Ross Barkley – wielki talent, któremu brakowało mózgu
Anglia

Ross Barkley – wielki talent, któremu brakowało mózgu

Po raz pierwszy zmierzył się dzisiaj ze swoim ukochanym Evertonem. Z klubem, do którego trafił jako jedenastolatek, wierząc – a wiara ta była podsycana dziecięcą, uroczą naiwnością – że spędzi w nim całą karierę, że poprowadzi The Toffees do wielkich sukcesów. Ostatecznie sam wymusił odejście, puścił w niepamięć młodzieńcze sentymenty. – Nie jestem zdenerwowany. Jestem podniecony, że zmierzę się z moimi dawnymi kolegami. Choć przed samym meczem pewnie poczuję się trochę dziwnie, spotykając się z członkami sztabu, którzy wiele dla mnie znaczyli.

Ross Barkley może czasem tęsknić za Goodison Park, ale nie da się ukryć, że transfer do Chelsea – na dłuższą metę – dobrze mu zrobił. U Maurizio Sarrego wszyscy piłkarze The Blues wystartowali z czystą kartą, również Anglik, do którego Antonio Conte miał wyjątkowo mało zaufania. Tymczasem były menedżer Napoli na Barkleya stawia, ufa mu i spokojnie, metodycznie odbudowuje formę sportową i psychiczną u zawodnika, którego swego czasu zestawiano z samym Paulem Gascoignem.

Niekoniecznie ze względu na imprezowy styl życia – Ross święty nie jest, ale to też nie typ skandalisty, którego wyskoki bulwersują cały kraj. Choć kiedyś kamery monitoringu nagrały, jak w jednej z knajp dostał w trąbę od jakiegoś awanturnika, co obiło się szerokim echem a Wyspach.

W porównaniach z Gazzą chodziło jednak raczej o styl gry, który dobrze oddaje słowo: „nieokiełznany”.

Barkley gra ostatnio świetnie – chwalił swojego podopiecznego Sarri. – Zauważyłem, że zrobił wielkie postępy, jeżeli chodzi o postawę w defensywie. Wiem, że poprzedni sezon był dla niego trudny, cierpiał z powodu kilku kontuzji. Teraz odbudował się fizycznie. Z technicznego punktu widzenia od dawna był świetny, więc progres w aspektach defensywnych czyni go piłkarzem kompletnym.

To oczywiście prawo publicystów, rysować porównania i stawiać śmiałe tezy. Ale Barkley w Evertonie wystartował z naprawdę wielkim przytupem, godnym zestawień z kultowym Gazzą. Wzbudzając zachwyty ekspertów, zbierając pochwały od trenerów i kolegów po fachu. Stanowił obiekt, jaki uwielbiają brytyjskie media – młody chłopak z sąsiedztwa, nieźle grający, utalentowany i ambitny.

Idealny, by w trymiga wykreować go na super-gwiazdę, zanim jeszcze na to zasłuży. A gdy delikwent w swój gwiazdorski status przedwcześnie uwierzy, natychmiast pozbawić go złudzeń i wytaplać w łajnie.

To będzie jeden z najlepszych piłkarzy w historii tego kraju”

(Martin Keown)

Młody Ross spędzał dzieciństwo w dzielnicy Wavertree – tej samej, gdzie przyszło na świat dwóch członków najsłynniejszego muzycznego kwartetu w dziejach – George Harrison i John Lennon. Nie wiąże się z młodzieńczymi latami Barkleya żadna ckliwa opowieść o wydostaniu się z głębokiego niedostatku, żadna ponura historia patologicznej rodziny. Jego losy nie poplątały się również w jakikolwiek sposób z ikonami brytyjskiej i światowej popkultury.

Nic z tych rzeczy. Ross dorastał typowo, pod czujnym okiem kochającej mamy, która dość szybko dostrzegła zamiłowanie syna do futbolu. Objawiało się ono przede wszystkim podczas nałogowej gry na komputerze, co nie było specjalnie w smak pani Diane. Wyganiała ona syna z domu i polecała mu, by jak najwięcej czasu spędzał z rówieśnikami na „Tajemnicy” – tak mieszkańcy Liverpoolu nazywają olbrzymi kompleks parków i boisk, położony nieopodal rodzinnego domu Rossa.

Dlaczego właśnie „Mystery”? Bo przez długi czas nazwisko tajemniczego darczyńcy, który ufundował budowę kompleksu, pozostawało owiane mgiełką sekretu. Dziś już wiadomo, że kasę wyłożył niejaki Philip H. Holt – wielki bogacz, potomek słynnego George’a Holta, który zbił majątek na transporcie morskim.

Dorastanie w Wavertree było raczej nudne – przyznał kiedyś Barkley. – Lubiłem grać na komputerze, ale mama powtarzała, że to strata czasu. Wyganiała mnie na boisko i kazała grać w prawdziwą piłkę. Od dziecka szalałem na punkcie futbolu, ale wizja wystąpienia na Goodison Park była wtedy bardzo, bardzo odległa. Jednak wkręciłem się w to. Wsiadałem do autobusu i jeździłem na treningi z dzieciakami, podwożonymi zwykle przez rodziców. One zawsze miały najnowszy model butów. Moja mama kupowała mi obuwie z drugiej ręki, bo tylko na takie było ją stać.

Mama zawsze bardzo mnie wspierała. Potrafiła pochwalić, kiedy coś jej się podobało, ale gdy była niezadowolona, również dawała mi natychmiast znać – dodawał Ross.

Pomocnik Chelsea chętnie opowiada o roli swojej mamy w początkach jego piłkarskiej kariery, choć to ojciec, Peter Effanga, zapisał go do akademii Evertonu. Relacje Rossa z tatą nie były najlepsze, dlatego chłopiec zdecydował się używać nazwiska mamy: „Barkley”. Nie potrafił dogadać się z ojcem, dlatego nigdy nie interesowało go reprezentowanie kraju, z którego Peter pochodził. Czyli – Nigerii, bo to właśnie stamtąd wywodzą się korzenie Effangi, dziś specjalisty w jednej z brytyjskich fabryk Forda.

1798041

Młody Ross Barkley w barwach szkolnej reprezentacji.

Jako się rzekło, Barkley został zapisany do szkółki swojego ulubionego Evertonu jako jedenastolatek. Już wówczas wyróżniał się na tle rówieśników, o czym chętnie opowiada jego nauczyciel wuefu, Andy Cawley.

– Pamiętam jego pierwszy dla szkolnej reprezentacji – wspominał wuefista. – Wygraliśmy 14:0. On dopiero co rozpoczął treningi w Evertonie i było to po nim widać, nosił głowę wyżej niż wszyscy pozostali zawodnicy. Trener Roberto Martinez porównał go kiedyś do młodego Michaela Ballacka… Mnie zawsze przypominał raczej Zinedine’a Zidane’a, jeżeli chodzi o umiejętność wymijania zawodników i zdobywana przestrzeni na boisku. Z kimkolwiek nie rywalizowaliśmy, on się zawsze wyróżniał i grał fenomenalnie.

 – Był cichym uczniem. Może nie wstydliwym, ale pełnym szacunku – kontynuował Cawley. – Mieliśmy w Broadgreen International School pięciu uczniów, którzy w ostatnich latach zostali profesjonalnymi piłkarzami i Ross zdecydowanie wyróżniał się spośród nich podejściem. Był pokorny, nawet gdy otrzymywał już powołania do młodzieżowej reprezentacji Anglii. Nie odfrunął, stąpał twardo po ziemi. Był świetnym gościem, nie skupiał na sobie uwagi. Naturalne zdolności szły w patrze z doskonałą mentalnością.

 – Czasami musiał opuścić lekcje, gdy wypadał mu trening młodzieżówki albo jakiś ważny turniej z kadrą Anglii. Rozumieliśmy, że są ważniejsze sprawy od zajęć w związku z tym, dokąd on zmierza. Bardzo wspierała go mama, miała również mnóstwo respektu wobec szkoły. Dzisiaj wszyscy w jesteśmy dumni z jego sukcesów. Nie zapomnę, gdy cała klasa zdawała egzamin teoretyczny z wuefu, a jego biurko było puste, bo akurat reprezentował Anglię i zdobywał medal mistrzostw Europy – skończył nauczyciel, przepytany przez ESPN.

*

Barkley w akademii Evertonu szybko zaczął robić furorę i – zgodnie z opowieścią Cawleya – doczekał się prędko powołań do młodzieżowych reprezentacji narodowych. Był bardzo wyrośnięty, dojrzewał szybko, dlatego zwykle przesuwano go kilka roczników wyżej. Bez sensu było kisić tak uzdolnionego zawodnika wśród przeciwników, których był w stanie – nie tylko za sprawą techniki, ale po prostu fizycznej przewagi – rozstawiać po boisku jak pionki na szachownicy. Potrzebował realnej konkurencji, rywalizacji, a taką byli mu w stanie zapewnić tylko zawodnicy o dwa, trzy lata starsi.

Pierwszy mecz dla zespołu rezerw The Toffees chłopak rozegrał w sezonie 2010/11, uświetnił go golem na wagę remisu. David Moyes, który dowodził wówczas pierwszą drużyną Evertonu, obserwował rozwój chłopaka od dawna. Zbierał mnóstwo sygnałów ze strony pracowników akademii, że pod ich okiem rozkwita talent na miarę Wayne’a Rooneya. I Jacka Rodwella, choć to drugie porównanie było bardziej niepokojące niż podniecające.

Ross treningi w akademii zaczął na pozycji środkowego obrońcy, dopiero później przesunięto go do środka pola – wspominał Joe Watson, który szkolił się w Evertonie równolegle do Barkleya. – Technicznie był zawsze świetny, poziom wyżej niż pozostali zawodnicy w roczniku. Bardzo szybko się rozwinął fizycznie, ale to nie jedyny powód jego sukcesu. Zawsze był inteligentny i utalentowany. Potrafił bez problemu przerzucić piłkę na kilkadziesiąt metrów, siłą przerastał wszystkich.

I desperacko pragnął grać – mówił Watson. – Cokolwiek to było, trening czy mecz, zawsze dawał z siebie wszystko i zawsze grał ze starszymi od siebie. Niesamowite jest obserwować, jak wiele osiągnął. Niesamowite, ale nie zaskakujące.

Ktoś mi niegdyś powiedział, że możesz rozpoznać lepszą nogę zawodnika po tym, którą wykona rzut karny – zauważył natomiast Richard Hall, jeden z trenerów akademii Evertonu. – Kiedy pierwszy raz poprosiłem Rossa, żeby wykonywał jedenastki, strzelił cztery. Dwa prawą, dwa lewą nogą. Wszystkie uderzenia wpadły do siatki. Szkoda, że trafił do nas tak późno – większość chłopaków zgarniamy, gdy mają sześć lat. Nasza sieć lokalnych skautów informowała o jego talencie już od dawna. Początkowo stawialiśmy go na środku defensywy z uwagi na jego fizyczną przewagę, ale szybko doszliśmy do wniosku, że musi być bardziej zaangażowany w grę.

Boss Evertonu uznał, że nie ma na co czekać – Barkley coraz częściej trenował z pierwszym zespołem, debiut siedemnastolatka (rocznikowo, jego urodziny przypadają na 5 grudnia) w Premier League wydawał się być kwestią nie lat, nie miesięcy, a tygodni. Albo nawet dni.

Dynamicznie rozwijającą się karierę wyhamowała paskudna kontuzja. W październiku 2010 roku, podczas zgrupowania reprezentacji Anglii u-19, zawodnik Liverpoolu, Andre Wisdom, zaatakował podczas treningu bezpańską piłkę. W jej kierunku ruszył również Barkley. Obaj zaatakowali wślizgiem, obaj – trochę zbyt ostro. Ba, zdecydowanie zbyt ostro. Anglik ucierpiał mocniej, złamał mu nogę w trzech miejscach. Wstępna diagnoza była okrutna – koniec z futbolem.

– Do dziś nie potrafię spokojnie o tym opowiadać. To był okropne, widzieć dwóch młodych chłopców, którzy tak straszliwie ucierpieli – wspominał wielokrotnie trener angielskiej młodzieżówki, Noel Blake.

– Byłem rozbity. Nie mogłem się doczekać, aż zadebiutuję w pierwszym zespole jako szesnastolatek – opowiadał sam Barkley. – Moim idolem był Rooney, wzorowałem się na nim. On swój debiut zaliczył właśnie w tym wieku, więc bardzo mi zależało, żeby mu dorównać. Już cztery razy David Moyes zabrał mnie na mecz i posadził na ławce. Przyznał również, że nie będzie się bał, żeby niedługo dać mi szansę gry. Obiecał mi debiut po powrocie ze zgrupowania. I akurat na tamtym zgrupowaniu złamałem nogę.

PANews BT_P-d9508b88-b4a0-452b-a1b8-ad8eb2e39a41_I1

Andre Wisdom zastanawia się, czy aby na pewno trzeba było wślizgiem tak ostro.

Wtedy podchodziłem do tego bardzo emocjonalnie, wciąż płakałem. Mama prosiła mnie, żebym nie rezygnował. Zapewniała, że wrócę do futbolu silniejszy. Nie było łatwo w to uwierzyć. Każdy dzień z dala od boiska bolał coraz bardziej. Ale wszyscy kumple bardzo mnie wspierali. Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy wreszcie wróciłem na murawę. Kibiców, skandujących moje nazwisko. Teraz mogę reprezentować mój kraj – to jak spełnienie marzeń. Jednak marzeń nigdy nie spełniasz w pojedynkę. Potrzeba mi było wiele wsparcia, żebym dotarł tu, gdzie jestem dzisiaj – mówił zawodnik.

Kiedy byłem dzieckiem, zawsze powtarzałem, że mam nadzieję kiedyś wystąpić w barwach The Toffees. Mówiłem: „jeśli zagram dla Evertonu…”, a wtedy mama poprawiała mnie: „…nie jeśli, a kiedy zagrasz dla Evertonu!”. Miała na mnie największy wpływ. Zawsze nastrajała mnie pozytywnie – dodawał Ross.

Może być jednym z pięciu najlepszych piłkarzy w lidze… ale nie u każdego menedżera”

(Neil Warnock)

Przy wsparciu klubu i mamy, Barkley nadspodziewanie prędko powrócił do zdrowia. Kontuzja, choć sprawiała wrażenie straszliwej, nie nadszarpnęła specjalnie jego piłkarskich mocy, po prostu – stracił trochę czasu i energii na rehabilitację, ale wrócił do gry podwójnie zmotywowany i nabuzowany pozytywną frustracją. Choć – ile procent potencjału wtedy z niego uleciało, nie dowiemy się już nigdy. Może tylko jeden, a może aż dwadzieścia? Niemniej, Moyes wciąż wierzył w Barkleya nieomal bezgranicznie, a doświadczony Tim Cahill po jednym z treningów z udziałem nastolatka stwierdził, że to najbardziej uzdolniona bestia, z jaką kiedykolwiek przyszło mu uczestniczyć we wspólnych zajęciach.

Wymarzony debiut w Premier League przypadł na sierpień 2011 roku. Pierwszy mecz domowy Evertonu w sezonie, atmosfera na Goodison Park – wrząca. Co prawda gospodarze przegrali we wstydliwy stylu 0:1 z Queens Park Rangers, ale młody wychowanek The Toffees zebrał ciepłe recenzje za swój występ. Zresztą – dostał od trenera pełne 90 minut zaufania.

– Barkley wiele lat wcześniej znalazł się również na radarze drugiego klubu z miasta – opowiadał Dave Prentice, redaktor naczelny działu sportowego „Liverpool Echo”. – Rafa Benitez, menedżer The Reds, wręczał trofeum podczas historycznego finału Liverpool Echo Cup w 2008 roku, kiedy Ross był kapitanem zwycięskiej reprezentacji Broadgreen School. Rafa był pod ogromnym wrażeniem tego, co zobaczył. Przeraził się na wieść, że chłopak jest już zapisany do Evertonu. Było kwestią czasu, kiedy Ross zacznie rozwijać swoje talenty w dorosłej kadrze Niebieskich.

Jednak debiut to jedno, a regularne występy w wyjściowej jedenastce– to już inna broszka. Choć talentem chłopaka zachwycali się rozmaici eksperci telewizyjni, włącznie z Garym Linekerem, rywalizacja o miejsce w pierwszym składzie Evertonu początkowo go przerosła. Trafił na krótkie wypożyczenie Sheffield Wednesday i Leeds United, żeby otrzaskać się z dorosłą piłką na poziomie Championship. Nie był gotowy na występy w Premier League. Szwankował u niego proces decyzyjny, co doprowadzało do ataków wściekłości doświadczonych partnerów, którzy mieli nieustającą ochotę, żeby na treningu utrzeć nos napuszonego gwiazdorka.

Miałem go w Leeds. Wiem, że jest niesamowitym profesjonalistą – wspominał Neil Warnock w materiale The Guardian. – Pierwszy przychodzi na trening i zostaje na nim jako ostatni, ćwicząc rzuty wolne aż się ściemni, cały czas trenuje. Ale – jako menedżer – miałem trudności, żeby znaleźć system gry, w którym mogłem mu w pełni zaufać. To bardzo trudne. On uwielbia się kiwać, robi to na własnej połowie, często traci piłkę. Brak mu odpowiedzialności, robi po prostu to, co podpowiada mu instynkt. Tego się chyba nie da zmienić.

Podobne spostrzeżenia wygłaszał David Moyes, choć był wielkim admiratorem talentu Barkleya. – Ross jest chłopakiem, któremu uciekło sporo futbolu. Miał złamaną nogę, stracił sporo czasu na wstępnym etapie rozwoju. Pamiętam, że wszyscy mi wtedy mówili: „Wpuść go, pchnij go do przodu”. Wszystko musi się dziać w swoim czasie, a on ma jeszcze dużo do poprawy. Musi dojrzeć, nie może tracić piłki w niewłaściwych miejscach. Jeżeli dryblujesz i tracisz futbolówkę pod polem karnym przeciwnika, nie ma żadnego problemu. Jeżeli robisz to na skraju własnej szesnastki – wtedy rodzi się kłopot.

Sheffield-Wednesday-v-Bolton-Wanderers--npower-Championship

Ross robił furorę podczas wypożyczenia do Sheffield.

Barkley do pierwszego składu Evertonu dostał się w sezonie 2013/14, już pod wodzą Roberto Martineza. Nieodpowiedzialne, szalone boiskowe decyzje, na jakie zwracali uwagę Warnock i Moyes, rzeczywiście często dawały o sobie znać. Jednak bardzo często z pozytywnym rezultatem, nawet jeżeli partnerzy rozkładali niekiedy bezradnie ręce, gdy kolejny szalony strzał Anglika wędrował nad poprzeczką. Pomocnik w środkowej strefie grał naprawdę z gigantycznym rozmachem, był jak taran. To nie był nigdy inteligentny spryciarz, typ przebiegłego Paula Scholesa, który nie wykonywał na boisku jednego fałszywego ruchu. Uwielbiał rudowłosego pomocnika obserwować w akcji, ale sam prezentował inną mentalność.

Barkley był gotów popełnić na boisku dwa błędy, jeśli tylko czuł, że za trzecim razem uda mu się zrobić coś, co poderwie tłum. Niekoniecznie koncentrował się na tym, by czynić swoich partnerów lepszymi. Skupiał się na swoich liczbach – wszelkie bilanse goli i asyst znał na wyrywki.

Uwielbiał polować na spektakularne bramki. – Moimi wzorami zawsze byli Scholes i Lampard, czyli pomocnicy obdarzeni świetnym strzałem z dystansu. Często obserwuję zawodników, którzy występują na tej samej pozycji co ja. Próbuję wyłapać, co robią inaczej, czego mogę się od nich nauczyć i poprawić w swojej grze. Zawodnicy tacy jak Ozil, Coutinho, David Silva. Tacy jak Kaka. Mistrzowie w swoim fachu. Obserwuję to, co tworzą – ich gole, asysty. Stawiam sobie wysokie standardy – twierdził Ross.

Myślę, że kibice powinni ode mnie oczekiwać goli i asyst – mówił. – Chcę, żeby siedzieli na krawędzi krzesełka, cali podekscytowani, obserwując mnie, jak omijam kolejnych zawodników i kreuję kolejne szanse. Wiem, że cały czas muszę pracować nad wykończeniem akcji. Muszę strzelać więcej bramek. Ćwiczę ten element na każdym treningu, jestem nieustannie skoncentrowany na tym, żeby trafić piłką do siatki.

Roberto Martinez bezbłędnie dostrzegł tę super-ofensywną mentalność swojego podopiecznego, dlatego uczynił z niego dziesiątkę, zdjął z pleców bagaż obowiązków defensywnych, na ile to oczywiście możliwe w realiach współczesnego futbolu. Wcześniej Barkley grywał głębiej, nawet jako cofnięty rozgrywający, ale jego obsesyjna chęć ekscytowania tłumów i zdobywania fenomenalnych goli przysłaniała mu niekiedy na boisku jasność myślenia. Zapominał o grze w destrukcji, o asekuracji dla partnerów, o przesuwaniu się w formacji. Miał na boisku zbyt gorącą głowę, żeby stanowić w drugiej linii ostatnią instancję.

Hiszpański szkoleniowiec nie miał zamiaru kopać się z koniem. Chcesz szaleć w ofensywie? To szalej. Graj na fortepianie, który będą dźwigać Gareth Barry, James McCarthy i reszta ferajny.

Początkowo efekty były piorunujące.

Everton w sezonie 13/14 zajął świetne, piąte miejsce w tabeli, notując aż 72 punkty. Olbrzymi dorobek, zdecydowanie najlepszy pod tym względem sezon dla The Toffees w erze Premier League. Barkley zaskarbił sobie zaufanie selekcjonera Roya Hodgsona i wystąpił we wszystkich trzech meczach mistrzostw świata w Brazylii. Dla Anglików kompletnie nieudanych, jednak trzy występy na mundialu dla 21-latka to naprawdę potężny kamień milowy. Jeżeli chodzi o drużynę u-17, która w 2010 roku zdobyła dla Anglii mistrzostwo Europy, tylko on rozwijał się z tak znakomitym efektem.

Gol sezonu według kibiców Evertonu? Barkley. Najlepszy młody zawodnik Evertonu? Barkley. Fani go ubóstwiali, a on chętnie dał się wprowadzić na piedestał i prędko się tam rozgościł, choć – tak naprawdę – nie wygrał z Evertonem nic. Jego pierwszym trofeum był zdobyty w barwach Chelsea Puchar Anglii.

960

Ross Barkley.

Rozwój Barkleya nie był zaskoczeniem dla większości kibiców Evertonu. Świetnie było zobaczyć, gdy Roberto Martinez w niego uwierzył, podobnie jak wcześniej David Moyes – twierdził Mike Taylor z portalu Kings of Goodison, także w rozmowie z ESPN. – Pokładano nadzieje, że Jak Rodwell będzie następną gwiazdą na miarę Wayne’a Rooneya. Ale większość fanów nigdy nie była co do tego naprawdę przekonana. Co innego w przypadku Barkleya. Naprawdę nie sposób się nie zgodzić ze słowami Martineza, gdy ten stwierdził, że Ross nie ma żadnych słabych punktów.

Jest silny, obunożny, potrafi uderzyć z każdej pozycji, perfekcji dograć, uderzyć głową. Jego technika jest doskonała, nie boi się kontaktu w przeciwnikiem. Gra jak prawdziwy „Scouser”, o ile taki styl gry istnieje – mieszanka Rooneya i Gerrarda. Wszystkich łączy pozbawiony strachu styl – rzadkość wśród współczesnych piłkarzy – kontynuował Taylor.

Sam zawodnik z biegiem lat starał się zmienić swoje podejście do futbolu. Czyścić głowę z nieodpowiedzialnych pomysłów.

– Jestem coraz większym profesjonalistą. Częściej korzystam z masażu, wcześniej przychodzę na treningi, lepiej się odżywiam. Nie wychodzę na miasto, a jeśli już, to na zwykłą kolację z przyjaciółmi. Od paru spraw w życiu musisz się odciąć, jeżeli chcesz być najlepszy w tym, czym się zajmujesz zawodowo. Dlatego przestałem myśleć o zabawie. Piłkarska kariera tak naprawdę trwa krótko. Później można się zająć tym wszystkim, na co wcześniej nie było czasu – opowiadał Barkley.

– Myślę, że moje występy z każdym rokiem się poprawiają, podobnie jak moje bramki – dodawał. – Kiedyś strzelałem kapitalne gole zza pola karnego, ale dopiero później sobie uświadomiłem, że będąc wewnątrz szesnastki mogę strzelić ich więcej. Kiedyś szukałem tylko trafień z cyklu „stadiony świata”. Bo mam świadomość, że jestem zdolny, by takie zdobywać. Wtedy nie myślałem nad tym, żeby wbiegać w pole karne. Dzisiaj wiem, że rola dziesiątki sprowadza się też do tego, by być pomocnikiem, który czasami wciela się w rolę snajpera.

– Przed wiele lat śledziłem karierę Mike’a Tysona. To, jakim był sportowcem. Nie miał w sobie żadnego strachu. Oglądałem klipy, gdy wchodził do ringu bez żadnego płaszcza. Czyste skupienie. Wchodził do ringu skoncentrowany wyłącznie na tym, żeby znokautować przeciwnika. Chciałbym w ten sam sposób wchodzić na boisko. Piłkarze mogą czerpać wiele wiedzy z obserwowania innych sportów – oświadczył reprezentant Anglii.

*

Jak to zatem możliwe, że młody, zdolny, nieustraszony, zakochany w Evertonie zawodnik, reprezentant Anglii z predylekcją do zdobywania olśniewających goli… Stracił pozycję w klubie i z ulubieńca stał się jednym z najszerzej i najzajadlej krytykowanych zawodników The Toffees?

W sumie w barwach swojego ulubionego zespołu Barkley rozegrał 179 meczów, zdobył 27 goli i dorzucił 28 asyst. Jednak od sezonu 2016/17 coś się wyraźnie w jego grze zatrzymało, coś się zaczęło psuć. Współpraca z Ronaldem Koemanem, który zastąpił Martineza na stanowisku menedżera Evertonu, nie układała się tak, jak obie strony by sobie tego życzyły. Forma pomocnika pikowała, a jego myśli coraz częściej uciekały w stronę transferowych plotek.

Koeman nie dopuszczał możliwości, żeby którykolwiek z zawodników czuł, iż jego dobro jest cenniejsze niż dobro zespołu. Zaś Barkley rościł sobie specjalne przywileje. Coraz więcej było w jego wykonaniu machania rękami, krzywych min, bezsensownych wślizgów i człapania, miast powrotów do defensywy.

589075590.0

Ronald Koeman tłumaczy Barkleyowi, w jaki sposób należy postawić parafkę na umowie.

Wciąż zdarzały mu się wielkie mecze, tak jak choćby te ze stycznia 2017 roku, gdy Everton rozwalcował Manchester City czterema bramkami, a Barkley zapisał na swoim koncie dwie asysty. Upowszechniała się jednak opinia, że Ross zatrzymał się w rozwoju. Że nie jest i być może nigdy już się nie stanie piłkarzem formatu, dajmy na to, Kevina de Bruyne. Tymczasem wychowanek Evertonu zdawał się sądzić, że jego potencjał tłumią ograniczone możliwości partnerów z drużyny i klubu. Niezdolnego, by namieszać na poważnie wśród angielskich super-potęg.

W końcu Koeman postawił ultimatum – albo Barkley przedłuży kontrakt wygasający za rok, albo pożegna się z Liverpoolem już latem 2017 roku. Mówiło się wówczas o zainteresowaniu Chelsea i Manchesteru United. Holender postawił sprawę jasno: „albo zostajesz, albo krzyż na drogę”. – Lubię pracować wyłącznie z zawodnikami, którzy są zainteresowani grą w moim klubie – oświadczył Koeman w jednym z wywiadów. – Decyzję Rossa musimy poznać w tym tygodniu, zanim rozjedziemy się na wakacje. Nie mam zamiaru czekać do sierpnia. Już w tej chwili planujemy wzmocnienia przed kolejnym sezonem – albo zaakceptuje propozycję kontraktu, albo go sprzedajemy i budujemy zespół bez niego. Skoro się tak długo zastanawia, to znaczy, że ma wątpliwości.

Barkley wątpliwości rzeczywiście miał. Chciał za wszelką cenę zacząć kompletować trofea. – Kiedy byłem na pogrzebie Howarda Kendalla, obserwowałem tych wszystkich wielkich zawodników – opowiadał w 2015 roku. – Myślałem o historii klubu i o tym, jak wyglądało to wszystko kiedyś, gdy Everton zdobywał tytuły. Wszyscy najlepsi zawodnicy wymieszani ze sobą i osiągający sukcesy wraz z Howardem, który był wybitnym menedżerem, najlepszym w historii klubu. Patrzysz na to i sam tego pragniesz. Pragę tego. Jako drużyna czujemy, że możemy się zapisać w historii, jeżeli będziemy następną generacją zwycięzców. Mamy potencjał w naszym składzie, żeby to osiągnąć. Jeśli nic nie wygramy, to będzie wielkie marnotrawstwo.

Cóż – najwyraźniej Anglik uznał, że marnotrawstwo się dokonało. Latem 2017 roku ostatecznie nie opuścił Goodison Park – nabawił się kontuzji, która wyłączyła go z gry na kilka miesięcy i storpedowała transferowe plany. Ale na początku 2018 roku znów odezwał się telefon z Londynu. Chelsea zapłaciła za Barkleya piętnaście milionów funtów i ściągnęła na Stamford Bridge.

Transfer dopięto cichcem, w atmosferze skandalu, bo burmistrz Liverpoolu, Joe Anderson, zgłosił sprawę na policję. Nie wykryto żadnych nieprawidłowości, ale faktem jest, że gdyby Barkley wymusił transfer już latem, a nie czmychnął zimą, Everton zarobiłby na tym o wiele większe pieniądze. Transparenty na jego temat, które można uogólnić do zbiorczego hasła „Judasz” mają zatem swoje uzasadnienie.

Nie pożegnał się z klasą, choć przy Goodison Park dostał wszystko. Nie tylko wikt i opierunek, również miłość i wyrozumiałość kibiców.

„Jakąkolwiek rolę wyznaczysz Rossowi, on będzie na to gotowy”

(Roberto Martinez)

W Chelsea spędził rundę wiosenną minionego sezonu. Zagrał w dwóch meczach. Jedna sprawa to kontuzje, a druga – stosunek Antonio Conte do swojego nowego podopiecznego. Co do którego, delikatnie rzecz ujmując, nie był przekonany. Zresztą, to był tylko jeden z wielu punktów konfliktu między włoskim menedżerem a zarządem klubu, toczonego przez wiele miesięcy właśnie wokół takich, a nie innych wzmocnień. Conte nie chciał Barkleya i nie miał zamiaru udawać, że jest inaczej. Anglik stał się ofiarą pozasportowych gierek i kompetencyjnych sporów.

– Nie jest łatwo sobie poradzić, kiedy jeden z twoich kluczowych zawodników schodzi z kontuzją. Zwłaszcza, gdy jedynym dostępnym zawodnikiem na ławce jest Ross Barkley – w ten sposób Włoch skomentował nieudany debiut Anglika w Pucharze Ligi. – Pracuje z nami tylko tylko dwa tygodnie, ma jeszcze dużo do poprawy. Dzisiaj byłem zmuszony, żeby dokonać tej zmiany.

Można sobie wyobrazić bardziej sympatyczną recenzję występu debiutanta, albo chociaż bardziej dyplomatyczną. Nawet biorąc pod uwagę, że The Blues przegrali tamtego dnia z Arsenalem i szkoleniowiec Chelsea był lekko nie w sosie.

Barkley zacisnął zęby i pracował nad odbudową formy. Nie pomagały mu w tym urazy i totalny brak praktyki meczowej, ale wieść o tym, że do Londynu trafi Maurizio Sarri dodała byłemu zawodnikowi Evertonu otuchy. Oglądał dziesiątki meczów Napoli. Przyglądał się, jak funkcjonuje drużyna pod wodzą miłośnika nikotyny i ofensywnego futbolu. Kalkulacja była prosta – Sarri to menedżer idealny dla zawodnika takiego jak Ross Barkley. Trzeba zatem zrobić wszystko, żeby wpaść mu w oko podczas treningów i wskoczyć do pierwszego składu.

Efekt – cokolwiek powiedzieć, pozytywny. Barkley przystąpił do sezonu 2018/19 w doskonałej formie fizycznej. Wyżyłowany, nabuzowany, głodny futbolu. Nie zawsze gra w wyjściowej jedenastce, konkurencja o miejsce w składzie Chelsea – zwłaszcza jeżeli chodzi o środkową strefę – jest gigantyczna. N’Golo Kante i Jorginho to filary zespołu, a Barkley, Kovacić, Fabregas i Loftus-Cheek biją się o uzupełnienie tercetu pomocników.

ENG, Premier League, Newcastle United vs FC Chelsea

Maurizio Sarri ma doskonałe wejście do angielskiego futbolu. Jego wpływ na styl gry Chelsea jest po prostu rażący.

Anglik daje trenerowi poważne argumenty, żeby stawiać na niego regularnie, nawet jeżeli w dzisiejszym starciu z Evertonem musiał większą część gry oglądać z perspektywy ławki rezerwowych. Październik należał jednak do niego – trzy gole i trzy asysty w Premier League, w tym sensacyjna bramka na wagę remisu w starciu z Manchesterem United, która doprowadziła Stamford Bridge do istnej eksplozji.

Bramka zdobyta z bliska, dzięki sprytnemu ustawieniu w polu karnym. Ross chyba faktycznie dojrzał wreszcie piłkarsko. Nie ogląda też jak na razie żółtych kartek, co bywało kolejną z jego bolączek.

– Mam 24 lata na karku. Zacząłem rozumieć futbol – mówił zawodnik. – Jestem w wielkim klubie o ogromnych oczekiwaniach. Z fantastycznymi kibicami i piłkarzami wokół mnie. To widać również w moich występach. W październiku przeżyłem być może najlepsze dni mojej dotychczasowej kariery. Wierzę, że jestem lepszym zawodnikiem niż kiedyś. W naszym składzie panuje zacięta rywalizacja, więc musisz wykorzystać swoją szansę, kiedy tylko ją dostaniesz. Wierzę, że teraz idę w dobrym kierunku. Chcę strzelać, asystować i liczę, że dostanę za to nagrodę po sezonie. W postaci trofeum. Albo kilku trofeów.

Fan gry „Call of duty” i Denzela Washingtona stara się zaprzeczyć słynnym słowom Graeme’a Sounessa, który zarzucił mu, że „miał prawie wszystko. Umiejętności, wzrost, technikę. Brakowało mu tylko jednego: mózgu”. Pousuwał tatuaże, na które zdecydował się w bardzo młodym wieku, w przypływie chwili. I musiał ostatecznie przyznać rację nieomylnej mamie, która od początku mu zapowiadała, że kiedyś zacznie się ich wstydzić.

Souness zmienił zdanie na temat Barkleya. – Dostrzegam, że kiedy dostaje piłkę, nie myśli, iż cały mecz toczy się wokół niego. W Evertonie dostawał podanie, mijał jednego, podrywał kibiców i tracił futbolówkę na następnym obrońcy. Teraz wybiera w sposób przemyślany, kiedy wykonywać takie zagrywki. Oddaje piłkę, kiedy nie jest pewien, że mu się uda. Widzę to, to gigantyczny progres. Jeśli będzie się tego trzymał, reprezentacja Anglii zyska znakomitego zawodnika. Bo, jak już mówiłem, chłopak ma wszystkie potrzebne atrybuty.

Ciekawą teorię wysnuł na jego temat Mark Schwarzer: – Obserwowałem Rossa w Australii, podczas przedsezonowego tournee Chelsea – stwierdził były bramkarz The Blues. – Jeszcze nigdy nie widziałem go tak dobrze przygotowanego fizycznie. W Londynie został zmuszony, by opuścić swoją strefę komfortu. Jest z dala od domu rodzinnego i z dala od Evertonu, gdzie zrobiło mu się zbyt wygodnie. Bardzo wcześnie uzyskał tam gwiazdorski status.

Cóż opinia trafiona w punkt. Ross Barkley na Goodison Park dorobił się statusu super-gwiazdy jeszcze jako gówniarz. Przymykano oko na jego wybryki. Puszczano mimo uszu narzekania bardziej doświadczonych kolegów, których trafiał szlag, gdy bezmyślny młodzik w poszukiwaniu jak najpiękniejszej bramki dziurawił szyby w autach zaparkowanych nieopodal stadionu, a przy pomyślnych wiatrach strącał kibicom The Toffees kapelusze z głowy.

Działacze Evertonu wierzyli, że, po pierwsze, Barkley poprowadzi klub do sukcesów, a po wtóre – zarobią na nim fortunę. Ostatecznie oba te plany spaliły na panewce. I dzisiaj Barkley nie ma już statusu ani nowego Wazzy, ani nowego Gazzy, do Ballacka też nikt już nie ośmieli się go porównywać. Choć starcie z Evertonem miało dla niego bez wątpienia piekielnie ważne znaczenie, Sarri dał mu zaledwie dziesięć minut gry. Stał się po prostu jednym z wielu. Lecz nie marudzi na swój los – wszedł dzisiaj na murawę nie po to, żeby pognębić były klub wspaniałym golem, tylko wykonać swoje konkretne, boiskowe zadanie. Zdaje się, że wreszcie do niego dotarło, czym jest taktyka i odpowiedzialność na murawie.

Z wiekiem przybyło mu wreszcie „mózgu”, którego brak tak bezlitośnie i bez ogródek zarzucał mu Souness. Bo czystego talentu zawsze miał przecież pod dostatkiem. Być może właśnie status „jednego z wielu” wpłynął na psychikę Barkleya w sposób szczególnie orzeźwiający.

Michał Kołkowski

fot. Newspix.pl