47. odcinek serialu „Federer vs Djoković” za nami. Ocena? 10/10
Inne sporty

47. odcinek serialu „Federer vs Djoković” za nami. Ocena? 10/10

Na takich rywalizacjach opiera się tenis i na takie mecze się czeka. One po prostu nie zawodzą. Nawet jeśli gdzieś po drodze trafi się mniej widowiskowe spotkanie – jak kilka miesięcy temu w Cincinnati (Djoković wygrał 6:4 6:4) – to następne to wynagradza. Jest jak serial, który trzyma poziom przez wszystkie sezony. Dziś dostaliśmy tego kolejny dowód.

Właściwie żałujemy tylko jednego: że Rafa Nadal nie wycofał się szybciej. Zrobił to już w trakcie trwania paryskiej imprezy, więc numery z rozstawień zostały takie, jak były na początku – Roger grał z „3”, Novak z „2”. To oznaczało, że ich drogi skrzyżują się w półfinale. I tak też faktycznie się stało. Gdyby Hiszpan powiedział „pas” przed turniejem, to obaj znaleźliby się po przeciwnych stronach drabinki. I dostalibyśmy finał marzeń.

Musieliśmy się jednak pogodzić z tym, że obaj mistrzowie spotykają się rundę wcześniej. Nie było to trudne, bo od początku narzucili sobie fantastyczne tempo. Momentami przypominało to nie tyle faktyczny mecz, co jakąś pokazówkę, w której na widowiskowe zagranie rywala trzeba było odpowiedzieć jeszcze lepiej. Mieliśmy wszystko: fantastyczne minięcia, znakomitą grę przy siatce i woleje, długie, kilkunastopunktowe wymiany, a przede wszystkim sporo dramaturgii. Całe spotkanie trwało przecież nieco ponad trzy godziny i zakończyło się wygraną Serba 7:6(6), 5:7, 7:6(3).

Jego długość to jedno – bo nie jest to nic przesadnie imponującego, gdy pomyśli się o Wielkich Szlemach i meczach rozgrywanych do trzech wygranych setów – ale intensywność drugie. Problem w tym, że trudno o jakieś narzędzie, które pozwoliłoby nam zmierzyć ten drugi aspekt. Napiszemy więc tak: zmęczyliśmy się, oglądając to sprzed telewizora. Serio, napięcie, jakie towarzyszyło niektórym piłkom, jest obciążające nawet dla kibiców. A by odczuć to co ci goście na korcie, pewnie trzeba to pomnożyć razy sto.

Dlaczego o tym piszemy? Bo nie potrafimy pojąć, jakim cudem Roger Federer jest w stanie TAK grać, z TAKIM rywalem – Djoković jest aktualnie najlepszy na świecie i nie ma co do tego żadnych wątpliwości – w TAKIM wieku. Na tenisowe warunki to jest już staruszkiem. I to od kilku lat. A jego gra wygląda tak, jakby w międzyczasie podpieprzył hobbitom pewien pierścień i zapewniał sobie w ten sposób przedłużenie tenisowej młodości.

Co do formy Serba, to pisaliśmy już o jego powrocie, gdy wygrał Wimbledon, ale powinniśmy to chyba zaktualizować. Bo to, co wyczynia ten gość, jest po prostu niewiarygodne. Od fatalnego Roland Garros – gdy mówił, że nie jest pewien, czy pojawi się na kortach trawiastych – wygrał na Wimbledonie, w Cincinnati, US Open i Szanghaju. Już teraz wiemy, że Novak zostanie numerem jeden w poniedziałkowym zestawieniu rankingu ATP. A wiecie, co jest najlepsze? On wciąż powtarza, że „są rzeczy, które musi poprawić”. Jeśli mu się to uda, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że w przyszłym sezonie skopie tyłki wszystkim rywalom.

Dziś udało mu się to z Federerem (22. zwycięstwo Novaka z rzędu!), choć w tym przypadku to chyba akurat niewłaściwe określenie. Ten mecz mógł wygrać każdy z nich, obaj wspięli się na wyżyny, ale cóż – taki jest tenis. Zwycięzca może być tylko jeden, nawet jeśli czasem chciałoby się inaczej. W kluczowym momencie lepszy był Serb, który imponował pewnością w tie-breakowej rozgrywce. Zresztą po raz drugi, bo w ten sam sposób wygrał pierwszego seta. Szwajcar dokonał za to pewnej sztuki – przegrał mecz, choć ani razu nie stracił serwisu. Inna sprawa, że… więcej punktów wygrał Novak. Ot, tak to już bywa. Porażka oznacza też, że musi jeszcze trochę poczekać na zgarnięcie setnego turnieju ATP w karierze.

Przed Djokoviciem teraz – teoretycznie – dużo łatwiejsze wyzwanie. Naprzeciw niego stanie Karen Kaczanow, młody Rosjanin, dla którego będzie to pierwszy finał turnieju rangi Masters 1000 w karierze. W cyklu ATP triumfował już trzykrotnie, ale w mniejszych imprezach, a w tym sezonie regularnie pnie się w górę rankingu. Półfinał z Dominikiem Thiemem był jego popisem, w którym nie dał Austriakowi dojść do głosu (mecz trwał godzinę i dziesięć minut, nie przemęczył się). Przeciwstawienie się Serbowi będzie jednak zadaniem o wiele trudniejszym.

Swoją drogą, jest coś niezwykłego w tym paryskim turnieju, gdy chodzi o niespodzianki. To tam do finału dochodził Jerzy Janowicz, w zeszłym roku Jack Sock pokonywał Filipa Krajinovicia, a jutro o tytuł powalczy Kaczanow…

To co, za rok Hubert Hurkacz?

Fot. Newspix

KOMENTARZE (5)