W Anglii zwyciężali głównie faworyci, choć emocji nie brakowało
Anglia

W Anglii zwyciężali głównie faworyci, choć emocji nie brakowało

Kilka pogromów, parę bardziej wyrównanych spotkań. W Premier League mieliśmy dzisiaj popołudnie szczęśliwe dla największych firm. Swoje mecze wygrali wszyscy, którzy marzą o zdobyciu mistrzostwa kraju. Rzecz jasna z wyjątkiem Tottenhamu, ponieważ Koguty musiały uznać wyższość ofensywnej maszyny Jurgena Kloppa. Zapraszamy na podróż po angielskich boiskach – tam w soboty zawsze sporo się dzieje.

(13:30) Tottenham – Liverpool

O tym starciu już pisaliśmy w oddzielnym tekście, zatem nie ma sensu się powtarzać. W telegraficznym skrócie – goście deklasowali beznadziejnie dysponowanych przeciwników przez bite 90 minut gry, aż tu nagle opadli z sił w doliczonym czasie i prawie dali sobie wydrzeć zwycięstwo. O wyniku zadecydowała w ostatecznym rozrachunku pomyłka sędziowska, bo arbiter nie dopatrzył się faulu Sadio Mane na Heung-Min Sonie, a całe zajście działo się przecież w szesnastce The Reds.

Cóż, dzisiaj odbyły się poważne testy technologii VAR w meczach angielskiej ekstraklasy. Na razie na sucho, ale oby jak najszybciej się to zmieniło. Jeszcze gdyby ten mecz sędziował Roberto Firmino, to znalazłoby się jakieś wytłumaczenie, dlaczego nie zauważył przewinienia…

Tottenham 1:2 Liverpool

90+3′ E. Lamela – G. Wijnaldum 39′, R. Firmino 54′

(16:00) Bournemouth – Leicester

Przedziwny był to mecz. Dość powiedzieć, że gospodarze oddali pięć strzałów celnych i aż cztery razy piłka przy takiej okazji zatrzepotała w sieci. Skuteczność, cokolwiek powiedzieć, mordercza. Nie mogli się takową pochwalić przyjezdni. Kiedy zawodnicy Bournemouth prowadzili zaledwie 1:0, Asmir Begović oszalał między słupkami, kapitalnie broniąc uderzenia Jamiego Vardy’ego i Jamesa Maddisona. Gdyby wtedy golkiper nie stanął na wysokości, to wielce prawdopodobne, że mecz potoczyłby się w drugą stronę.

Nie ma jednak co gdybać. Wisienki przetrwały moment kryzysu i dotkliwie rozstrzelały przeciwników. Gospodarze prowadzili aż 3:0 do przerwy, potem – już grając w przewadze jednego zawodnika – jeszcze podwyższyli wynik. Lisy poprawiły sobie nieco humory w końcowej fazie meczu, strzelając dwa gole na otarcie łez. Ale na pewno nie jest to powód do euforii. Zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, jak nieroztropnie grali piłkarze Leicester. Głupie kartki, gapiostwo w defensywie. Kiepścizna, na dodatek podszyta niesportowymi zachowaniami. Jak choćby w wykonaniu Harry’ego Maguire’a, który przez cały mecz ględził, awanturował się i grał naprawdę na pograniczu brutalności.

Swoją drogą, duet Maguire – Morgan jest jednak dość ograniczony szybkościowo i dynamiczni gospodarze wykorzystali to z całym okrucieństwem.

Oczywiście manager Eddie Howe z Bournemouth tonuje nastroje, choć nie ukrywał w pomeczowych wypowiedziach zachwytu nad efektywnością swojej drużyny. Z kolei trener Claude Puel nie załamuje rąk. Jego zdaniem wynik nie oddaje w pełni przebiegu spotkania. – To było ciężkie popołudnie. Dobrze zaczęliśmy, pokazaliśmy jakość i mieliśmy swoje szanse na zdobycie gola. Później nadzialiśmy się na dwa kontrataki i straciliśmy dwa gole.

Bournemouth 4:2 Leicester

R. Fraser 19′, 37′, J. King 41′, A. Smith 81′ – J. Maddison 88′, M. Albrighton 89′

(16:00) Chelsea – Cardiff

Maurizio Sarri wdał się w publiczną refleksję na temat Edena Hazarda, sugerując, że to być może już teraz najlepszy piłkarz grający w Europie. Oczywiście tego rodzaju miana nie przyznaje się na podstawie ogolenia ogórasów z Cardiff, tylko na przykład spektakularnych wyczynów w Lidze Mistrzów, które jak na razie Belgowi nie grożą. Niemniej – zdaje się, że udany mundial coś w psychice tego chłopaka odblokował. Chyba pozwolił naprawdę zrozumieć pełnię potencjału i uruchomił marzenia o najważniejszych indywidualnych laurach, które dotychczas zdawały się być poza zasięgiem.

Dzisiaj Chelsea zaczęła mecz paskudnie – gola na 0:1 dla beniaminka z Walii strzelił 33-letni Sol Bamba, co naprawdę nie jawiło się londyńczykom jako rozkoszny powrót do ligowej rzeczywistości po przerwie na reprezentację. Wpadka z Cardiff na własnym obiekcie to mogła być naprawdę sroga kompromitacja. Ale sprawy w swoje ręce wziął właśnie Hazard. Wyszedł z tego hattrick, w tym dwa trafienia po asystach Oliviera Giroud. Belg naprawdę fajnie wyglądał, krążąc gdzieś wkoło mocarnego Francuza, który na siebie brał ciężar fizycznej walki z obrońcami, czego nie potrafi robić choćby Alvaro Morata.

Po spotkani Sarri kurtuazyjnie wychwalał niesamowity poziom Liverpoolu i Manchesteru City, napomykając nawet, że jego klub zacznie tak grać dopiero w przyszłym sezonie. Dziwne to deklaracje jak na lidera Premier League, ale włoski szkoleniowiec nigdy nie słynął ze sztampowych spostrzeżeń. – Cieszy mnie postawa mojej drużyny, ale stać nas na więcej. Jesteśmy bardzo groźni w ataku, lecz nie tak solidni w defensywie jak bym sobie tego życzył. Choć myślę, że szybko możemy to poprawić.

Cardiff? To po prostu nie jest skład na miarę angielskiej ekstraklasy. Brakuje zawodników dużego formatu i, nawet kiedy mecz układa się nieźle, walijska drużyna szybko traci wszelkie atuty i nie ma argumentów przeciwko mocarnym przeciwnikom. Neil Warnock zrobił kapitalną robotę, jeżeli chodzi o awans do Premier League. Ale żeby się utrzymać, potrzeba będzie chyba cudotwórcy, nie tylko solidnego fachowca.

Chelsea 4:1 Cardiff

E. Hazard 37′, 44′, 80′, Willian 83′ – S. Bamba 16′

(16:00) Huddersfield – Crystal Palace

Terriery dalej swoje – przewaga optyczna, sporo strzałów, niezła postawa jeżeli chodzi o posiadanie piłki i kontrolę środka pola. Wynik meczu? Oczywiście w cymbał. Huddersfield ma naprawdę olbrzymie problemy z wykańczaniem wykreowanych sytuacji podbramkowych. To już nie jest kamyczek do ogródka napastników i skrzydłowych z hrabstwa West Yorkshire, tylko cholerny głaz. Dwa gole w pięciu kolejkach? Bilans cokolwiek żenujący.

Goście nie zagrali dzisiaj wielkiego meczu, a mimo to wywożą z terenu przeciwnika trzy punkty. W defensywie popełniali sporo błędów, ale ostatecznie do zwycięstwa wystarczył przebłysk geniuszu Wilfreda Zahy. Roy Hodgson, manager Orłów, troszkę sobie po spotkaniu gderał: – Kiedy wchodzi się w ostatni kwadrans meczu z przewagą jednej bramki, zawsze są powody do zmartwień. Mieliśmy sporo szczęścia, gdy jeden z ich strzałów trafił w poprzeczkę. Ale kontrolowaliśmy mecz. Mamy trzy punkty, co jest najważniejsze.

Z kolei David Wagner, trener gospodarzy, robił dobrą minę do… niezłej gry, ale beznadziejnego wyniku: – Nie zawsze dostajesz od życia to, na co zasługujesz. To był nasz najlepszy występ w tym sezonie. Stworzyliśmy bardzo dużo dogodnych sytuacji. Absolutnie dominowaliśmy i kontrolowaliśmy grę, ale nie wykorzystaliśmy naszych szans i z pewnością mieliśmy pecha. Wynik jest frustrujący, ale jeżeli dalej będziemy tak grać, na pewno zaczniemy zdobywać punkty.

No i proszę – jeden manager chwali swój zespół za kontrolowanie gry, drugi podobnie. Można zatem wysnuć teorię, że tak naprawdę obaj szkoleniowcy blefują, a tego meczu w rzeczywistości nie trzymał pod kontrolą nikt. Po postu jedni mieli Zahę, a drudzy nie.

Huddersfield 0:1 Crystal Palace

W. Zaha 38′

(16:00) Manchester City – Fulham

Manager Fulham, Slavisa Jokanovic, przed meczem spekulował, że na The Citizens najskuteczniejsze są proste środki. Trudno powiedzieć, co dokładnie miał na myśli, jednak bez wątpienia dzisiaj gospodarze załatwili jego zespół wyjątkowo banalnymi metodami. Coś jak wziąć gazrurkę i przylutować komuś w łeb. Po dwóch minutach podopieczni Pepa Guardioli już prowadzili, po dwudziestu prowadzenie podwoili.

2:0. Niebezpieczny wynik? Nie dla Manchesteru City. Tuż po przerwie gospodarze zamknęli mecz trzecim trafieniem i Jokanović przed kolejnym spotkaniem będzie musiał opracować jakąś inną metodę na szurnięcie obrońców tytułu. Być może tym razem poszuka szczęścia w bardziej finezyjnych sposobach, skoro te proste zawiodły.

Te panie na pewno chętnie zerkną na meczyk:

Pep Guardiola wystawił w pierwszym składzie Leroya Sane i to właśnie reprezentant Niemiec potrzebował 96 sekund, żeby wyprowadzić swój zespół na prowadzenie. – Nigdy nie wątpiliśmy w jakość Leroya – zapewniał hiszpański szkoleniowiec. – Wiele razy ją udowadniał w poprzednim sezonie i dziś znowu dobrze zagrał. (…) Po przerwie międzynarodowej jest zawsze zagadką, w jaki sposób uda się wrócić do gry, a Fulham postawiło nas przed wieloma dylematami. Czeka ich dobry sezon, chciałbym ich docenić.

Pierwszy gol padł po błędzie w środku pola, jakiego dopuścił się Jean Michael Seri. Dowodząc, że nie jest jeszcze gotowy, żeby dominować w środkowej strefie na tle tak wytrawnych graczy jak choćby Fernandinho. – Obie połowy zaczęliśmy od utraty bramki – cierpko zauważył po końcowym gwizdku Jokanović. – Wynik jest sprawiedliwy. Kiedy nie prezentujesz się perfekcyjnie, trudno jest coś zdziałać przeciwko City. My mieliśmy pewne momenty, gdy cieszyliśmy się posiadaniem piłki, ale zabrakło nam jakości.

Manchester City 3:0 Fulham

L Sane 2′, D. Silva 21′, R. Sterling 47′

Newcastle – Arsenal

Granit Xhaka nie strzela może bramek zbyt często, ale jak już mu futbolówka odpowiednio siądzie na stopie, to przychodzi nam często oglądać trafienia pierwszorzędnej jakości. Cymes. Tak było i dzisiaj, kiedy reprezentant Szwajcarii zamienił na gola rzut wolny z dalszej odległości. Później trafienie dorzucił Mesut Ozil. Cuda, cuda ogłaszają.

To był dwusetny mecz Ozila w drużynie Kanonierów. Były piłkarz Realu Madryt od dawna bywa rzadziej czy częściej krytykowany za swoje rozmaite niedostatki, ale tak kiepskiej prasy i tak trudnych relacji z nowym trenerem chyba się nie spodziewał. – Jego jakość wspiera drużynę. To bardzo ważne, że strzelił gola. Nie oczekuję od niego wyłącznie asyst, potrzebujemy go również w polu karnym, zdobywającego bramki – oświadczył Unai Emery, który nakłada ostatnio na reprezentanta Niemiec sporą presję, związaną z jego marnym dorobkiem strzeleckim.

Trzeba powiedzieć, że Kanonierzy pomału rozkręcają się wraz z rozwojem sezonu. Zaczęli od marnych rezultatów osiąganych przeciwko renomowanym rywalom, ale im dalej w las, tym lepiej wygląda ich gra, a przede wszystkim – dorobek punktowy. Dzisiaj nie prezentowało się to najlepiej do najkorzystniej, lecz w drugiej połowie goście zdominowali wydarzenia na St James’ Park i przejęli absolutną kontrolę nad meczem.

– Rozwijamy się – zauważył z satysfakcją Emery. – Musimy kontynuować pracę indywidualną i zespołową nad dalszym rozwojem. W pierwszej połowie nie kontrolowaliśmy gry, ale w drugiej byliśmy lepsi, więc zwycięstwo jest zasłużone.

Jak nietrudno się domyślić, Rafa Benitez był bardziej szczęśliwy z przebiegu pierwszych czterdziestu pięciu minut. – Do przerwy radziliśmy sobie naprawdę dobrze. Mieliśmy poczucie, że możemy tu coś zdziałać. Potem straciliśmy szybką bramkę. Dwa momenty jakości przeciwników i później było nam już ciężko. Pierwsza połowa to było kreowanie sytuacji i napór, ale trzeba wykorzystywać swoje szanse – spuentował trener Srok. Które zaczynają się czuć niepokojąco swojsko w dole tabeli. I wciąż pozostają bez ligowego zwycięstwa.

Newcastle 1:2 Arsenal

Clark 90+1′ – G. Xhaka 49′, M. Ozil 58′

(18:30) Watford – Manchester United

Zupełnie nieoczekiwanie z perspektywy przedsezonowych przewidywań – był to bez wątpienia mecz na szczycie. Niemal na miarę starcia Tottenhamu z Liverpoolem. Warford to zdecydowanie rewelacja początkowej fazy rozgrywek, ale nie takie balony przekłuwał już pewien perfidny malkontent z Portugalii. Dzisiaj również sprawił psikusa wszystkim, którzy w potyczkach Dawida z Goliatem zawsze trzymają kciuki za tego mniejszego, a zwalistemu faworytowi życzą na pohybel.

Jose Mourinho i jego Czerwone Diabły zaproponowały dzisiaj swoją specjalność zakładu. Prowadzenie do przerwy i obrzydliwy minimalizm w drugiej połowie. To jest takie danie, że w pierwszym odruchu człowiek chciałby nawet przyznać ekipie z Old Trafford gwiazdkę Michelin, ale potem chce się już tylko cisnąć talerzem w ścianę. Zresztą, pierwsze minuty meczu należały do zespołu Szerszeni, jednak efekt ofensywnych wypadów gospodarzy był wyłącznie taki, że David De Gea mógł zasygnalizować swój powrót do przyzwoitej dyspozycji.

Potem – dwa szybkie trafienia United, które określiły przyszłość tego spotkania. Najpierw trafił Lukaku, później Smalling. Choć pierwszoplanową postacią gości można było bez mrugnięcia okiem określić Paula Pogbę, a nie żadnego ze strzelców goli. Francuz szalał w środku pola, nawiązując do najlepszych chwil swojej kariery. Ale stopniowo gasł wraz z rozwojem meczu, podobnie jak cała drużyna gości, koncentrująca się na obronie rezultatu.

Watford zdołało zdobyć w końcu bramkę kontaktową, lecz na więcej nie pozwolił znakomicie dysponowany De Gea. To pierwsza porażka Szerszeni w tym sezonie. Manager Javi Garcia nie potrafił ukryć rozgoryczenia: – Byliśmy znacznie lepszą drużyną w drugiej połowie. Byliśmy w stanie przejąć inicjatywę w posiadaniu piłki, tworzyć więcej okazji. W ostatnich sekundach mieliśmy dwie świetne szanse do wyrównania. Nie zdobywamy punktów, ale z naszej postawy po przerwie mogę być dumny.

Natomiast The Special One wygłaszał kuriozalne komunały. – Dzięki temu zwycięstwu, wciąż mamy tyle samo punktów co Arsenal i Tottenham. Utrzymujemy dystans czterech i sześciu punktów straty do czołowych zespołów. Gdybyśmy dzisiaj nie wygrali, ten dystans by się trochę zwiększył. (…) W drugiej połowie obniżyliśmy naszą intensywność. Potem przytrafiła się stracona bramka i mecz stał się otwarty. Myślę, że ostatni wślizg Romelu Lukaku na prawej obronie mówi wszystko. To wizerunek naszej drużyny, która zagrała bardzo dobrze długimi fragmentami pierwszej połowy.

Watford 1:2 Manchester United

A. Gray 65′ – R. Lukaku 35′, C. Smalling 38′

fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (2)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
adamtoto

https://notowaniatyperskie.wordpress.com/ – Trafili wczorajszy typ i dali juz skana na bloga! a na dziś mają kolejny typ dostępny na blogu z kursem ok 5. Do tej pory ani razu sie nie pomylili, a wszystkie skany mają na blogu

Igor

menago szerszeni to nie Garcia

wpDiscuz