Kerber – niemiecka gwiazda z Puszczykowa
Inne sporty

Kerber – niemiecka gwiazda z Puszczykowa

Jest wiceliderką światowego rankingu, mistrzynią Australian Open, Wimbledonu i US Open oraz srebrną medalistką olimpijską. Wszystko to w barwach czarno-czerwono-złotych, choć bardzo mało brakowało, a reprezentowałaby Polskę. Za nią fantastyczny sezon, ukoronowany tytułem sportsmenki roku w Niemczech. Poznajcie Angelique Kerber, miłośniczkę szybkich samochodów, ostrej jazdy i drogich zegarków.

Angelique urodziła się w Niemczech, dokąd dosłownie chwilę wcześniej jej rodzice wyjechali za lepszym życiem. Sławek Kerber był bardzo dobrym tenisistą, w połowie lat osiemdziesiątych nawet mistrzem Polski juniorów. Szybko jednak doszedł do wniosku, że światowej kariery nie ma żadnych szans zrobić i postanowił zostać trenerem. W międzyczasie związał się z Beatą Rzeźnik, także tenisistką. Para zdecydowała się wyjechać do Niemiec, gdzie Sławek znalazł pracę trenera w klubie Tennisgesellschaft Duesternbrook w Kilonii. Przez pewien czas państwo Kerber z córką mieszkali w pokoiku nad restauracją klubu tenisowego.

Podobnie, jak w przypadku sióstr Radwańskich, ojciec-trener szybko stał się wzorem do naśladowania. Angelique w Kilonii, a Agnieszka i Urszula w Gronau, od małego spędzały czas na korcie. Radwańscy do ojczyzny wrócili dość szybko, Kerberowie zostali. Ania, jak mówią na nią bliscy, do Polski przyjeżdżała jednak regularnie. Choćby dlatego, że w Puszczykowie do dziś mieszkają dziadkowie. Ba, w oficjalnych papierach tenisowej gwiazdy w rubryce miejsce zamieszkania figuruje właśnie położone tuż pod Poznaniem miasteczko.

W rozmowie z magazynem „Elle” Angelique tak wspominała swoje dzieciństwo: – Moi rodzice grali w tenisa, więc ja dorastałam na korcie. Najpierw to była zabawa z innymi dzieciakami, po prostu cieszyłam się sportem. W końcu, zaczęłam grać bardziej intensywnie i mówić im: lubię sport i chcę się go lepiej nauczyć. Po raz pierwszy wygrałam z moją mamą, kiedy miałam 12 czy 13 lat.

Nie rokuje, za mało wytrzymała

Rok 2004. 16-letnia Angelique Kerber jest 436. miejscu w rankingu WTA. Przyjeżdża do Warszawy na niewielki halowy turniej, rozgrywany na kortach Mery. Impreza jest zorganizowana pod Martę Domachowską, wschodzącą gwiazdkę polskiego tenisa, notowaną dwa razy wyżej od reprezentantki Niemiec. Kerber musi się przebijać przez eliminacje, w drugim meczu jest o jedną piłkę od odpadnięcia. Ostatecznie awansuje do turnieju głównego, w ćwierćfinale eliminuje Joannę Sakowicz, w półfinale Anastazję Jakimową, a w finale mierzy się właśnie z Domachowską. Po zaciętym meczu, niespodziewanie dla kibiców, to Kerber okazała się lepsza. Za zwycięstwo odbiera pucharek oraz czek na 1,666 dolarów. Dziś brzmi to jak żart, bo tylko w 2018 roku wiceliderka rankingu zarobiła na kortach prawie 6 milionów dolarów, ale wtedy jest to największa wypłata w jej karierze.

Kto jednak pomyśli, że po wygranej na kortach Mery w Warszawie nastąpiła eksplozja talentu i szybki marsz na szczyt, bardzo się pomyli. Droga na szczyt, owszem, nastąpiła. Ale nie była ani szybka, ani łatwa, ani usłana różami. Ba, nawet wcześniej zdarzało się tak, że dalsza kariera stawała pod poważnym znakiem zapytania. Tak było choćby wtedy, gdy Niemiecki Związek Tenisowy zaprosił na specjalne seminarium najzdolniejsze juniorki w kraju. Dziewczynkom zaaplikowano serię skomplikowanych ćwiczeń, wszystkiemu przyglądały się mądre trenerskie głowy, które wyciągały wnioski i debatowały nad przyszłością poszczególnych zawodniczek. Jedno z ćwiczeń miało za zadanie określić wytrzymałość 14-latek. Na korcie ustawiono maszynę do wyrzucania piłek, zadaniem zawodniczek było bieganie w lewo i prawo oraz uderzanie na zmianę forhendem i bekhendem. Kiedy inne dziewczynki biegały do upadłego, Angie doszła do wniosku, że… to nie ma sensu. Odbijała więc piłkę od razu po koźle, oszczędzając siły. Gdy się nad tym zastanowić, był to pokaz kortowej inteligencji, tak potrzebnej w grze na najwyższym poziomie. Trenerzy uznali jednak, że Kerber nie ma siły i brakuje jej wytrzymałości, po czym wykreślili ją z programu dla najlepszych juniorek.

Negocjacje z Polskim Związkiem Tenisowym

Wkrótce potem Angelique postanowiła rozpocząć karierę zawodową i… podziękowała ojcu za współpracę. Już wtedy była współwłaścicielką centrum tenisowego w Puszczykowie. Zbudował je jej dziadek, Janusz Rzeźnik. W nowoczesnej hali zmieścił cztery korty, obok postawił niewielki hotel, restaurację, siłownię. W dokumentach spółki widnieje jako prezes, członkami zarządu są jego córka i wnuczka. Co ważne, Angelique Kerber w Puszczykowie jest nie tylko na papierze. To właśnie Centrum Tenisowe Angie jest jej główną bazą treningową. To tam wróciła prosto z Australii, gdzie blisko trzy lata temu sięgnęła po pierwsze zwycięstwo w Wielkim Szlemie.

Kiedy stoisz na korcie centralnym i słyszysz tych wszystkich ludzi, którzy ci biją brawo, to wynagradza całą ciężką pracę. Kiedy stoisz tam, trzymając puchar, wiesz, że wszystko, co zrobiłaś, mieszkając samotnie w hotelach, było drogą do celu. Ta chwila rekompensuje wszystko. To najlepsze uczucie na świecie – mówiła wtedy.

Jej związki z naszym krajem są zresztą wyjątkowo silne. Nie tylko na co dzień porozumiewa się po polsku i trenuje w Puszczykowie. W jednym z wywiadów przyznała wprost, że choć czuje się Niemką, bo tam się urodziła i wychowała, to jednak jej serce bije także dla Polski. Do kraju przodków ciągnęło ją zresztą zawsze. Robert Radwański wspomina, że od kiedy pamięta Kerber na turniejach lgnęła do polskiej ekipy, szybko zaczęła się przyjaźnić z siostrami Radwańskimi oraz resztą polskich zawodniczek.

Czy była szansa, żeby Kerber grała pod biało-czerwoną flagą? Jak najbardziej, i było do tego znacznie bliżej niż do występów Łukasza Podolskiego, czy Miroslava Klose w piłkarskiej reprezentacji. Ba, w 2011 roku doszło nawet do oficjalnego spotkania przedstawicieli Polskiego Związku Tenisowego z zawodniczką i jej rodziną. Oczywiście – w Puszczykowie. Z jednej strony stołu zasiedli ówczesny wiceprezes PZT Jacek Muzolf (później także prezes Związku), kapitan reprezentacji Polski w Pucharze Federacji Tomasz Wiktorowski (wieloletni trener Agnieszki Radwańskiej) oraz dyrektor sportowy PZT Wojciech Andrzejewski, z drugiej – Angelique Kerber, jej mama Beata (do dziś jest menedżerką córki) oraz dziadek Janusz Rzeźnik.

Były uśmiechy, pełna kultura, żadnych nacisków czy żądań, może tylko dziadek Janusz bardziej energicznie niż reszta domagał się współpracy. Odniosłem jednak wrażenie, że rodzina najpierw chce poznać możliwości finansowe związku, a nie od razu decydować o zmianie barw. Na dość konkretne pytanie, ile PZT jest w stanie wydać na zwrot kosztów szkolenia i przygotowań Andżeliki, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że mniej więcej tyle samo, ile dawaliśmy corocznie Agnieszce Radwańskiej, czyli od 200 do 400 tys. złotych. Dla skromnego budżetu PZT było to bardzo dużo, ale tyle jeszcze byliśmy w stanie wytrzymać. Był jednak jeszcze jeden punkt do negocjacji – opowiadał w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Andrzejewski.

Do finalizacji rozmów nie doszło, bo pojawił się jeszcze temat odstępnego, które Polski Związek Tenisowy miałby zapłacić Niemieckiemu jako zwrot kosztów szkolenia. Kerber obiecała, że sprawdzi, ile może zażądać DTB i się zastanowi. Do kolejnych spotkań już nie doszło, a kilka miesięcy później zadebiutowała w reprezentacji Niemiec w Pucharze Federacji.

Trudno się przyzwyczaić do jedynki

Wkrótce jej kariera nabrała rozpędu. Osiągnęła półfinał US Open, w kolejnym roku ćwierćfinał Roland Garros i półfinał Wimbledonu. Aż wreszcie przyszedł rok 2016, w którym była fantastyczna. Wygrała Australian Open, osiągnęła finał Wimbledonu i zwyciężyła w US Open, kończąc rok z niewiarygodnym bilansem w Wielkim Szlemie 20 zwycięstw i 2 porażki. Wtedy także po zameldowała się na pierwszym miejscu w światowym rankingu. – To zawsze był mój cel. Teraz, kiedy to się zdarzyło, nie jest łatwo się do tego przyzwyczaić. Wstaję rano i mówię sobie: okej, naprawdę zostałaś numerem jeden na świecie. To wymaga czasu, ale w sumie to są same pozytywne emocje. Jestem z siebie dumna – mówiła.

W 2017 roku było nieco gorzej, ale w bieżącym znów była wielka. Półfinał w Australii, ćwierćfinał w Paryżu i wymarzone zwycięstwo w Londynie ugruntowały jej pozycję, jako jednej z największych gwiazd światowego tenisa.

Gdyby nie słabszy 2017 rok, nie byłabym w stanie tutaj wygrać. Tamten rok bardzo wiele mnie nauczył, te wszystkie wygórowane oczekiwania, wszystkie problemy, z którymi musiałam sobie radzić. Nauczyłam się bardzo wiele o sobie i o radzeniu sobie z trudnościami. Poza tym, nie było łatwo znaleźć motywację po takim roku, jak 2016, który był niesamowity. Powtórzenie takiego sezonu jest niemożliwe. Teraz po prostu staram się poprawiać moją grę i nie myśleć zbyt wiele o wynikach, po prostu być coraz lepszą zawodniczką i lepszą osobą. Staram się znowu cieszyć tenisem – tłumaczyła.

Poniżej 200 na godzinę jest nudno

W 2016 i 2018 została sportsmenką roku w Niemczech oraz Zawodniczką Roku WTA. W międzyczasie stała się drugą (po Serenie Williams) najlepiej zarabiającą zawodniczką na świecie (we wszystkich dyscyplinach). To dość istotne, bo z prawie 30 milionów dolarów zarobionych na kortach, plus kolejnych milionów, płynących mocnym strumieniem od sponsorów (Porsche, Adidas, Rolex, Generali, Yonex), rozlicza się przecież w polskim urzędzie skarbowym.

Skoro mowa o sponsorach, to trzeba przyznać, że Kerber potrafi się dobrze zakręcić. Jasne, łatwiej podpisać korzystny kontrakt, kiedy jest się mistrzem Wielkiego Szlema i numerem jeden w światowym rankingu. Ale przyznacie, że sztuką jest dobierać takich sponsorów, o których się zawsze marzyło.

Na przykład Rolex – producent luksusowych zegarków. Jak już pisaliśmy, kariera Angelique nie była usłana różami, długo nie mogła się przebić do czołówki. Wreszcie, w sierpniu 2011 roku, jako 91. zawodniczka światowego rankingu sensacyjnie osiągnęła półfinał US Open (w drugiej rundzie eliminując Agnieszkę Radwańską. To dało jej skok w okolice 30. pozycji. Od tego momentu pięła się już tylko w górę. Nowojorski turniej w oczywisty sposób uznała za przełomowy moment kariery. W ramach prezentu, część z ponad 400 tysięcy wygranych tam dolarów, wydała na zegarek Roleksa, o którym od dawna marzyła. Dziś jest ambasadorką marki i w zasadzie dostaje od firmy, co tylko sobie zażyczy. Podobnie jest zresztą z jej umową z Porsche.

Wspierając Porsche Team Germany i Porsche Talent Team Germany, Porsche zaszczepiło nową dynamikę w niemieckim tenisie kobiet. Na korcie zrobię wszystko, żeby dopisać dodatkowe rozdziały do księgi sukcesów i być godną reprezentantką Porsche, jako ambasadorka marki – powiedziała na oficjalnej imprezie. To oczywiście PR-owa papka, przygotowana przez dział marketingu. Ale faktem jest, że panna Kerber dobrze reprezentuje luksusową markę samochodów. Kiedyś przyznała, że z pedałem gazu robi dokładnie to samo, co z rywalkami na korcie – dociska, ile wlezie. – Poniżej 200 kilometrów na godzinę jazda jest raczej nudna – stwierdziła. Cóż, brzmi nam to na jeden z powodów, dla których zdecydowała się zostać w Niemczech, gdzie na autostradach nie obowiązują ograniczenia prędkości.

Poza dużymi prędkościami lubi… piłkę nożną. Jest zapaloną fanką Bayernu Monachium i to od małego. – Nie pamiętam, skąd mi się to wzięło, ale kibicuję im od dziecka. I to mimo tego, że pochodzę z północnej części Niemiec. Wszyscy wokół dopingowali HSV i Werder, a tylko ja trzymałam kciuki za Bayern – wspomina.

Cóż, a my trzymamy kciuki za Angie. Już za trzy tygodnie rozpocznie się wielkoszlemowy Australian Open, którego będzie jedną z głównych faworytek. Skoro na starcie nie będzie Agnieszki Radwańskiej, Magda Linette nigdy nie przebrnęła w Szlemie 3. rundy, a dla Igi Świątek jest jeszcze trochę za wcześnie, to może niech się powiedzie Kerber?

JAN CIOSEK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (0)