Z frekwencją na Lechu tak źle nie było od lat
Weszło

Z frekwencją na Lechu tak źle nie było od lat

Tak źle z frekwencją na stadionie Lecha jeszcze nie było. Od 2006 roku, czyli od wejścia do klubu holdingu Amica, Lech nie miał tak niskiej średniej frekwencji. Nawet gdy stadion miał pojemność 13,5 tysiąca, to i tak na trybunach gromadziło się więcej fanów niż podczas minionej rundy. Jakby tego było mało – w ostatnich dwunastu latach siedmiokrotnie na Bułgarską przychodziło mniej niż 10 tysięcy fanów, z czego aż pięć takich przypadków zanotowano w ciągu ostatniego roku.

20 maja tego roku był kwintesencją rozczarowania kibiców sposobem zarządzania Lechem i efektami, które to zarządzanie przyniosło. Wiele osób pojmowało tamto skandaliczne i naganne zachowanie kibiców Kolejorza jako akt protestu przeciwko świętowaniu mistrzostwa przez Legię na stadionie w Poznaniu. Natomiast szczerzej ujmując ten idiotyczny akt wandalizmu – był on pokazaniem środkowego palca władzom Lecha. W trakcie wylewania się patologii na boisko nie krzyczano nic pod adresem Legii. Krzyczano hasła nawołujące prezesów Lecha do dymisji.

Ale tamten „gest” był przelaniem czary goryczy. Jednostkowym wygłupem, który był szeroko omawiany na łamach prasy czy mediów społecznościowych. Problem tkwi jednak głębiej i widać go po liczbach. Chodzi o spadającą frekwencję. Lech przez lata był bowiem klubem, który mógł pochwalić się najlepszymi wynikami sprzedaży karnetów i biletów w ekstraklasie. To stadion Kolejorza odwiedzało najwięcej osób, to on wygrywał klasyfikację na rekordową liczbę widzów na jednym meczu (czasami zajmował kilka pierwszych miejsc), to on jako jedyny był w stanie zgromadzić na swoim obiekcie ponad 40 tysięcy osób.

Natomiast podczas rundy jesiennej na mecze Kolejorza średnio chodziło 11 523 fanów. I pomijamy tutaj dwa pierwsze spotkania sezonu, gdy stadion przy ulicy Bułgarskiej był zamknięty. Gdyby doliczyć te dwa starcia, wówczas średnia frekwencja spadłaby do niespełna dziewięciu tysięcy, co plasowałoby Lecha we frekwencyjnej tabeli ligi nawet za Śląskiem Wrocław. Ale i ta średnia 11,5 tysiąca widzów jest dopiero piątym wynikiem w ekstraklasie – za Legią (niespełna 16 tysięcy), Lechią (15 tysięcy), Wisłą Kraków (12,8 tysięcy) i Górnikiem (11,6 tysięcy).

Natomiast odnoszenie się do rywali w kontekście samej frekwencji Lecha byłoby mylące i mało wymowne. Porównajmy więc tę jesień w Poznaniu do poprzednich lat. Cofnęliśmy się do roku 2006, gdy władze w Kolejorzu przejął holding Amica.

Okazuje się, że za ery panowania Jacka Rutkowskiego Lech nigdy nie miał tak słabej jesieni. To znaczy miał – w 2009 roku, gdy przez remont stadionu przy Bułgarskiej lechici rozgrywali swoje mecze we Wronkach, gdzie wchodziło około cztery tysiące ludzi. Ale poza tym – nigdy w tej najnowszej historii Kolejorz nie przyciągał tak mało osób.  Nawet wtedy, gdy zwalniani byli trenerzy Skorża, Rumak czy Urban. Sprawdziliśmy – w okresie wiosennym też nigdy nie było tak źle, by na stadion przychodziło średnio około 11,5 tysiąca kibiców. Nawet w sezonie 09/10, gdy obiekt w Poznaniu przechodził modernizację i z użytku była wyłączona znaczna część krzesełek.

No to może zdarzały się chudsze całe lata niż ten rok 2018?

Zdarzyły się trzykrotnie. Ale dwa z tych chudszych lata były spowodowane remontami na stadionie miejskim – w 2009 roku Lech grał na emigracji we Wronkach przez pół roku i później, gdy miał do dyspozycji przez kilka miesięcy obiekt trzy razy mniejszy niż obecnie. Czyli gdybyśmy odsiali rundy czy lata ekstremalne, to nie znaleźlibyśmy okresu, w którym Lech przyciągałby na Bułgarską tak mało osób. A przecież mówimy o klubie, który w ostatnich latach nie miał problemu, by na kilka spotkań z rzędu przyciągać po 20 tysięcy i więcej ludzi na trybuny. Pamiętna akcja #CzteryDychyLecha w sezonie mistrzowskim 2014/15 miała rację bytu tylko w Poznaniu – żaden inny klub w Polsce nie ma stadionu i potencjału kibicowskiego, by walczyć o frekwencję na poziomie 30-40 tysięcy w czterech meczach z rzędu.

Teraz Kolejorza ratuje jedynie tej jesieni mecz z Miedzią Legnica, na którym była zorganizowana akcja „Kibicuj z Klasą”, w związku z którą na stadion za darmo wchodziły zorganizowany grupy młodzieży szkolnej. Lech podał, że w tamtej akcji wzięło udział 13 tysięcy osób, a frekwencja całkowita wyniosła blisko 21 tysięcy. Czyli bez akcji nie byłoby na trybunach nawet tej dyszki. A propos dyszki – tej jesieni czterokrotnie zdarzyło się, że na Bułgarską przychodziło mniej niż 10 tysięcy osób. Jeśli doliczymy do tego mecz z lutego ze Śląskiem Wrocław, na którym było ledwie 4 300 osób, to wychodzi na to, że w 2018 roku aż pięciokrotnie na mecz przyszła czterocyfrowa liczba widowni. W poprzednich jedenastu latach zdarzyło się to zaledwie dwukrotnie (nie liczymy meczów we Wronkach).

Lech próbował ratować sprawę fatalnej frekwencji w ostatnim półroczu i proponował rozmaite promocje czy bonusy dla karnetowiczów, ale jak widać – nie zadziałało. Nawet na „Kibicuj z Klasą” dotarło zdecydowanie mniej dzieciaków niż miało to miejsce zazwyczaj. Kolejorz stracił dość istotną część swojego twardego elektoratu, który przychodził na mecze bez zważania na to, czy było to starcie z Podbeskidziem, czy z Wisłą Kraków, czy w piątek o 18, czy w niedzielę o 15:30, czy mróz, czy ciepełko. Przyzwyczailiśmy się, że co by się nie działo, to przy Bułgarskiej jest te 13-14 tysięcy ludzi minimum. Dziś to „minimum” spadło do 8-9 tysięcy. Warto zaznaczyć, że Lech z dnia meczowego wychodzi na zero, jeśli na trybunach pojawia się 13-14 tysięcy ludzi. Łatwo wyliczyć, że jesienią niemal każde spotkanie rozgrywane u siebie oznaczało straty dla lechitów.

Owszem, pamiętamy, że na początku sezonu trwał bojkot, że Kocioł się nie zapełniał przez zamieszanie w grupach kibicowskich, że osoby zasiadające w Kotle podczas pamiętnego meczu z Legią miały dłuższe kary niż zamknięty był stadion.

Ale mimo wszystko ten spadek frekwencji jest bardzo widoczny. I wydaje się, że tu nie chodzi o chwilowy spadek formy, bo przecież Kolejorz miewał już sezony, że był w znacznie większym dołku niż teraz. I nigdy nie przychodziło go oglądać tak mało ludzi. Oczywiście „tak mało” jak na potencjał Lecha – klubu, który ma kibicowski monopol na futbol w Wielkopolsce i okolicach. Słaba sprzedaż karnetów, spadek frekwencji i słabnięcie dopingu – to powinien być czytelny sygnał dla władz klubu, że samo bycie w czołówce ekstraklasy fanom nie wystarcza, nie można stosować retoryki ciepłej wody w kranie, a margines błędów został już dawno wyczerpany.

DS

fot. FotoPyk