Rozwój się zwija
Weszło

Rozwój się zwija

Nigdy wcześniej ten klub nie rozegrał meczu o stawkę w grudniu, nigdy nie zaszedł tak daleko w Pucharze Polski, w dodatku los podarował mu na tym etapie derby. Chwilo, trwaj! – mogliby krzyknąć sympatycy Rozwoju Katowice. I tylko oni, bo ani my, których to spotkanie wymęczyło niemiłosiernie, ani Górnicy z Zabrza, których w weekend czeka mecz ligowy z Miedzią, nie odkorkowaliśmy szampanów, gdy okazało się, że trzeba grać dogrywkę, by wyłonić siódmego ćwierćfinalistę PP. Czyli – po wygranej 4:1 po dogrywce – Górnika.

Czwartek. 12:30. Jedna z najsłabszych ekip II ligi w roli gospodarza. Gościem – zespół z ekstraklasy, który tak jak w poprzedni weekend w Płocku błyszczy w tym sezonie bardzo rzadko. A do tego zmrożona murawa, co komentatorzy Polsatu Sport podkreślali raz za razem, a piłkarze unaoczniali regularnie łapanymi poślizgami. Wiecie, jakkolwiek chcielibyśmy zaklinać rzeczywistość, to nie mogło być meczycho, o którym obecny na stadionie Święty Mikołaj opowie swoim reniferom.

No i nie było.

Rozwój zakończył już rundę w lidze, ten mecz to był dla zawodników z Katowic bonus. Szansa na napisanie fajnej historii, takie znajdziemy bowiem w Pucharze Polski praktycznie co roku. Na powiew optymizmu w sezonie, w którym borykają się z niemałymi problemami. Klub nie może liczyć na wielkie dotacje z miasta, płaci sporo za wynajem swojego obiektu, zimę spędzi w strefie spadkowej II ligi. Na pewno zdecydowanie bardziej na tym, by zamknąć sprawę w 90 minutach powinno zależeć Górnikowi, ale jeśli mamy być szczerzy, pierwszą oznakę, że tak faktycznie jest dostaliśmy po zakończeniu pierwszej połowy dogrywki. Gdy zawodnicy Rozwoju zeszli po ciepłą herbatę przed ostatnim kwadransem spotkania, zabrzanie zmienili strony i dopiero gdy dostrzegli, że nie ma szans na szybkie wznowienie, również nieco się rozgrzali.

Wcześniej przyspieszali sporadycznie i bardzo nieporadnie. Motywacja pojawiła się u nich na dłuższą chwilę po stracie gola, gdy do wrzutki Seweryna Gancarczyka doszedł były piłkarz Górnika Michał Płonka i po rykoszecie skierował piłkę do siatki. I opadła niemal natychmiast po tym, jak zagranie Bochniewicza z głębi pola głową wykończył Jesus Jimenez, korzystając z tego, że na chwilę do podłoża przymarzł Lepiarz, kompletnie gubiąc kontrolę nad krytym zawodnikiem.

Naprawdę spodziewaliśmy się, że po wyrównaniu w drugiej połowie Górnik ruszy ze zdwojoną siłą. 120 minut gry na zmrożonej płycie w czwartek to nie są idealne warunki przygotowania do niedzielnego meczu z bezpośrednim rywalem w grze o utrzymanie. A jednak najlepszą sytuacją był albo nieznacznie niecelny strzał Żurkowskiego z kilkunastu metrów, albo uderzenie Urynowicza z wolnego w miejsce, którego akurat bardzo dobrze pilnował Bartosz Soliński. Przyznacie, niezbyt imponująco to brzmi.

Oczekiwane wrzucenie wyższego biegu – ale też nie była to jakaś czwórka czy piątka, raczej wejście z dwójki na trójkę – nastąpiło dopiero po przerwie na herbatę, od 106. minuty. Dwie wrzutki – jedna z gry, druga ze stojącej piłki, dwa razy zawodnik Rozwoju skakał z miejsca, dwukrotnie rywalizujący z nim w powietrzu gracz zabrzan nabiegał na piłkę, a więc dał sobie zdecydowanie większe szanse na wygranie główki. Najpierw Gancarczyka przechytrzył tak Zapolnik, później Olszewskiego Matuszek. Karny Wolsztyńskiego na 4:1 po faulu na Zapolniku był już tylko konsekwencją tego, że po golu na 3:1 z Rozwoju już kompletnie zeszło powietrze.

Koniec końców nikt nie może tak naprawdę powiedzieć o stuprocentowym zadowoleniu. Zwycięzcy – bo musieli spędzić na boisku nadprogramowe pół godziny. Przegrani – wiadomo. No a my, bo – uwierzcie nam – starcie Rozwój – Górnik nie okazało się wymarzoną rozrywką na dwie i pół godziny.

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (0)