CO ZA MECZYCHO! Szwajcarzy wstają z desek i leją Belgów
Weszło

CO ZA MECZYCHO! Szwajcarzy wstają z desek i leją Belgów

Nokaut w nieco ponad kwadrans. Tak się wydawało, kiedy Belgowie strzelali Szwajcarom drugiego gola. Kiedy sprawiali, że Helweci do wywalczenia awansu potrzebowali czterech trafień. Czterech trafień przeciwko drużynie, która w ostatnich 31 meczach przegrała tylko raz, w półfinale mistrzostw świata z Francją.

Szwajcarzy nagrali jednak kolejny odcinek serialu „Nieprawdopodobne? A jednak…”. Zapakowali Belgom pięć trafień i w wielkim stylu wygrali swoją grupę Ligi Narodów. Za nimi rzecz jasna Belgowie, spadek już wcześniej zaliczyła Islandia.

0:2 po 17 minutach, 5:2 po końcowym gwizdku. Z piekła do nieba, z desek na szczyt rankingu WBC. Mówi się, że czasami warto jest w pewnym momencie zostać znokautowanym, bo wtedy można się podnieść i zacząć grać lepiej. Lepszego dowodu nie znajdziecie.

Zaczęło się dość kuriozalnie. Od fatalnego kiksu Elvediego, który przepuścił piłkę zmierzającą do Thorgan Hazard. Brata Edena, który – co w tej sytuacji najistotniejsze – znajdował się na wyraźnym spalonym. Piłka prześlizgnęła się pod butem szwajcarskiego obrońcy, a Belg bez problemu strzelił gola. Kilka minut później – jak się wówczas wydawało – dobił Szwajcarów drugim trafieniem po strzale zza pola karnego.

To była bramka o tyle ważna, że dająca Belgom wielki komfort. 2:0 samo w sobie jest najniebezpieczniejszym wynikiem w piłce nożnej sporą przewagą, ale tym razem sprawiało też, że Szwajcarom do awansu potrzebne były aż cztery gole.

Cztery gole, na które – mówiąc szczerze i jak najdelikatniej – nie zapowiadało się. Bo goście przeważali, bo raz po raz wykorzystywali luki pomiędzy obroną a pomocą miejscowych. Wreszcie – bo grali inteligentnie. Świadomie nie forsowali tempa, oddawali rywalom inicjatywę, a ci – cóż – tylko klepali wzdłuż i wszerz. Jak nietrudno się domyślić, zagrożenia było z tego tyle co nic.

Aż do 25. minuty i problematycznej jedenastki, którą podyktowano dla gospodarzy. Nie jesteśmy pewni, czy Courtois faulował. Więcej – kto wie, czy to nie Mbabu wykazał się większą agresywnością, walcząc o piłkę z bramkarzem. Rzut karny jednak podyktowano, Szwajcarzy zdobyli bramkę kontaktową.

I nagle zyskali wyraźną przewagę, której udokumentowaniem szybkie wyrównanie i gol na 3:2. O tyle działający na nerwy Belgów, że strzelony tuż przed przerwą. Ładne uderzenie Seferovicia, ładne dogranie Fernandesa, ale pamiętajmy też, że swoją rolę odegrali przy tej akcji Belgowie. Jeden z obrońców złamał linię spalonego przy podaniu na prawą stronę i poszło.

Tuż po przerwie szansę miał Eden Hazard, ale na tym większe ofensywne zapędy Belgów się skończyły. Praktycznie, bo pojedyncze okazje jeszcze były, ale generalnie przewagę wciąż mieli Szwajcarzy, przy których rywale wyglądali momentami jak dzieci we mgle. Belgowie co chwilę tracili piłkę, często na własne życzenie.

Chaos, który tworzyli, w końcu się na nich zemścił. Znamienne w tym szalonym meczu było to, że bramkę na 4:2 – czyli tą, teoretycznie, decydującą o awansie – zdobył Elvedi. Tak tak, ten sam gość, który zawalił pierwszą bramkę na samym początku spotkania.

Jakkolwiek spojrzeć, zrehabilitował się najlepiej jak tylko mógł. Pod koniec hat-tricka skompletował Seferović, tym samym Szwajcarzy zrobili coś z niczego, bo odwrócili losy rywalizacji w niesamowitym stylu.

Naprawdę, to oglądało się tak dobrze – a pamiętajmy, że nie grali przeciwko byle ogórkom, nawet jeżeli Belgowie byli osłabieni – że czekamy na to, co Szwajcarzy pokażą w turnieju finałowym.

Szwajcaria – Belgia 5:2

0:1 T.Hazard 2′

0:2 T. Hazard 17′

1:2 Rodriquez 26′

2:2 Seferović 31′

3:2 Seferović 44′

4:2 Elvedi 62′

5:2 Seferović 84′

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (2)