As w rękawie (22)
Blogi i felietony

As w rękawie (22)

Ostatni mundial U20 wygrali Anglicy, mundial U17 również, Euro U19 także padło ich łupem. Euro U17 półfinał, Euro U21 ta sama historia. Ich awans do najlepszej czwórki dorosłych finałów jest naturalną konsekwencją. 

Innymi słowy wreszcie jest szansa, by Anglicy mieli więcej medali mistrzostw świata niż Turcja.

Trzeba przyznać Angolom, że solidnie, całymi dekadami, pracowali na miano największej wydmuszki światowego topu. Zabrali się do roboty od samego początku – gdy wreszcie raczyli zniżyć się do poziomu innych i wziąć udział w mistrzostwach, zamiast spodziewanego 10:0 w każdym meczu, drzwi pokazali im amatorzy z USA. Późniejsze turnieje to pielęgnowanie tradycji rozczarowań, ich wyłącznie stopniowanie – raz przypieprzali swoim kibicom mocniej, raz słabiej. Nawet na Euro powtarzali ten schemat, do półfinałów dostając się ledwie dwukrotnie – raz u siebie w 1996, raz dwa lata po mistrzostwie świata.

A przecież to kraj, który wynalazł futbol. Jak się o tym pamięta, bilans żenujący.

Mistrzostwo świata zdobyli na własnej ziemi, poza tym w kontrowersyjnych okolicznościach. Już mniejsza o gol widmo z finału, ale ćwierćfinał z Argentyną po dziś dzień w ojczyźnie Albicelestes nazywany jest el robo del siglo, czyli kradzież stulecia.

Antonio Rattin wyleciał z boiska za dyskusje z arbitrem, choć… niemiecki arbiter nie znał hiszpańskiego, a Argentyńczyk niemieckiego. Rattin był kapitanem, mógł sobie w dyskusji pozwolić na więcej, a nawet prosił o tłumacza, by wytłumaczyć o co mu chodziło, ale sędzia był nieugięty. Zawodnik nie chciał zejść, w końcu musiała go eskortować policja. Anglia dopiero zdziesiątkowanej Argentynie strzeliła bramkę – Hurst ze spalonego.

Tak naprawdę jak się spojrzy na angielski futbol reprezentacyjny, chwały jest diabelnie mało. Nawet ta teoretycznie bezdyskusyjna, a więc rzeczony 1966, nie jest bez skazy. Zasługi głównie dotyczą samych początków piłki nożnej, gdzie angielscy marynarze zasiewali ziarno w różnych krajach. Później jednak przychodziły regularne bęcki, przemieszane z druzgocącymi nokautami na szczekę.

Dlatego być może angielska kadra, patrząc na sukcesy juniorskie, ich imponującą konsekwencję, wkracza właśnie w swój złoty okres. Bezprecedensowy, zrywając z łatką wiecznych frajerów, którzy umieją tylko odpadać w karnych. Na pewno nie jest to pewny scenariusz, ale możliwy.

To, co zwraca uwagę gdy patrzy się na angielski zespół, to jak młoda jest to drużyna. Powyżej trzech dych ma raptem trzech zawodników, dwadzieścia pięć lat i mniej aż dwunastu. Młodzi gniewni, głodni sukcesów, nie mający się jak chować za starszyzną, bo tej nie ma. Muszą więc brać na siebie odpowiedzialność.

Ewentualny sukces w Rosji byłby większym osiągnięciem niż sukces w 1966. Z miejsca ci wszyscy młodzi chłopcy staliby się legendami. Po pierwsze – triumf poza granicami własnego kraju. Po drugie – przy VAR, a nie cudach wiankach, czerwonych kartkach i dziwnych bramkach. Po trzecie – utarcie nosa Rosjanom, z którymi Anglia przegrała rywalizację o organizację mistrzostw 2018, a z którymi politycznie ma w ostatnich miesiącach na pieńku.

Czy wierzę, że Anglia może podnieść Puchar Świata? Belgia i Francja to więcej prochu w arsenale. Chorwaci pewnie też, choć w fazie pucharowej mnie zawodzą.

Ale Anglia ma asa w rękawie i jest nim Southgate. Southgate, który nie musi być znakomitym trenerem, ale jest bezsprzecznie znakomitym selekcjonerem.

Wczoraj na Weszło pojawiło się podsumowanie sposobu, w jaki Anglicy strzelali bramki.

Tunezja 1:0: korner, wrzutka Younga, Stones głową, Kane dobija.
Tunezja 2:1: korner, gol głową Kane’a.
Panama 1:0: korner, gol głową Stonesa.
Panama 2:0: karny Kane’a
Panama 3:0: strzał z dystansu Lingaarda.
Panama 4:0: rzut wolny rozegrany według wypracowanego schematu, kończy – a raczej dobija – Stones.
Panama 5:0: karny Kane’a. Nawet faul po kornerze.
Panama 6:0: rykoszet od Kane’a.
Kolumbia 1:0: karny Kane’a. Faul po kornerze.
Szwecja 1:0: Maguire po kornerze.
Szwecja 2:0: Dele z gry, trafienie po wrzutce.

Mistrzowie stałych fragmentów gry. Trener klubowy ma czas, by dokręcić śrubki w taktyce, przygotować spójny plan działania, popracować nad niedoborami taktyczno-techniczno-motorycznymi. Selekcjoner nie ma na żaden z tych kluczowych elementów znaczącego wpływu, bazuje na piłkarzach przygotowywanych przez kogo innego, nie ma czasu ich nawet porządnie zgrać.

Tak naprawdę gdzie nie spojrzeć na trenerskie rzemiosło, ma związane ręce. Jego ruchy może nie są pozorne, ale ma ograniczone pole działania.

Ale nie przy stałych fragmentach gry. Tutaj może zaplanować wszystko, przemyśleć rutyny rozegrania i ich nauczyć. Southgate tego nie przegapił. Anglicy – bez cienia przesady – kopią ze stojącej piłki fantastycznie. Przemyślane ruchy zawodników, obliczone na zgubienie obrońców i wypracowanie pozycji strzeleckiej jednemu graczowi.

Southgate zrozumiał nie tylko, że SFG z każdym rokiem ma większe znaczenie w piłce. Zrozumiał, że w piłce reprezentacyjnej, siłą rzeczy bardziej chaotycznej i przypadkowej niż klubowa – drużyny narodowe są jak pospolite ruszenie przy armii zawodowej, czyli drużynie klubowej – wzorowe kornery i rzuty wolne są na wagę złota.

I to właśnie obserwujemy. Anglicy nie grają wspaniale. Kto powie, że każdy z finałowej czwórki miał już swój wielki mecz, a oni nie, wiele nie zaryzykuje.

Ale nikt tak doskonale nie wykonuje stałych fragmentów. Przy całym szacunku dla Modricia, Mbappe, Hazarda, futbol dziś jest taki, to może być warte więcej, niż ich najlepszy mecz.

Leszek Milewski