Trzęsie mną, że z tamtej Lechii ostali się tylko Dawidowicz i Frankowski
Weszło

Trzęsie mną, że z tamtej Lechii ostali się tylko Dawidowicz i Frankowski

Bogusław „Bobo” Kaczmarek zawsze słynął z tego, że raczej nie prawi banałów. Szczerze mówiąc, gdy odezwaliśmy się do niego teraz, nie zamierzaliśmy wyciągać żadnego mięcha. Chcieliśmy się po prostu dowiedzieć, czy jego zdaniem Przemysław Frankowski, który właśnie w prowadzonej przez niego Lechii Gdańsk debiutował w Ekstraklasie, jest już dziś poważnym kandydatem do wyjazdu na mundial. Zamiast jednak kilku zdań do tekstu wyszła nam szczera, dłuższa rozmowa. „Bobo” nigdy nie gryzł się w język, a dziś tym bardziej nie musi, bo jak sam mówi „jest już po drugiej stronie rzeki”. Nie może się pogodzić z tym, że większość młodych zawodników, których w sezonie 2012/13 wprowadzał na ekstraklasowe salony, przepadła w niższych ligach.

Przemysław Frankowski to już poważny kandydat na mistrzostwa świata?

To chłopak o bardzo dużym potencjale, zwłaszcza jako lewoskrzydłowy w układzie 4-2-3-1. Może pełnić w reprezentacji podobną rolę, jak kiedyś Ebi Smolarek w reprezentacji Leo Beenhakkera, z którą miałem przyjemność współpracować.

Coś panu powiem, może to pan napisać. Kurwica mną trzęsie, że z grupy wielu utalentowanych chłopaków, których przez 13 miesięcy prowadziłem w Lechii Gdańsk, w poważnej piłce ostali się tylko Frankowski i Paweł Dawidowicz. Reszta została wyrzucona na futbolowy śmietnik. A dlaczego?

Dostali później za mało zaufania? Brak odwagi?

Nie brak odwagi. Polityka! Strategia działania w klubach. Wolą ściągać ten zagraniczny chłam o wątpliwej wartości, który w sposób sukcesywny i notoryczny zaniża poziom Ekstraklasy.

To problem poruszany od dawna.

Nie daje się szansy młodym ludziom. Kiedyś w każdym środowisku była kuźnia talentów z poważnymi trenerami. Przykłady? Jagiellonia – Ryszard Karalus. Wisła Kraków – Lucjan Frańczak. W Lechii byli Józef Gładysz i Michał Globisz, „Bobo” Kaczmarek też się nieskromnie zareklamuje. Dobrą robotę – do dziś na szczęście – robią w Lechu Poznań. Oprócz tego ostały się takie ośrodki jak Zagłębie Lubin, gdzie Holender wyprowadził na prostą pewne rzeczy. Kiedyś kupowali mecze, teraz zainwestowali w Krzysztofa Paluszka i osiem boisk trawiastych. I chwała im za to. To jednak tylko wyjątki.

Jeżeli nie przetniemy tego, to nie pomoże Narodowy Model Gry, suplement do Narodowego Modelu Gry, akademia mobilna czy objazdowa, zimowa czy letnia, bo najważniejsi są ludzie, którzy będą z tą młodzieżą pracować i której będzie się potem dawało szansę. U nas brakuje cierpliwości do chłopaków w przedziale wiekowym 17-19 lat, gdy oni właśnie wtedy osiągają biologiczną dojrzałość. Ale na tym to się trzeba, panie, trochę znać. Rozumie pan? Trzeba trochę tego towaru przerobić. A jak pan spojrzy w moją kartotekę – nie chcę sobie robić kryptoreklamy, bo jej nie potrzebuję, dziś [6 marca] kończę 68 lat i jestem już po drugiej stronie rzeki – to zauważy pan, że wiem, o czym mówię. Postawa reprezentacji i jej iluzoryczne dla mnie siódme miejsce w rankingu FIFA, nie może przesłaniać aktualnego stanu polskiej ligi i szkolenia w polskiej piłce. Legia U-17 ostatnio przegrała z rówieśnikami z Bayernu 0:14. Kojarzy pan?

Pisaliśmy o tym na portalu, to był wstyd. Ale trzeba dodać, że kilka dni później Legia U-16 wygrała z Bayernem 4:1.

Na dziesięć meczów jeden taki się trafi. Ale za trzy lata z U-16 zrobi  się U-19 i będzie 1:8 w czapkę.

Niewykluczone.

Nie niewykluczone, tylko tak będzie. Pan przypuszcza, ja to wiem.

Wracając jednak do Frankowskiego. Przychodziłem do Lechii latem 2012 roku, gdy była tam totalna kastracja finansowa. Czasami potrzeba jest matką wynalazków, prawda?

Tak ostatnio podeszli do sprawy w Górniku Zabrze i dziś kilku piłkarzy pięknie się wypromowało.

Panie, ale to zupełnie inny przedział wiekowy. Na obozie zimowym, kiedy odeszli od nas Abdou Razack Traore i Andreu Mayoral, wśród 25 zawodników w kadrze na obóz do Turcji było jedenastu juniorów. Czy przypomina pan sobie podobny przypadek?

Na poczekaniu nie ma szans.

W większości byli to zawodnicy, którzy zdobyli mistrzostwo Polski do lat 17. Oprócz Frankowskiego i Dawidowicza byli wtedy Kacper Łazaj, Wojciech Zyska, Bartłomiej Smuczyński, Łukasz Kacprzycki i kilku innych. Po moim odejściu jeszcze w miarę starał się to kontynuować Michał Probierz, a później wszyscy poza Frankowskim i Dawidowiczem trafili na śmietnik.

Może po prostu byli za słabi?

Za mało szans potem dostali, byśmy mogli to stwierdzić. A to, co zrobiono z Frankowskim w Lechii, to dywersja i całkowita dyskwalifikacja jeśli chodzi o ocenę możliwości zawodnika. Jak można było puścić kogoś z takim potencjałem za 200-300 tys. zł?!

Nie wiem, ale jak widać, stało się.

No tak, w naszej piłce „impossible is nothing” – i niestety nie chodzi o kwalifikacje i poziom, tylko o sprawy pozaboiskowe.

Frankowski pod moją wodzą już w swoim drugim ekstraklasowym występie strzelił gola Podbeskidziu. Byłem trenerem pierwszego zespołu Lechii, ale miałem też pod sobą wszystkie inne drużyny: U-16, U-19, Młodą Ekstraklasę i rezerwy. Trzeba było zagospodarować osiemdziesięciu ludzi w każdym mikrocyklu treningowym. Chłopcy brali śpiwory, jechaliśmy do Chorzowa na mecz, wygraliśmy go, rano wysiadka po dziewięciu godzinach podróży, śniadanie i jechali ze swoimi młodszymi drużynami na popołudniowe mecze. I ktoś to wszystko rozpierdolił. Przepraszam za dosadność…

Ok, to jak z tym Frankowskim w kontekście mundialu?

Adam Nawałka doskonale się tu orientuje, z rynku białostockiego ma najlepsze informacje, kiedyś tam przecież pracował. Nie ja będę powoływał Frankowskiego, ale mam nadzieję, że selekcjoner nabierze do niego pełnego przekonania. To zawodnik bardzo wszechstronny, zagra panu na każdej ofensywnej pozycji w drugiej linii w różnych systemach. Myślę, że docelowo to piłkarz na pozycję nr 10.

Nieraz grał tak u pana w Lechii, ale Frankowskiego uważa się raczej za typowego skrzydłowego. Ogranicza mu się możliwości?

Zdecydowanie. Zamykanie go na prawym skrzydle to ograniczanie jego możliwości o jakieś 60 procent. Naprawdę. Wyobraźmy sobie geometrię boiska: zawodnik prawonożny na prawym skrzydle jakie ma możliwości rozegrania akcji kombinacyjnej czy indywidualnej, nie licząc kontrataków?

Niewielkie, najczęściej musi grać lewą nogą lub biec przy linii.

A odwróćmy to na drugą stronę – jaki pojawia się „ekran” grania, zejścia do środka i tak dalej? Jak to u Frankowskiego działa, widzieliśmy w Gliwicach, gdy właśnie po takim zejściu strzelił pięknego gola. Z Wisłą Kraków też trafił teraz prawą nogą po akcji lewą stroną. Myśli pan, że to przypadek? Nieskromnie panu powiem, że grałem w piłkę, gdy nasz futbol – nie iluzorycznie, tylko faktycznie – był w przedziale 3-5 na świecie. Począwszy od Igrzysk ’72 do MŚ ’86 w Meksyku. To były złote lata polskiej piłki. Zgodzi się pan?

Zgodzę się.

Kluby polskie dochodziły do ćwierćfinałów czy półfinałów europejskich pucharów. Dzisiaj odpadamy z Bangladeszem.

Jeżeli wszedłby do strefy europejskiej, byłoby to możliwe.

A nie, przepraszam, nie ta strefa geograficzna. Dziś leje nas Azerbejdżan. Kiedyś było to niemożliwe. I kiedyś w Polsce technika i przygotowanie motoryczne to była baza. Nie mógł pan wtedy zobaczyć drewniaków na ofensywnych pozycjach. Musi mi pan wierzyć na słowo, bo pan młody człowiek i na własne oczy nie mógł się przekonać.

Ja już z trójką z przodu.

To już pan pamięta czasy Tarasiewicza, Dziekanowskiego, Rudego czy Furtoka. Wspaniali piłkarze, którzy na dobrym poziomie grali też za granicą. Ale do czego zmierzam: sądzi pan, że ten gol Frankowskiego z Gliwic to przypadek? Nie, ze mną pracował taki gościu, Brede się nazywał.

Dziś trener Chojniczanki Chojnice.

To był taki kadet piłki młodzieżowej. Wziąłem go na drugiego trenera. I my z tymi chłopakami niemalże spaliśmy na stadionie. Uderzenie, które zaprezentował Frankowski, to jedna z pozycji obowiązkowych dla zawodnika nr 10. W tym przypadku bardziej prawonożnego, lewą nogą z takiej pozycji trzeba byłoby zagrać „zewnętrzniakiem”, a to u nas na wymarciu. Nie wiem, czy dziś ktoś poza Kamilem Grosickim, umie w ten sposób poważnie kopnąć piłkę.

Takie gole z niczego się nie biorą. Krew mnie zalewa, że tak łatwo wyrzucamy na śmietnik młode polskie talenty, będące prefabrykatami piłkarskimi, które trzeba uzdatnić do użytku i wprowadzić do dorosłego grania.

Łatwiej wziąć obcokrajowca, przeważnie nieco tańszego niż Polacy w jego wieku.

Z ręką na sercu mówię panu, że w Lechii było kilku zdolniejszych chłopców od „Franka”. Taki Smuczyński, taki Kugiel czy Zyska, taki Łazaj – po jego golu wygraliśmy na wyjeździe z Ruchem. I jeszcze z sześciu bym wymienił, wszyscy mieli wtedy 17-19 lat. Regularnie byli w meczowej kadrze na Ekstraklasę, dwóch wchodziło, inni oswajali się z atmosferą szatni, stadionu, z całą tą oprawą. Na dzika też nie można było wpuszczać. Z Frankowskim wiążę olbrzymie nadzieje. Zanotował duży skok do przodu, wyszedł z tej szuflady, którą było dla niego prawe skrzydło i moim zdaniem już dziś przydałby się reprezentacji.

To już czas, żeby odchodził do lepszej ligi?

Wyznaję zasadę, że jeśli za wcześnie odkrywa się dziecku kołderkę, to bardzo szybko dziecko się przeziębi. I następują tzw. zwroty towaru, których mamy pełno w każdym okienku. Kamil Glik wyniósł cenne doświadczenie z rezerw Realu Madryt. Wrócił do Polski, przebił się w Piaście Gliwice i po początkowych trudnościach zrobił karierę we Włoszech. Dziś jest czołowym obrońcą ligi francuskiej i podporą reprezentacji. Większości jednak taki schemat się nie udaje. Mariusz Stępiński próbuje już trzeci raz  i nadal bez większego powodzenia. Radzę więc „Frankowi”, żeby zachował cierpliwość. Niech skupi się na tym sezonie w Białymstoku, gdzie jest entuzjazm i widać progres. Trzeba to wykorzystać, pojechać na mundial i potem podjąć decyzję. Nie wcześniej.

Na razie Frankowski był na jednym zgrupowaniu reprezentacji. Patrzyłem na niego, na Damiana Kądziora i Rafała Kurzawę. On i ta dwójka przyjechali bardziej jako sparingpartnerzy do treningów niż zawodnicy do grania. Ale początki zawsze są trudne, to była studencka praktyka piłkarska. Teraz, jeśli dostanie szansę, myślę, że ją wykorzysta. Proszę zauważyć, że nie tylko zaczął dawać więcej jakości z przodu, poprawił też strefowy odbiór piłki. W kilku meczach z konieczności grał nawet jako prawy obrońca.

Pojawiały się głosy, że może właśnie to jest jego miejsce na boisku.

Nie, nie nie. Litości. Mamy Roberta Gumnego. Jeżeli będzie dobrze prowadzony, to po Łukaszu Piszczku będziemy mieli prawego obrońcę na lata. Ale to tylko moje zdanie, może nie znam się na piłce.

Wróżył pan kiedyś reprezentacyjną przyszłość Mateuszowi Machajowi. Jego dalsze losy muszą być dla pana dużym rozczarowaniem.

Jestem rozczarowany, że Mateusz zasiedział się w Głogowie. Już od roku powinien być znów w Ekstraklasie. A co wcześniej Mateuszowi przeszkodziło? Gdyby nie złapał kontuzji przed meczem z Urugwajem, to Waldemar Fornalik by go powołał. Machaj był wtedy jednym z lepszych w kraju na swojej pozycji, a do tego mecz odbywał się w Gdańsku, co też było elementem mobilizacyjnym. Niestety przytrafił się uraz, później miał operację i tak to wszystko się rozmyło. Skończyło się tak, że wrócił do Chrobrego. Mateusz to bardziej taki południowoamerykański piłkarz. Nie mogę zrozumieć, że nikt z Ekstraklasy jeszcze go stamtąd nie wziął.

Zimą w pewnym momencie dużo mówiło się o Jagiellonii, w której pracuje dobrze mu znany z Chrobrego Ireneusz Mamrot.

Nie robię mu taniej reklamy, bo jeszcze ktoś pomyśli, że jestem u niego na procencie. Ale ten, kto go weźmie, dużo zyska. Zapewniam.

Ostro krytykował pan w ostatnich miesiącach wydarzenia w Lechii Gdańsk. Przyjście Piotra Stokowca to jakaś nadzieja na normalność?

Sorry, na temat Lechii już się nie wypowiadam.

Zbyt bolesny temat?

Nie bolesny, ale o Lechii powiedziano już wiele, wszystko i za dużo. Gorzej już być nie może, nastąpiła zmiana trenera i życzę temu klubowi wszystkiego najlepszego.

rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK

Fot. FotoPyk