiał jednak wejść do ringu, gdzie mimo solidnych pięściarskich podstaw po prostu nie mógł wygrać zakontraktowanego na dwanaście rund pojedynku z największą gwiazdą zawodowego boksu ostatnich lat. Tylko w USA pakiety Pay-Per-View wykupiło ponad 4 miliony widzów, co przełożyło się na drugi najlepszy wynik w historii.

Nie trzeba dodawać, że najlepiej wyszli na tym sami zainteresowani. McGregor miał zarobić sumę zbliżoną do 100 milionów dolarów, Mayweather nawet trzy razy tyle. To chyba najlepsza odpowiedź na pytanie, dlaczego Amerykanina wciąż ciągnie do walki. „Forbes” w ostatnim notowaniu swojego corocznego rankingu uznał, że to właśnie on zarobił najwięcej wśród wszystkich celebrytów, wyprzedzając nawet George’a Clooneya i Kylie Jenner.

Pięściarz regularnie wygrywa podobne rankingi wśród sportowców, ale w kategorii „open” przytrafiło mu się to dopiero drugi raz. Poprzednio taka sytuacja miała miejsce w 2015 roku, kiedy to wreszcie doszło do długo odwlekanego spotkania z Mannym Pacquiao (60-7-2, 39 KO). Obaj przez wiele lat byli na kursie kolizyjnym, ale nie potrafili się dogadać. Kwestią nie do przeskoczenia był nie tylko podział finansowej puli, ale także testy dopingowe. Żaden z pięściarzy nie chciał pójść na ustępstwa.

W tej sytuacji dało jednak o sobie znać wyrachowanie Amerykanina, który po prostu przeczekał najlepszy okres rywala. Styl Filipińczyka opierał się na szalonym polocie w ofensywie, który umożliwiały mu głównie refleks i ruchliwość. Wszystkie te aspekty zaczęły u niego z wiekiem słabnąć. Floyd dla odmiany starzał się godniej, bo przez większość kariery był królem defensywy i raczej unikał ringowych wojen.

Choć do bezpośredniego starcia długo nie dochodziło, to obaj kontynuowali korespondencyjną rywalizację. Mayweather bez większych problemów odprawiał kolejnych rywali, czego nie można powiedzieć o Filipińczyku. Ciężki nokaut z rąk Juana Manuela Marqueza odebrał mu nie tylko wiele zdrowia, ale też pozbawił go dawnego blasku. Nie było wątpliwości – sytuacja negocjacyjna z pułapu w okolicach 50/50 zmieniła się w scenariusz niezwykle korzystny dla Amerykanina.

W centrum uwagi

Odwlekanie walki z Pacquiao po części pokazuje, na czym polega biznesowy kunszt pięściarza, który uczciwie zapracował na przydomek „Money”. Mayweather praktycznie nie podejmuje ryzyka – wszystko organizuje na swoich warunkach. Można się na te realia obrażać, ale Pacquiao i McGregor raczej nie żałują. W końcu za wyjście do ringu z Amerykaninem zarobili zdecydowanie najwięcej w swoich karierach.

Floyd kocha być w centrum uwagi. Gdy cały bokserski świat szykował się na rewanż Saula „Canelo” Alvareza z Giennadijem Gołowkinem, to on tego samego dnia rano ogłosił, że jeszcze w tym roku wróci na rewanż z Pacquiao. Niby miało do niego dojść w grudniu, ale oczywiście tylko na papierze. Chodziło tylko i wyłącznie o pokazanie miejsca w szeregu nowemu królowi Pay-Per-View z Meksyku, którego zresztą Mayweather jako jedyny zdołał pokonać. Zrobił to oczywiście na swoich warunkach. Naturalnie większy Alvarez musiał zbić sporo wagi, bo pojedynek odbył się w umownym limicie.

Gdy ten sam „Canelo” podpisał w ostatnich miesiącach rekordowy kontrakt z platformą streamingową DAZN, który gwarantuje mu zarobienie ponad 350 milionów dolarów za jedenaście występów, to Floyd jeszcze tego samego dnia przyznał, że te kwoty nie robią na nim wrażenia. „Mówią, że to największy kontrakt w historii boksu. Wiem, że moja umowa z telewizją Showtime zapewniła mi 750 milionów dolarów za trzy walki. Dla mnie to trochę większy kontrakt” – przekonywał w swoim stylu.

W kolejnych tygodniach okazało się, że z tym powrotem Mayweathera to jednak jest coś na rzeczy. Najpierw ogłoszono, że stoczy walkę z Tenshinem Nasukawą, ale nie podano żadnych szczegółów dotyczących formuły i okoliczności. Wiadomo, że 20-letni rywal nie stoczył żadnej zawodowej walki bokserskiej, ale jest jedną z większych gwiazd japońskiego kickboxingu, gdzie zebrał całkiem imponujący bilans 28-0, 21 KO.

Kilka dni po ogłoszeniu pojedynku Mayweather w kuriozalnych okolicznościach ze wszystkiego się wycofał. Wyglądało to na zwykły zabieg reklamowy. Obaj mieli się spotkać na imprezie organizowanej przez RIZIN Fighting Federation – rosnącą w siłę japońską organizację, której Nasukawa jest jedną z największych gwiazd. Za sprawą obecności Amerykanina akcje 20-latka z miejsca osiągnęły kosmiczny poziom. Zyskał globalną rozpoznawalność, a w mediach społecznościowych podszczypywał go nawet Conor McGregor.

Wszystko wyglądało na PR-owy majstersztyk, ale sprawa nieoczekiwanie doczekała się ciągu dalszego. Po kolejnym zwrocie akcji Mayweather ogłosił, że jednak spotka się z Nasukawą. Obaj zmierzą się 31 grudnia w pokazowym pojedynku bokserskim, który ma się odbyć na dystansie zaledwie trzech rund. Nikt nie wątpi w talent Japończyka do walki, ale ze swoimi warunkami (165 cm, 55 kg) raczej nie będzie wyglądał na realne zagrożenie dla niepokonanego bokserskiego mistrza (173 cm, 68 kg).

„Chcę skopać Floydowi dupsko. Zamierzam wykonywać nieoczekiwane ruchy i wykorzystać moje doświadczenie z kickboxingu. Jest najlepszy, więc nie mogę ani na chwilę stracić czujności. Jego ciosy na pewno są szybkie, ale jestem pewny, że z odpowiednim wyprzedzeniem będę widział każdy z nich” – przyznał Nasukawa.

Początek czegoś więcej?

Środowisko bokserskie oczywiście nie zostawiło na pomyśle Mayweathera suchej nitki. Według Amira Khana (33-4, 20 KO) – który zresztą sam długo prosił się o walkę z Amerykaninem – całe przedsięwzięcie to „żart, który zaszkodzi boksowi”. W tym wszystkim widać pewną prawidłowość – Floyd znów spróbuje czegoś nowego nie podejmując przy tym właściwie żadnego ryzyka. W końcu nawet jeśli faktycznie Nasukawa „skopie mu dupsko”, to pojedynek nie będzie oficjalnie wliczał się do jego bokserskiego rekordu. W USA nie pokaże go też żadna telewizja, a pieniądze do kieszeni i tak wpadną.

Ten biznesowy cynizm stał się w ostatnich latach znakiem rozpoznawczym Floyda. Po wygranej w ringu wiele razy mówił, że teraz dla równowagi da McGregorowi szansę w oktagonie. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że taka walka mogłaby się odbyć tylko na zasadach Amerykanina. Najlepiej w ogóle bez kopania i obalania – po prostu zwykły boks, ale w mniejszych rękawicach.

Może się jednak okazać, że w 2019 roku Mayweather nie będzie musiał wymyślać koła od nowa. Sytuacja na rynku telewizyjnym i promotorskim zmienia się dynamicznie, a ostatnie rozdanie przyniosło kolejną małą rewolucję. Po latach współpracę z Alem Haymonem – głównym doradcą Floyda w najlepszym okresie kariery – nawiązał Manny Pacquiao. Filipińczyk już 19 stycznia 2019 roku zmierzy się z Adrienem Bronerem (33-3-1, 24 KO) w obronie tytułu „regularnego” mistrza świata federacji WBA w kategorii półśredniej.

„Muszę wygrać ten pojedynek żeby dostać rewanż z Mayweatherem” – przyznał bez ogródek na konferencji prasowej „Pacman”. Po przegranej w 2015 roku zanotował dwa cenne zwycięstwa, by nieoczekiwanie w kontrowersyjnych okolicznościach przegrać 2 lata później z Jeffem Hornem. Wydawało się, że to jego koniec w poważnym boksie, ale w lipcu 2018 roku potrafił wygrać z solidnym Lucasem Martinem Matthysse (39-5, 36 KO).

Była to zresztą jego pierwsza wygrana przed czasem od… 2009 roku. Sam pas w teorii nie znaczy wiele, ale wystarczył do tego, by podgrzać atmosferę. Gdy Mayweather i Pacquiao spotkali się jesienią w Tokio, to od razu przeszli do konkretów. „Zabiorę ten pas i kolejną grubą wypłatę, ale nie chcę słyszeć żadnych wymówek o chorym barku” – komentował Amerykanin nawiązując do jednego z pamiętnych tłumaczeń pokonanego rywala.

Od tamtego spotkania minęło kilka miesięcy i coraz więcej czynników pozwala przypuszczać, że rewanż Mayweathera z Pacquiao stał się realny i logiczny jak nigdy wcześniej. Amerykanin musi tylko nie dać się ośmieszyć w pokazowym sparingu z kickbokserem, a jego potencjalny rywal musi pokonać mającego ogromne problemy ze sportowym trybem życia Bronera. Potem panowie będą mogli wykonać kolejny skok na kasę w realiach Pay-Per-View, choć według wielu ekspertów ten model w boksie się wyczerpuje. Dowodzi tego chociażby wycofanie się z branży po 40 latach telewizji HBO i pojawienie się nowych platform streamingowych. Sport – jak cała reszta – przenosi się do internetu na zupełnie nowych warunkach.

Dla Mayweathera realia nie mają jednak większego znaczenia – ludzie i tak będą chcieli obejrzeć jego kolejną walkę. Na boksie zarobił kosmiczne kwoty, ale choć miał sporo czasu, to nie potrafił stworzyć pomysłu na siebie po zakończeniu kariery. Kolejny już powrót wynika z tego, że Amerykanin wciąż żyje jak król, choć jego finansowe zasoby kurczą się w imponującym tempie. Mimo wszystko o jedno możemy być chyba spokojni – Mayweather nawet w tych najbardziej szalonych inicjatywach zrobi wszystko, by nie ucierpiała na tym jego reputacja. Dbanie o nią wychodzi mu od lat jeszcze lepiej niż unikanie mocnych ciosów rywali.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (1)