Freestyle to kurewska sława, spanie na dworcach i praca za 7 złotych na godzinę
Męski świat

Freestyle to kurewska sława, spanie na dworcach i praca za 7 złotych na godzinę

Kto sprowadza freestyle do wyzywania się na scenie niewyżytych małolatów, wydaje bardzo krzywdzące osądy. Freestyle to sport dla intelektualnej wagi wyższej. Walka pokrótce wygląda to tak: dwóch zawodników staje na scenie, losuje tematy i ciśnie sobie nawzajem, dobierając jak najlepsze metafory, szukając jak najlepszych skojarzeń i bolesnych punktów, w które można trafić konkurenta. Efektem spektakularna walka na słowa, którą oceniają sędziowie i publika. Na najważniejszą walce roku od lat wyprzedaje się klub na 1400 miejsc. 

Jednym z najbardziej znanych freestyle’owców, już nieaktywnym, jest Filipek, który wygrał dziesiątki walk w swoim życiu, a dziś nagrywa rap jako zawodnik QueQuality, czyli wytwórni Quebonafide. Filip opowiedział nam o dyscyplinie, która daje zawodnikom ogromną sławę, za którą nie idzie praktycznie żadna gratyfikacja finansowa. – Śmieję się, że freestyle’owcy to robaki. Spaliśmy po dworcach w sześciu, czasem waląc wódę każdy do każdego przytulony, bo pociąg dopiero za cztery godziny, a przez drzwi wlatuje zimno. Ludzie mylili nas z żulami – opowiada. 

I dalej: – Przychodziłem do roboty, w której byłem nikim za 7 złotych netto na godzinę i robiłem zmiany po 24 godziny. Po wyjściu z pracy przemierzałem do domu siedem przystanków i na sześciu ktoś mnie rozpoznawał i życzył powodzenia na kolejnej bitwie. Miałem rozdwojenie jaźni. Wyniszczało mnie to psychicznie – mówi nam jeden z najbardziej znanych zawodników freestyle’owych o realiach tej dyscypliny. Dyscypliny tak pięknej, jak i frustrującej. 

Czy miał skrupuły przed słynną walką z Babką? Dlaczego sława staje się czasami nie do zniesienia? Jak wygląda trening freestyle’owca i dlaczego nie da się uciec od pisanych wersów? Ile można zarobić na walkach i dlaczego tak mało? O tym wszystkim Filipek. Zapraszamy. 

Co by się musiało stać, żebyś wrócił do regularnego freestyle’owania?

Musiałbym dostać pieniądze, które pozwoliłyby mi ograniczyć marzenia związane z muzyką. A takie zaczynają się od czterech zer za jedną bitwę.

Czujesz się sławny przez freestyle?

Kurewsko sławny.

Zgodzisz się, że nie ma w Polsce drugiej dziedziny, w którym tak duża sława byłaby tak niedoceniona finansowo?

Tak.

Kiedyś nie miałeś z tego ani sławy, ani pieniędzy. W pewnym momencie zdobyliśmy kurewską rozpoznawalność, ale dalej nie mieliśmy pieniędzy. Organizatorzy mieli swoje prosperity i przez dobre dwa lata wyciągali na nas naprawdę duże pieniądze. Największy boom był w 2015 roku, gdy bilety na WBW były wyprzedane jeszcze zanim skończyły się eliminacje. A my? Śmieję się, że freestyle’owcy to robaki. Spaliśmy po dworcach w sześciu, czasem waląc wódę każdy do każdego przytulony, bo pociąg dopiero za cztery godziny, a przez drzwi wlatuje zimno. Ludzie mylili nas z żulami.

Raz ktoś mnie zaczepił na dworcu:

– Co ty tu robisz?
– Czekam na pociąg, mam za cztery godziny.
– To ty nie masz auta?
– Auta? Ledwo mam na bilet.

Rozpoznałem go. Kilka godzin wcześniej na bitwie poprosił mnie o zdjęcie.

Freestyle to dziedzina, z której – przy odpowiednim zainwestowaniu – można zrobić jedno z najpopularniejszych wydarzeń muzycznych w Polsce. Gdy w Hiszpanii wygrasz odpowiednik WBW (Wielka Bitwa Warszawska, najbardziej prestiżowe zawody w Polsce uznawane za mistrzostwa kraju – red.), jesteś już w muzyce ustawiony. W USA czołowi freestylerzy dostają 30-40 tysięcy dolarów za podjęcie walki. U nas klub jest wypełniony, pod sceną stoi 1400 osób, a za mistrzostwo Polski w tym roku zwycięzca zgarnął 700 złotych.

Bilety były dostępne za 35-50 złotych. 1400 osób, milionowe wyświetlenia na YouTube. Mnożę wszystkie te dane, odejmuję nagrodę dla zwycięzcy i… gdzie są te pieniądze? Kto je zgarnia?

Organizator. Ale to żaden zarzut, bo się stara i zawsze był względem nas wypłacalny, nawet w momencie, gdy na imprezie nie zarobił. Jeśli mielibyśmy z tego żyć, bardziej musiałby się zmienić stan umysłu ogółu. Gdyby w miesiącu było do wyjęcia dziesięć kafli, takie tuzy jak Muflon, Duże Pe czy Te-Tris od razu by wróciły. Grzechem organizatorów jest to, że podchodzą zachłannie do sukcesów. Swego czasu zorganizowano bitwę o Konin. Na pierwszej odbębniono sukces – przyszło 600 osób. Bitwę powtórzono po trzech miesiącach, zamiast poczekać rok. Druga edycja była ostatnią, przyszło 150 osób.

Inny przykład, Bitwa o Trójmiasto. Do wygrania było 3000 złotych, co na realia freestyle’u jest wielką sumą. Na bitwie 500 widzów, po trzech miesiącach 300, po kolejnych trzech – 200. Czasami mam wrażenie, że robią to totalni idioci, którzy myślą tylko o tym, by łatwym kosztem szybko zarobić pieniądze.

Znam może ze dwóch organizatorów, którzy podchodzili do tematu na zasadzie „jaram się freestylem” i wykładali duże sumy nie patrząc na to, czy się zwrócą. Wielu wychodzi jednak z założenia, że wygrana daje nam coś niepieniężnego, co pozwoli nam pociągnąć karierę, co będzie dla nas odskocznią. To takie błędne koło, bo freestyle’ować po jakimś czasie w tych warunkach się nie chce. Gdy jedziesz na bitwę, masz wyjęte z życia dwa-trzy dni. Jeśli masz za to zarobić 400 złotych, to nie jest to warte świeczki.

Ciągnąłem to bardzo długo z idealistycznych pobudek. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że jestem najpopularniejszym freestylerem w Polsce. Nie mogę wyjść na miasto, bo ludzie nie dają mi żyć. Pani w Żabce mówi, że kibicuje mi na następnej walce, Dziesięć dup pisze do mnie w godzinę, że jestem zajebisty.

A ja zarabiam z tego trzy tysiące na miesiąc. Naprawdę?

Symptomatyczna była historia, którą opowiadałeś w jednym z wywiadów. Zostałeś zaproszony na koncert do BAL-u w Warszawie. Koncert zagrałeś, ale potem poszedłeś do baru i zrozumiałeś, że nie stać cię w tym lokalu na drinki.

Wiele było takich sytuacji. Wracałeś po intensywnym weekendzie i przywoziłeś z niego sto złotych. Wystąpiłem rok temu na walce w formule grand time (walka oparta na przygotowanych wcześniej wersach pod konkretnego przeciwnika – red.). Napisanie kilku stron tekstu na dwóch przeciwników i zapamiętanie go zajęło mi mnóstwo czasu. Siedziałem co drugi dzień po dwie-trzy godziny i tak przez cały miesiąc. Zarobiłem za to 500 złotych. I wtedy powiedziałem sobie, że coś jest, do kurwy nędzy, nie tak. Podkreślam raz jeszcze – to żaden zarzut do organizatora, bo nie pojawiło się tyle osób, bym mógł zarzucić mu cokolwiek. W pewnym momencie powiedziałem sobie po prostu, że to nie jest warte świeczki.

Podbudowuje to moje ego, ale co z tego, skoro ludzie bijący mi piątki i traktujący jak boga, po wyjściu z klubu w życiu prywatnym są dużo lepiej ustawieni ode mnie.

Będą kiedyś we freestyle’u poważne pieniądze?

Nie chcę być fałszywym prorokiem, ale musiałby się zdarzyć szereg wielu zdarzeń. Przede wszystkim musiałaby się pojawić osoba, która pociągnie publiczność i spowoduje nowy boom. Freestyle mógłby pójść szerzej. Dlaczego w jury na WBW miałby nie siedzieć – powiedzmy – Kękę i Paluch? Dlaczego imprezy miałby nie poprowadzić Sebastian Rejent?

W momencie największej prosperity rzuciłem studia i poszedłem do pracy na recepcji i monitoringu. Przychodziłem do roboty, w której byłem nikim za 7 złotych netto na godzinę i robiłem zmiany po 24 godziny. Po wyjściu z pracy przemierzałem do domu siedem przystanków i na sześciu ktoś mnie rozpoznawał i życzył powodzenia na kolejnej bitwie.

Miałem rozdwojenie jaźni.

Wyniszczało mnie to psychicznie. Doszedłem do takiej popularności swoją pracą, a jednak nie toczyło się wszystko tak, jak chciałem. Na swoją najważniejszą walkę w życiu, z Tombem, jechałem po 24 godzinach w pracy. Byłem na zmianie sam od 24 do 7 rano i freestyle’owałem do komputera. „Jestem na recepcji, weź to przekmiń, kurwa mać, ale mi się chce spać”. Prosto z pracy poszedłem na pociąg. Jeszcze gdy wydawałem klucze mechanikom na koniec zmiany, jeden z nich się zdziwił.

– Eee, ty nie powinieneś być na bitwie?
– No powinienem, mam pociąg za trzy godziny.

Śmiesznostraszne to wszystko.

Śmiesznostraszne? Śmiesznosmutne.

Byłem totalnym dzieciakiem, który potrafił się pogodzić z tym, że takie są realia. Ale może dobrze, że tak było. Może gdybym dostawał 60 tysięcy jednym przelewem, nie wiedziałbym, co z tym zrobić. Trochę rozumiem, że raperom odwala, gdy dostają niesamowite stawki za koncerty. To przeskok, na który nikt nie jest gotowy. Przed chwilą prosiłeś matkę, by ci dała 100 złotych na melanż, a teraz masz za płytę 200 tysięcy. Pod względem popularności miałem część tego co topowi raperzy, ale finansowo nigdy, dlatego mi nie odpierdoliło.

Dzisiaj wciąż studiuję dziennie. Często przerywałem studia i szedłem do chwilowej pracy. W banku na słuchawce, w zwykłym call center czy na recepcji anglojęzycznej. Umiejętności zdobyłem dzięki nawijaniu, kompletnie nie miałem oporów by z kimś porozmawiać. Wychodziłem na scenę przed tysiącem osób, więc co to było dla mnie zadzwonić do jednej? Były momenty, gdy nie mialem siana i musiałem coś na szybko ogarnąć, ale nigdy bym nie dopuścił do sytuacji, gdy musiałbym kogoś prosić. Mam swoją godność. Fanpage na 100 tysięcy, kilka nagranych płyt i nie mogę sobie poradzić?

Przy skali popularności, powinienem zarabiać kilka razy więcej. Freestyle’owcy mają jednak ten atut, że mogą przekuć popularność w muzykę jak Te-Tris, Quebonafide, Duże Pe czy Solar/Białas.

Nigdy nie ukrywałeś, że freestyle traktujesz jako okazję do zaistnienia, zbudowania sobie grupy fanów, czegoś, co może dać rozpoznawalność dla twojej muzyki.

W pewnym momencie jeździłem tylko po to, by zbudować fanbase. Widziałem kolegów, którzy mają 25-30 lat i którzy nic nie osiągnęli w muzyce. Wystarczał im wizerunek freestyle’owca, to że wchodząc do klubu ktoś zbije im piątkę. Zawsze chciałem, żeby tłum nawijał moje kawałki i się z nimi utożsamiał. Wolałem zagrać koncert niż rozwalić kogoś na scenie.

Pod tym względem freestyle trochę mi pomógł, a trochę zaszkodził. Przylgnęło do mnie bardzo dużo łatek. Nie rozwijałem się jako raper i nie potrafię słuchać moich starych płyt. Z drugiej strony nie żałuję, bo freestyle dał mi dużo. Patrząc z perspektywy kumpli, dziś nie mają nic z muzyki, a przecież freestyle’owali ze mną w lokalach. Pueblos ostatnio robił mi klip, a przecież freestyle’ował na tej samej zasadzie co ja, a rapowo był wręcz lepszy.

Na freestyle’u nie miałem już ambicji oprócz pasa WBW. Wychodziłem bić się z ludźmi, z którymi wygrana nic mi nie dawała pod względem popularności, bo i tak byłem bardzo popularny jak na środowisko freestyle’owe. A na wygranej ze mną można było ugrać wszystko. Bober, który jest dwukrotnym mistrzem WBW, założył fanpage po wygranej ze mną i na starcie miał już 1,5 tysiąca lajków. Gdy napisałem na Facebooku, że zająłem drugie miejsce na bitwie, 99% komentarzy było w stylu „ale chujnia, słabo”. Ciążyła nade mną taka presja, że nie mogłem się wyluzować. Każda bitwa, której nie wygrałem, była plamą na moim honorze. Zwycięstwo? Przyjmowane jako norma.

Jak Bayern w Bundeslidze.

Czułem się gościem, który na freestyle’u może już tylko stracić. Bo doszedł do popularności, której nigdy nie przypuszczał. Na moim pierwszym finale WBW, w 2013 roku, było 200, może 300 osób. Braliśmy po 50 złotych za zwrot przyjazdu do Warszawy, nie było nic do wygrania. Z roku na rok nagle to ewoluowało. w 2018 roku tylu widzów jest na eliminacjach.

Trudniej walczyło się z taką rozpoznawalnością? Doszło do momentu, gdy ludzie przychodzili do klubu na ciebie.

Walczyło mi się ciężej, bo przestałem być szarakiem. W pewnym momencie mnie to przytłoczyło. Rozumiałem ten mechanizm, ale powtarzałem sobie, że to niesprawiedliwe. Wychodzę, a wszyscy na mnie kminią premade’y (wersy przygotowane przed walką – red.). Przechodzę się przez klub i słyszę szepty za plecami, a to trzech zawodników pokazuje na mnie palcem i czekają aż mnie trafią, bo mają przygotowane wersy. Dziewięciu na dziesięciu graczy było do mnie perfekcyjnie przygotowanych. Miałem dwukrotnie cięższą przeprawę z nimi, bo ja nic o nich nie wiedziałem. Odnosiłem się tylko do tematu, ewentualnie do cech zewnętrznych typu dziwna czapka. Oni mieli już na mnie dziewięć rzeczy, którymi sypali jak z rękawa. Że przegrałem z Edziem, że płyty takie i takie, że z walka z Tombem, cokolwiek.

Powiedziałem sobie, że to bez sensu. Tylko się tym stresuję, a nic mi to już nie da.

Czepiano się wielu rzeczy – twojej słynnej bluzy, w której jeździłeś na bitwy, problemów ze zdaniem prawka czy poprawki z matury.

Rozdmuchały się sprawy z mojego życia prywatnego, które wyszły przez przypadek na freestyle. Po jakiejś bitwie powiedziałem Edziowi, że mam poprawkę z matury. Chuj z tym, że zdałem ją od razu w sierpniu. Zostało mi to wyciągnięte po kilku miesiącach i poszło strasznym viralem. Jakiś paść z małego miasta wychodził na walkę ze mną, dostawał temat „astrofizyka” i pierwsze trzy pancze nawijał o mojej maturze.

Kolejna sprawa to prawko. Komuś powiedziałem, żę mam problemy ze zdaniem i znowu ktoś mi to wyciągnął. Dlatego, że byłem jakiś, ludzie mieli sto punktów, których mogli się zaczepić. Rozkminiałem na chacie, że jak ktoś mi tak nawinie, to ja mu odpowiem tak i tak, ale to było ciężkie do przeskoczenia. W pewnym momencie irytowało mnie, że ludzie nie dostrzegali, że te pancze się powtarzają. Siódmy raz o maturze, dziewiąty o prawku, a skaczą ze szczęścia, jakby usłyszeli killera. Potem trzy moje rozkminy tematyczne przechodzą bez echa i muszę się przejmować tym, czy nie odpadnę w dogrywce w 1/8 po walce z lokalnym zawodnikiem.

Zmobilizowało cię to do zrobienia matury?

No właśnie paradoks polega na tym, że sprawa została wyciągnięta już po tym jak ją zdałem. Byłem już na studiach, a wszyscy krzyczeli, że nie mam matury. To ciągnęło się za mną trzy lata. Siódmy raz słyszałem pancz o prawku, a siódmy raz przyjechałem na bitwę autem. Biłem się w sobotę, a w poniedziałek miałem kolokwium i moja bania była zajęta tym, czy zdam czy nie – mimo to ósmy raz słyszałem, że nie mam matury. Dochodziło do jakichś abstrakcyjnych sytuacji. Ludzie wypominali mi coś samemu nie mając tego, bo połowa z nich nie miała prawka. Publikę gówno to interesowało, bo nie interesowali ich oni, ale ja.

W podobny sposób przygotowywałeś się na innych zawodników?

Tak. Premade’y były tak dużą częścią freestyle’u, że nie dało się ich przeskoczyć. Chciałeś być w czołówce, musiałeś mieć coś wcześniej wykmninionego. Zawsze włączałem sobie temator, czyli stronę do losowania tematów, po czym robiłem dziennie 30-35 tematów do lustra. Przez dwa lata robiłem to codziennie z przerwą na wigilię i sylwestra. Doszedłem do takiego poziomu, bo najciężej ze wszystkich graczy trenowałem. Ludzie myślą, że to tak, że rzucisz sobie pijany trzy wersy z kumplami, a później wejdziesz na bitwę i rozpierdolisz. Nie, siedzisz na chacie i kminisz, jak ludzi zaskoczyć, co jeszcze wymyślić.

A więc tak, przygotowywałem wersy na innych, tak samo jak oni na mnie. Uznałem, że gra jest tak brutalna i nie będę miał reguł tak samo, jak oni nie mają.

Ja oszukiwałem, ty oszukiwałeś, wygrał lepszy.

Tak.

Gdy jeszcze mieszkałem w Miliczu, miałem w swoim pokoju lustro. Strasznie się wczuwałem, gdy tak nawijałem. Wielokrotnie wchodziła do pokoju moja matka, a ja byłem w takim transie, że nawet nie przerywałem. Pukała się tylko w głowę i wychodziła. Czasami robiłem po 50 tematów dziennie, wychodzi 1,5 godziny nawijania w kółko. Doszedłem do takiej konsekwencji, że w codziennej rutynie odkładałem na bok wiele ważnych rzeczy, ale treningu nigdy nie przeoczyłem. Jak go nie zrobiłem, strasznie chujowo się ze sobą czułem. Tak jak ktoś jest gruby i nie pójdzie jednego dnia na siłownię mimo że ma rozpisany trening. Później włączałem walki na YouTube, zatrzymywałem pewnym momencie i kminiłem, co bym rzucił, gdybym musiał na coś takiego odpowiadać.

Na końcu jeszcze zaczęło mi strasznie brakować kreatywności ze względu na to, że wszystko było już powiedziane sto razy, każdy panczlajn już użyty, związki frazeologiczne wykorzystane. Zmieniłem sposób treningu – gdy miałem temat, którego nie mogłem rozkminić. to zatrzymywałem i szperałem w Google ciekawostki na temat, pod który mam nawinąć. Często też się spotykaliśmy z ziomami i nawijaliśmy sobie przez 2-3 godziny. Było to jednak nieefektywne, bo nie miałeś czasu się zastanowić nad wersami.

Miałem w głowie bardzo dużo schematów. Gdy dostawałem temat „rzeka”, to już mogłem podpiąć pod niego cały ciąg skojarzeń: rzeka Wisła, Wisła Kraków, zawodnik Wisły Kraków, który coś odwalił w meczu i tak dalej. Podobny model działania był w polskim freestyle’u dopracowany do perfekcji. Ludziom się to po jakimś czasie znudziło i zaczęli uznawać to jako suchary. Edzio był w tym mistrzem, dlatego zawsze wygrywał. Jak dostawał temat, rozkładał go na czynniki pierwsze. Potrafił z nas wszystkich najwięcej o tym nawinąć. Większość wersów była sucharami, ale trafiały mu się też sztos killery. Szedł jak maszyna.

Polski freestyle poszedł w stronę stand-upu. Walki odbywają się bardziej na zasadzie ośmieszania. Ludzie wybaczają braki w technice nawijania, metaforach, gierkach słownych, na korzyść tego, że ktoś potrafi ośmieszyć i wyśmiać, a nie zniszczyć. Na tej zasadzie Bober przez dwa lata z rzędu wygrywał mistrzostwo. Nigdy nie był najlepszy w panczlajnach czy metaforach, ale w pewnym momencie przypadkowo wykminił metodę na freestyle, która zaczęła mu się sprawdzać. Działał na zasadzie: ktoś ci rzuca dobrą metaforę, ale ty nie masz dobrej odbitki, więc go wyśmiejesz w stylu „chyba ty”. Jeśli zrobisz to w bardzo śmieszny sposób, ludzie będą mieli ubaw, bo idą dla zabawy. Wyszło mu to trochę z lenistwa, bo nie chciało mu się przygotowywać do walk. Cały freestyle poszedł bardziej w stronę roastu.

Nie oceniam. W pewnym momencie faktycznie freestyle stał się nudny i schematyczny. Gdy zawodnik dostał temat, wiedziałeś, jak na niego nawinie.

Na ile to jak trenowałeś i ile trenowałeś przekładało się na wyniki?

Po jakimś czasie już mi się to w ogóle nie przekładało, bo nie miałem żadnej świeżości. Łapałem się na tym, że gdy nie trenowałem dwa miesiące i jechałem na bitwę pokazową bez żadnej presji, dawało mi to więcej niż jakbym trenował codziennie i miał głowę napełnioną schematami.

Moja walka z Tombem w 2015 roku była przykładem świetnego przygotowania. Pamiętam, że trenowałem na niego po 5-6 godzin dziennie przez dwa miesiące. Miałem wykminione na niego ze 100-150 panczy, każdy posegregowany od najlepszego do najgorszego. Jednocześnie prowadziłem standardowy tryb treningowy, by być w formie, gdyby przyszło i odpowiadać na jego wersy.

Moim zdaniem Tomb nie przygotował się, zlekceważył cię.

Mówił, że czasami sobie coś napisał, ale to bardziej w formie takiej ulotnej myśli. Myślę, że to był gwóźdź do końca jego kariery, która się dobrze zapowiadała. Miał legal w Sto Procent, ludzie mówili, że jest dobry i może się wybić. Odszedł z SB Maffiji i zaczęła się jego infamia, a to, jak się ośmieszył na walce, rzutowało na nim całkowicie.

Tak myślisz? Ja myślę, że został skasowany przede wszystkim po tym, jak wziął od fanów pieniądze na płyty, których nie wysłał.

To już w ogóle jakaś abstrakcja, że nie wysłał komuś płyt. To też pokazuje, że środowisko raperskie to dno. Widziałem, że niektórzy dalej nagrywają z Tombem kawałki i dalej go promują. Mówią na zasadzie: co z tego, że oszukał ludzi, ale jest dobrym raperem. To pokazuje, jakie to wszystko jest płytkie i bez zasad. Ludzie mają w dupie, że jest złodziejem, ale słuchają go, bo jest dobry. Nie mogę słuchać kogoś, jeśli wiem, że jest parówą. Nie trafiają do mnie jego wersy. Wstyd mi przed samym sobą, że ktoś nie jest autentyczny.

Jak często wstyd ci, że jesteś freestyle’owcem?

Często, ale najpierw dwie śmieszne sytuacje. Wigilia u mojej byłej dziewczyny. Było picie wódki, gdzieś około 5 w nocy, gdy moja dziewczyna poszła już spać, siedziałem z jej rodzicami, którzy śpiewali po góralsku kolędy. Próbowałem śpiewać z nimi, lecz mi nie wychodziło. W pewnym momencie jej ojciec przerwał:

– Filip, jak ty zarabiasz na tym pieniądze, skoro ty masz tak chujowy głos?

Innym razem grałem koncert na dniach swojego miasta i na publice był mój dziadek. W pewnym momencie nawijałem refren kawałka, bit się wyciszył i usłyszałem tylko jak wygraża palcem:

– Ja ci dam przeklinać na koncercie!

Środowisko fanów freestyle’u jest bardzo spoko, ale jednocześnie jest mocno dziecinne. Wiadomo, ze te wyzywanki mogą starszym wydawać się głupie, zwłaszcza gdy nie mają dystansu. W pewnym momencie całe gimnazja i licea żyły WBW. To rzutowało na odbiorców, którzy byli młodsi. Czasami było mi wstyd, że jestem freestyle’owcem. Te wszystkie wersy z kawałka z Edziemi miały miejsce, nie wymyśliłem sobie ich. Ludzie momentami nie potrafili rozróżnić, że na scenie jesteś inny i na mieście jesteś inny. Podchodzili z różnymi głupimi tekstami i nie traktowali cię jako artysty. Podejrzewam, że do Pezeta nikt nie podchodzi i nie mówi „mordo, ale zajebałeś pancz”. Spotyka się z dużo dojrzalszymi reakcjami niż „ale beka, że nawinąłeś tej Babce, że zostawiłeś jej jaja w gardle, hehehehehehehehehheheh”.

Ta walka była jak mój krzyż, który niosłem za sobą. Nagrałem 10 płyt, wygrałem około 40-50 bitew, a ludzie pamiętali tylko tę jedną walkę. To było naprawdę masowe. 90% osób, które mnie gdzieś poznawały, zagadywały tylko o tę jedną walkę.

Tak swoją drogą, to była esencja freestyle’u. Dowalić do końca, bez skrupułów, bez litości, tak chamsko, jak tylko się da.

Walka wyszła tak dobrze, bo była w stu procentach spontaniczna. Przyszedłem na eliminacje i ziomek mi powiedział, że wylosowali mnie na dziewczynę, będą jaja. Nie chciałem z nią walczyć. „Boże, może wyjść z tego jakiś krindż”. Ale gdy wyszedłem na scenę, poczułem atmosferę tej beki i poszło. To tak, jak chcesz napisać dobry kawałek i na dziesięć poważnych utworów ludziom siądzie dopiero jedenasty, który nagrałeś sobie na melanżu dla beki. Trenowałem na inne walki, a tu wszedłem z bomby i wyszła walka życia.

Miałeś skrupuły, gdy zobaczyłeś Babkę?

Po prostu nie wiedziałem, czego oczekiwać. Gdy już byłem na scenie, przychodziły mi do głowy takie riposty, że mówiłem sobie „nie no, mógłbym jej odpuścić, ale to jest tak śmieszne, że muszę to rzucić”. Połowę tych wyświetleń narobiła sama osoba Babki, która jest ewenementem. Trochę patusiara, trochę laska, która kompletnie nie pasuje do tej walki. Dziwię się, że nie poszła w muzykę, bo mogłaby być naprawdę charakterystyczną postacią.

Co mama powiedziała jak zobaczyła tę walkę?

Nie gadałem nigdy z rodzicami o tej walce. Mama nie sprawdza walk, mój tata kupuje płyty i jest na bieżąco z kawałkami, ale freestyle im się nie podoba. Uważają, że to głupie wyzywanie. Rozumieją, że to część mojego życia, ale wolą muzykę niż bitwy. Syn ma głupią pasję, ale trzeba go akceptować.

„Moi rodzice mnie mają od święta, czasem to dla mnie za dużo, bo / cała rodzina przy stole w Wigilię się patrzy tu na mnie jak na okaz w zoo”.

Wszyscy wiedzą, co robię. Mojej rodzinie byłoby łatwiej, gdybym nie traktował rapu jak pamiętnika. Wypluwam z siebie część mojego życia i oni też słyszą w tych kawałkach o sobie. To jakiś stopień artyzmu, bo ja i tak rzucę te wersy, choćby mama czy tata poprosili, bym tego nie robił. Moi ulubieni raperzy nie mieli tematów tabu. Muzyka powinna polegać na emocjonalności. Dlatego czasami jest mi głupio za niektóre moje kawałki, gdy zastanawiam się, jak moi rodzice się czują w momencie ich słuchania. Nie rozmawiamy jednak na ten temat. Rodzice wiedzą, że mnie nie przekonają.

Po których kawałkach było ci głupio?

Gdy nawinąłem w kawałku „Gdzie jest mój dom?”, że miałem miesięcznie 60 złotych od rodziców, tata podszedł do tego z humorem. Żartował, że w pracy się śmieją, czemu dawał synowi tak mało. Gdy jednak w numerze „Tułam się” nawinąłem, że przez cztery lata moje rozmowy z ojcem przerywał krzyk, bo pomiędzy nami nie zawsze było w porządku, myślałem, że go to może zaboleć. Z drugiej strony pomyślałem: kurwa, tak było. Czemu mam tego nie nawinąć, skoro to prawda?. Źle czułbym się przed samym sobą. Może to egoistyczne, że nie liczę się z uczuciami tych, o którym nawijam w kawałkach, ale uważam, że na tym polega artyzm.

Jak często pojawiając się gdzieś słyszysz „weź coś nawiń”? Tak mi się wydaje, że to może być przekleństwo freestyle’owców.

Nie wiem czy to napiszesz, ale miałem kiedyś okropnie głupią i absurdalną sytuację. Przyjechał do mnie ziomek i chciał wyjść ze mną na miasto. Śmiał się:

– Zobaczymy, czy ty naprawdę masz taki fejm, że nie da się z tobą nigdzie wyjść.

Staliśmy na dzielnicy klubowej we Wrocławiu i piliśmy wódkę. W pewnym momencie podeszła do nas laska i niby przez przypadek kopnęła butelkę. Rozlała ją i wykrzyczała do mnie:

– Wyruchaj mnie teraz jak Babkę!!!

Pomyślałem sobie wtedy: o ja pierdolę, to wszystko poszło już chyba za daleko. Kolejna sytuacja, całkiem niedawno. Jechałem rano do Warszawy na klip z Reto. Cały pociąg był zajebany ludźmi. Piłem całą noc i strasznie chciało mi się spać. Zobaczyłem, że jest wolny przedział, więc wchodzę do niego, już zasypiam… Nagle ktoś wchodzi i zaczyna się na mnie gapić. Matko Boska, teraz się zacznie.

– Mordo! Ty jesteś Filipek! – sprzedał mi prawdę objawioną.
– No jestem.
– Weź powiedz mi jak tę Babkę rozjebałeś!

Mordo, siódma rano, jadę zmęczony do Katowic, a później przesiadam się do Warszawy, nie spałem całą noc, a ty mnie o coś takiego pytasz? Powiedziałem mu, że zaraz opowiem, tylko pójdę się odlać. No i zostałem już stojąc w przejściu. Wolałem stać dwie godziny niż wrócić i się z nim użerać.

Moje wyjścia na miasto kończyły się z tym, że musiałem się nachlać. Często ktoś do mnie podchodził i mówił:

– Stary, zajebiście freestyle’ujesz, walnij ze mną kielona.
– No nie bardzo, rano muszę wcześnie wstać.
– Co ty pierdolisz, przecież jesteś luźny freestyle’owiec. Nie kłam, w kawałkach nawijasz, że często chlejesz.

Niestety jestem mało asertywny i zazwyczaj mówię OK. A co się dzieje potem, to już wiadomo.

Choć pracuję nad tym. Już nie zgadzam się zawsze na freestyle. Zacząłem być chamem. Gdy mi męczą bułę, odpowiadam im taki samym chamstwem.

– Ja mam nawinąć? To najpierw ty nawiń, dawaj. Nie umiesz? A mnie się nie chce. I co?

Kiedyś myślałem: „Filip nie możesz tak podchodzić do ludzi, oni cię wspierają”, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że mam wyjebane. Mam się czuć na każdym melanżu jak jakaś małpa w cyrku? Bardzo dużo nawijałem na studenckich domówkach. Na każdej padało standardowe „Filip, weź coś nawiń”. Ostatnio na domówce zacząłem nawijać z jakimś kolesiem i nawet mu specjalnie nie cisnąłem. Obraził się i powiedział, że freestyle nie polega na tym.

Poczułeś się kiedyś dotknięty wersem? Ktoś trafił w czuły punkt?

Może nie personalnym wersem, ale byłem w dwóch sytuacjach scenicznych, w których zdziwiłem się, że mój rywal aż tak dobrze mi dowalił. Pierwsza gdy Edzio nawinął, że na maturze z fizyki obliczałem masę skilli (jednym z popularniejszych przerywników, czyli wersów używanych w momencie, gdy freestyle’owiec chce dać sobie czas na wymyślenie mocnej linijki, było obśmiewane powszechnie „to jest Filip, wchodzę i mam masę skilli” – red.). Pomyślałem sobie, że jeszcze nikt nie wyśmiał w ten sposób mojego przerywnika. Po reakcji ludzi już widziałem, że jest pozamiatane, a to była może najważniejsza walka mojego życia. Drugą akcję miałem z Rybą, gdy nawinął „przyjechałeś ze wsi Milicz, więc siadaj na dupie i pancze mi licz”. To było o tyle ciekawe, że wiele razy rozkminiałem słowo Milicz i nigdy nie rozłożyłem tego w ten sposób, że „mi licz”. Taka prosta przekmina, a jednak nigdy na nią nie wpadłem.

Nikt nie trafił tak, by mnie zabolało, ale najczęściej obrażają się partnerki freestyle’owców.
Na bitwie w Tarnowskich Górach dziewczyna zawodnika stała w pierwszym rzędzie z wystawionym fakiem i krzyczała coś w stylu „weź zamknij ryj, wypierdalaj”. Teraz bym coś o niej nawinął, żeby się zamknęła, a wtedy byłem jeszcze przestraszonym dzieckiem. Kiedyś Peus powiedział mi, że jego żona mnie nie lubi, „bo ten Filipek ciągle o mnie nawija, a mnie nawet nie zna”. Wychodzę z założenia, że jeśli jesteś inteligentną osobą, to masz jakiś dystans do siebie i wiesz, że to tylko fikcja literacka. Gdy nawijam, że przeleciałem twoją laskę, to wcale jej nie przeleciałem. Pewnie nawet jej nie znam. A jeśli według moich wersów jesteś chujowy, to wcale nie musisz taki być w rzeczywistości. Konwencja. Laski mówiły jednak: no, lepiej sobie już odpuść ten freestyle.

Z których wersów jesteś najbardziej dumny?

Pierwsza linijka to „jestem jak pilot Tupolewa, bo nie potrzebuję pasa żeby rozjebać”, co było panczem w stronę Edzia, który miał wówczas pas WBW. Zgadzała się treść, zgadzała się forma, bo rymowana końcówka pierwszego wersu nie była upychaczem, a częścią tego pocisku.

Drugi wers rzuciłem, gdy walczyłem z Mełcinem na WBŚ w finale i na widowni była Rena, która uchodziła wtedy za mega sztywną laskę z ulicy. Zastanawiałem się przed walką, czy coś mi o niej nawinie. Nawinął i ja odpowiedziałem „nawiń o niej jeszcze raz to cię napierdoli przed klubem”. Pamiętam, że publika zareagowała gorąco na to, Białas aż skakał z radości.

Trzeci wers? Fart. Nigdy nie byłem fanem Drake’a, ale w tamtym czasie podobał mi się jego jeden kawałek „Hate sleeping alone”. Gdy Edzio mi coś nawinął o Drake’u, spontanicznie odpowiedziałem „twoja dupa jest jak Drake, bo ciągle śpiewa mi Hate sleeping alone”. To nawet nie jest dobry panczlajn, ale nie wiedziałem o Drake’u praktycznie nic, a wtedy siadło mi coś takiego idealnie. To trzy momenty, gdy byłem dumny.

 

Czujesz, że ludzie nie doceniają freestyle’u? Pewnie znajdą się osoby, które czytając ten wywiad pomyślą sobie o tobie jak o kretynie, który tylko ciśnie innym po laskach i myśli, że to fajne. A to przecież wymaga niebywałej kreatywności, wiedzy, łączenia faktów, niewiarygodnego poziomu szukania skojarzeń.

Ludzie dzielą się na dwie kategorie. Pierwsza bardzo nas nie docenia i uważa za błaznów i pajaców, którzy wyzywają się na scenie. Dwóch kolegów nawijało kiedyś przed uczelnią, by zaprosić do przyjścia na bitwę na juwenaliach organizowaną przez Red Bulla. Moja koleżanka spytała drugiej:

– Co oni robią?
– Po matkach se cisną, debile jacyś.

Wróciły się na uczelnię. Jak ignorantki, które nie wiedzą, że się składa jakieś metafory, trzeba mieć oczytanie, wiedzę na każdy temat, kreatywność. Drugi sort ludzi docenia nas aż za bardzo. Spotykałem się z ludźmi, którzy reagują: „Matko Boska, jak ty to robisz?!”. Traktowali freestyle jak czarną magię. Mówiłem: „mordo, też byś tak umiał, gdybyś jeździł na bitwy czy ustawki, nawijał jakieś wersy przed komputerem i przełamał barierę wstydu”. We freestyle nie ma normalnych słuchaczy.

Albo mają nas za debili, albo za bogów.

Nie ma w tym normalności.

Co jest tak właściwie fajnego w tym, że wyjdziesz na scenę i się powyzywasz?

Zawsze miałem w sobie duże pokłady agresji, których nie mogłem nigdzie wyrzucić. Dlatego nie imponuje mi freestyle, w którym ktoś wychodzi na scenę, nawija jakieś głupoty na luzie, druga osoba też nawija głupoty, a ludzie machają rączką. Zawsze wychodziłem na scenę jak na walkę bokserską. Ma się lać krew. Ludzie mają wyć z radości. Jesteś albo wygranym, albo totalnym przegrańcem. Gdyby ktoś mnie odepchnął na scenie, też bym odepchnął. Gdyby uderzył, byłaby bójka. Wczuwałem się w swoją rolę. Wiadomo, że poza bitwą nie chciałem nikogo jebnąć, ale wchodząc musisz akceptować reguły i to, że druga osoba musi się wyżyć.

Freestyle bardzo mnie to podbudował i pomagał leczyć kompleksy. Traktowałem go jako czystą rywalizację, nigdy jak zabawę. Myślę, że na tym zbudowała się moja popularność. Nigdy nie bałem się dostać zajebistego pancza prosto na mordę, wcale mnie to nie peszyło, więcej – chciałem jeszcze bardziej odpowiedzieć. Brakuje mi we freestyle’u tego, że rzadko wchodzą na scenę ludzie, którzy autentycznie się nie lubią. Ludzie widzą, że na scenę wchodzi dwóch ziomków i to czasami jest sztuczne, bo powyzywają się i zaraz pójdą na piwko. Ja miałem grono zawodników, których nie lubiłem poza sceną.

Poza tym jako gość z małego miasta, gdzie wszystko było szare i bez perspektyw, nie dostawałem pieniędzy od rodziców, by jechać na bitwę. Jeśli wygrałem coś na walkach, to miałem za co jechać następnym razem, więc byłem uzależniony od swoich wyników. Dlatego też byłem taki bezwzględny. Żeby mieć pieniądze, musiałem wygrać. Gdy jechałem na pierwsze WBW, dostałem wpierdol przed barem w Miliczu, wstałem rano, wziąłem uzbierane 150 złotych z jakiejś pracy sezonowej i jechałem na stopa do miejscowości, z której dopiero miałem pociąg do Warszawy. Chciałem zapłacić kartą w pociągu, ale bank był nieczynny i dostałem mandat.

Na miejscu walczyłem z Quebonafide, walka ma prawie 700 tysięcy na YouTube. Są pod nią komentarze, że Filipek jest jeszcze w bluzie z targu, a już rozjebał Quebonafide. Tak wyglądałem, bo nie miałem kompletnie siana. Tylko wygrana i przenocowanie u kogoś sprawiało, że mogłem jechać na następną bitwę.

Wtedy przegrałem. Miałem jeden mikrofon, na którym nagrywałem jakieś kawałki po 100 wyświetleń. Musiałem go sprzedać, by pojechać na następne eliminacje, na których już wygrałem.

Miałem kilka prób charakteru, które mocno mi pokazały, że jak się chce, to karma do ciebie wraca i dużo możesz ugrać.

Czytasz bardzo dużo książek. Który autor byłby twoim zdaniem najlepszym freestyle’owcem?

Charles Bukowski.

Bez wątpienia musiałby się przygotować na pancze o twojej niuni.

I o tym, że jest menelem.

Bukowski był legendą podziemia. Byłby świetny przez to, że był tak prostacki, miał tak wyjebane i miał tak prawdziwy luz w pisarstwie i poezji. Przeczytałem jego 7-8 książek i każda była taka sama, więc nie uważam, że był świetnym autorem. Może nie tyle co go cenię, co w pewnym momencie utożsamiałem się z nim jako człowiekiem. Miałem tak samo wyjebane na wszystko, pisałem sobie kawałki, bo sobie pisałem, tak samo dużo chlałem. Dobra, przesadzam, jakbym tyle chlał to bym teraz tu nie siedział. W dobie wszystkim influencerów i osób które robią wszystko by się przypodobać, do Bukowskiego czuję sentyment. Swego czasu miałem kult muzyka, który nie jest uzależniony finansowo od muzyki. Bukowski nie był uzależniony od swojej literatury – przez lata zarabiał z normalnej pracy, a pisał, bo czuł. Tak samo jak ja miałem swoje studia czy pracę, a pisałem sobie po godzinach.

Nazwy moich dwóch płyt nawiązują do tej postaci i… Wiesz co? Raperzy mają tak wiele dziwnych inspiracji, że wolę być porównany do niego niż zostać uznanym za kolejną kopię amerykańskiego rapera.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

KOMENTARZE (11)