Marusarz kiedyś: legenda, mistrz, kurier AK. Marusarz dziś: szkoda gadać
Inne sporty

Marusarz kiedyś: legenda, mistrz, kurier AK. Marusarz dziś: szkoda gadać

Igrzyska w Pjongczangu boleśnie obnażyły słabości polskiego sportu zimowego. Konkurencja w kategorii „fatalny występ” była wyjątkowo silna, ale my mamy swojego faworyta. To Wojciech Marusarz. Żeby podsumować jego dokonania jednym słowem, wybieramy między „beznadziejny”, „tragiczny”, „żenujący” i „fatalny”. Przykro, bo kiedyś nazwisko Marusarz znaczyło coś nie tylko w polskim, ale i światowym sporcie.

To stara śpiewka: igrzyska to święto sportu, liczy się sam start i tak dalej. Cóż, idee barona de Coubertina dawno się zdewaluowały, dziś sport wygląda kompletnie inaczej niż sto lat temu. Ale Wojciech Marusarz wpisuje się w romantyczną bajkę o igrzyskach znakomicie. On o start w Pjongczangu walczył naprawdę ciężko i marzenie o olimpijskim występie zrealizował. Celowo piszemy „występie”, bo ciężko to inaczej określić. Jeśli była to walka, to jedynie z własnymi słabościami. Jeśli były jakieś szanse, to tylko takie, żeby się nie wywrócić. Jeśli były jakieś cele sportowe, to zostały zrealizowane mniej więcej w takim samym stopniu, jak plan Sandecji Nowy Sącz na zdominowanie Ligi Mistrzów.

Nie przedłużając: Wojciech Marusarz wystąpił w kombinacji norweskiej i zajął dwa razy ostatnie miejsce. W drużynówce było lepiej, bo udało się wyprzedzić jedną ekipę. Ale – bez niespodzianki – główna w tym rola kolegów z reprezentacji. Cóż, może baron de Coubertine jest dumny, my nieszczególnie.

Olimpijczycy z łapanki

Podsumowywanie i analizowanie występu Marusarza w Pjongczangu nie jest szczególnie przyjemnym zajęciem, ograniczymy się więc do minimum. Są pewne dyscypliny zimowe, w których na igrzyska jedzie absolutna czołówka, powiedzmy szesnastu najlepszych zawodników na świecie. Kombinacja norweska do nich nie należy. Prawdę mówiąc, patrząc na występy pana Wojtka można było odnieść wrażenie, że uczestników igrzysk zgarniano w jakiejś łapance. Bo jak inaczej wytłumaczyć na przykład jego wyniki na skoczni normalnej? Podczas gdy czołowi zawodnicy lądowali w okolicach 112. metra, Marusarz odpalił aż 79,5. Jako żywo, przypominają się złote lata polskich skoków i popisy Tonio Tajnera…

marusarz pjong

Ktoś powie: „może miał kiepski dzień, może źle mu powiało”. Może. Na dużej skoczni miał w takim razie jeszcze większego pecha. Mówiąc inaczej: zaliczył tam całkiem solidny wynik… jak na normalną skocznię, czyli 114 metrów. Ale przynajmniej zmniejszył straty do najlepszych – z ponad 30 metrów do jedynie 20…

To jednak nie konkurs skoków, tylko zawody kombinacji norweskiej. Dla niewtajemniczonych: najpierw się skacze, potem biegnie na nartach 10 kilometrów. Wszystkich, którzy w tym momencie pomyśleli, że może Marusarz średnio skacze, ale za to nieźle biega, od razu sprowadzamy na ziemię: biega jeszcze gorzej… Po skokach zajmował odpowiednio 45. i 39. miejsce (na 47 i 48 zawodników). Po biegach w obu przypadkach był ostatni. W drugim konkursie nie dobiegł do mety.

Taki był zamysł trenera. Miałem wystartować i przebiec trzy kilometry. To wszystko po to, żeby oszczędzić się na rywalizację drużynową. Nie ukrywam, że rozczarowała mnie ta decyzja. Nie mogę tego przeboleć, bo igrzyska są po to, by walczyć do końca. Musiałem się jednak pogodzić z wolą trenera, choć duma mi na to nie pozwalała – tłumaczył „Przeglądowi Sportowemu”.

Nowinki chyba nie zagrały

Na deser została drużynówka. Na dużej skoczni Marusarz znów odpalił 114 metrów, czyli jakieś 25 metrów krócej od najlepszych, ba, nawet 16 metrów krócej od najlepszego w polskiej ekipie Szczepana Kupczaka. Po skokach polska ekipa zajmowała ósme miejsce na dziesięć ekip. Po biegach spadła na dziewiąte. Może to i lepiej, bo za ósme należałoby się im stypendium, do którego jakoś przekonani nie jesteśmy. Bo prawdę mówiąc jedyne, za co takiemu Marusarzowi należy się nagroda, to upór. Zdarzało mu się na przykład polecieć na zawody Pucharu Kontynentalnego do USA za własne pieniądze. Opłaciło się, bo 11. miejsce pozwoliło mu wystąpić potem w Pucharze Świata, co z kolei przełożyło się na kwalifikację olimpijską.

Żeby być dobrym kombinatorem trzeba dobrze skakać, by nie mieć dużych strat, ale i trzeba biegać, by nie tracić, tylko nadrabiać – tłumaczył kiedyś w rozmowie z portalem skipol.pl. Cóż, musimy przyznać, że obserwując jego występy w Pjongczangu myśleliśmy, że realizuje raczej taktykę: trzeba być ostatnim po skokach, wtedy jest szansa, że nikt cię nie wyprzedzi w biegach…

W rozmowie z „Przeglądem Sportowym” tuż przed wylotem na igrzyska przyznał, że miał wcześniej problemy z wagą, ale udało mu się zrzucić kilka kilo, „dzięki czemu skacze coraz lepiej”.

Procentuje praca na treningach. Zawsze brakowało pewnych detali. Zmieniłem trochę trening, ale też podejście do niego. Pomogło mi też wiele osób. Na spokojnie popracowaliśmy z trenerem Władysławem Gąsienicą-Wawrytko i teraz to przynosi efekty. Swoje dorzucił też trener kadry Danny Winkelmann, zaczerpnąłem od niego kilka nowinek technicznych – mówił dalej. Prawdę mówiąc, jeśli po tym wszystkim ląduje tuż za bulą i jest najwolniejszy na trasie (o ile w ogóle dobiega do mety), to trochę boimy się myśleć, co było wcześniej…

Cóż, zdecydowanie, samo dobre nazwisko to zdecydowanie za mało.

Z ręką przywiązaną do tułowia

A nazwisko Marusarz w swoim czasie dla polskiego sportu znaczyło tyle, ile dziś Stoch, Lewandowski, czy Włodarczyk. Dość powiedzieć, że kiedy pan Stanisław zwyciężył w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca Polski, to nie oddał tytułu przez dziesięć lat. Fakt, nie opinia, choć może troszkę naciągany. Narciarz z Zakopanego wygrał bowiem ostatnią edycję przed wybuchem II wojny światowej. W latach 1939 – 1947 Plebiscyt nie był organizowany, ale prawda jest taka, że gdyby nie wojna, Marusarz mógłby przez lata święcić kolejne sukcesy.

Jego historia należy do kategorii tych, o których mówi się, że to gotowy scenariusz na hitowy film. Stanisław Marusarz to był gość. Z filmem o nim mielibyśmy tylko jeden poważny problem: Daniel Craig czy Tom Cruise. Naprawdę smutno, że dziś ktoś o tym samym nazwisku zajmuje ostatnie miejsca na igrzyskach. Bo Stanisław ostatnich miejsc nie zajmował nigdy. Nawet wtedy, gdy startował z zerwanym przyczepem barku i ręką przywiązaną do tułowia. Wówczas, na mistrzostwach świata w Chamonix, zajął 12. miejsce! Na kolejne jechał już jako jeden z faworytów. I nie zawiódł.

stanislaw

W Lahti był zdecydowanie najlepszy. W pierwszej serii pobił rekord skoczni, lądując na 66. metrze. W drugiej poleciał o półtora metra dalej. I wtedy zaczął się cyrk. Norweski sędzia najpierw wpłynął na pozostałych, żeby uznać 67, a nie 67,5 metra, a potem zaczął mieszać przy notach za styl. Ostatecznie złoty medal przyznano Norwegowi Asbjoernowi Ruudowi. Duża sztuka, jeśli wziąć pod uwagę, że skoczył w sumie o 5,5 metra bliżej. Dziś taka przewaga byłaby bardzo duża, a co dopiero w czasach, gdy skakało się dwa razy krócej! Sam Norweg chciał oddać Marusarzowi puchar, ale Polak go nie przyjął. Zdecydowanie, nie był to typ rozczulający się nad sobą, choć żal do sędziów miał do końca życia.

Gdy jako pierwszego wywołano Ruuda pojąłem, że mnie skrzywdzono. Przegrałem na trybunie sędziowskiej. Sala była wyraźnie zaskoczona. Przyjęła niesłuszny werdykt demonstracyjnym milczeniem – pisał w książce „Na skoczniach Polski i świata”. – Wszyscy zgodnie utrzymywali, że jestem moralnym mistrzem świata. Sala skandowała moje nazwisko. Sędziowie i organizatorzy przyjmowali tę manifestację z rzadkimi minami. Darmo rozglądałem się za Ruudem, aby mu powinszować sukcesu. Wymknął się chyłkiem z sali…

Na igrzyskach olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen w 1936 roku dwa razy był blisko medalu. W skokach zajął piąte miejsce, a w kombinacji norweskiej siódme. Cztery lata wcześniej startował w Lake Placid, gdzie był 17. w skokach oraz 27. w kombinacji norweskiej i biegu na 18 kilometrów.

Skok po życie

Skoki w Lahti i na igrzyskach olimpijskich były bardzo ważne, ale nie najważniejsze w jego życiu. I nie najbardziej „filmowe”. Do tych doszło już w czasie wojny, w której Marusarz brał aktywny udział. Nie biegał jednak z karabinem, tylko wykorzystywał swój talent sportowy oraz znajomość gór. Niemal od samego początku wojny działał jako kurier. Dwa razy został złapany. Kiedy wracał z Budapesztu z plecakiem pełnym pieniędzmi dla podziemnych władz, capnęli go Słowacy. Marusarza uratował – jakże by inaczej – skok. Kiedy razem z eskortującymi schronił się w domu przed burzą śnieżną, ogłuszył jednego ze strażników i wyskoczył szczupakiem przez okno. Zanim ktokolwiek ruszył w pogoń, narciarz był już w lesie. Za drugim razem tak łatwo nie poszło. Niemcy zatrzymali także jego siostrę Helenę, również kurierkę, którą wkrótce rozstrzelali. Stanisław z jednego więzienia trafił do następnego, w czasie przesłuchań był bity. Próbował się bronić, twierdząc, że jest sportowcem i nie ma nic wspólnego z działalnością polskiego państwa podziemnego. Kiedy Niemcy dowiedzieli się, kim jest, zaproponowali mu posadę trenera niemieckich skoczków. Marusarz ich wyśmiał i próbował uciec podczas transportu krakowskiego więzienia przy Montelupich. Tam usłyszał wyrok śmierci.

Najpierw Marusarzowi i jego współwięźniom kazano wykopać groby dla osób z celi obok. Wtedy było już jasne, że wykonanie wyroku to kwestia godzin. Narciarz zmobilizował więc towarzyszy niedoli do podjęcia ostatniej próby ucieczki. – Dwie nogi stołowe owinęliśmy ręcznikami i namoczyliśmy w fekaliach, żeby nie skrzypiały przy robocie. Potem na zmianę rozginaliśmy kraty tym zaimprowizowanym narzędziem – wspominał.

Skakali po kolei z celi na pierwszym piętrze. Marusarz źle wyskoczył i leciał głową w dół. Uratowało go doświadczenie ze sportu. Wykonał obrót, którym zazwyczaj bronił się przed upadkiem na skoczni, dzięki czemu wylądował na nogach. Potem, razem z drugim współwięźniem zdołał pokonać czterometrowy mur z drutem kolczastym i tyle go widziano. Podczas ucieczki został postrzelony w udo, ale i tak miał mnóstwo szczęścia, bo resztę uciekinierów zastrzelono.

Śmierć na pogrzebie

Po wojnie, jako porucznik Armii Krajowej, miał problemy w Urzędem Bezpieczeństwa, przed dwa lata musiał się ukrywać. Trudno się dziwić, że po takich przejściach nie zdołał już wrócić na szczyt, choć jeszcze pięć razy został mistrzem Polski i wystartował na igrzyskach w Sankt Moritz, gdzie w skokach zajął 27. miejsce.

Dziś fenomenem jest Noriaki Kasai, startujący dobrze po czterdziestce. Marusarz miał 43 lata, kiedy pojechał na igrzyska do Cortina d’Ampezzo, w których jednak ostatecznie nie wystartował (skakał tylko jako przedskoczek). Rok później zakończył karierę, ale wcale nie oznaczało to końca skakania. Kiedy w 1966 roku, jako 53-latek, został zaproszony do otwarcia Turnieju Czterech Skoczni, zrobił to w swoim stylu. W garniturze, pod krawatem, na pożyczonych nartach skoczył 66 metrów!

Skakać chciał także ponad 20 lat później, kiedy Wielkiej Krokwi nadawano jego imię. Na przeszkodzie stanęły jednak fatalne warunki pogodowe.

Niesamowite życie Marusarza zakończyła równie filmowa śmierć. W październiku 1993 roku narciarz wygłaszał mowę pożegnalną na pogrzebie Wacława Falczaka, który był jego dowódcą w czasach okupacji. Emocje okazały się zbyt silne, serce 80-letniego Marusarza nie wytrzymało. Mimo reanimacji, nie udało się go uratować. Kilka dni później sam spoczął na tym samym zakopiańskim Cmentarzu Zasłużonych.

Aha, kilka miesięcy wcześniej urodził się Wojciech Marusarz. Cóż, póki co właśnie ten rok, Zakopane i nazwisko to jedyne, co łączy go ze Stanisławem. Naprawdę, warto, żeby coś się zmieniło. Takie nazwisko  zobowiązuje…

JAN CIOSEK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (24)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
pep pep

Awans Marusarza na igrzyska był w tym sezonie wielką pozytywną sensacją. Oczywiście na IO raz skoczył słabiej(normalna ) a dwa razy (lepiej (jego max możliwości skokowe na dużej ind i druz). Ale generalnie drużynowo nie zawiódł i należą mu się za to wielkie brawa a nie szydera. Nie jest winą zawodnika który rok temu był nr 300 na świecie, że sam będąc poza kadrą zrobił takie gigantyczne postępy które starczają akurat na bycie nr 100 i złapanie kwalifikacji olimpijskiej dla kraju z ostatniego miejsca na liście. Trudno wymagać więcej..Na samych IO na dużej gdyby nie trener to wyprzedziłby con. 2 rywali, z których każdy jest od niego mocniejszy. Gdyby zawiódł to walka o 8 miejsce druzynowo byłaby niemożliwa. A wcale dużo nie brakowalo- brakowalo tego, że nowy trener w tym sezonie na dno skokowe wprowadził lidera Cieślara , a samym konkursie druż skok zawalił Słowiok. Wygrana z USA i tak była przyjemną niespodzianką zaś pokonanie Włoch byłoby by sensacją (druzynowo liczy się głownie bieg, a Włosi przerastają nas biegowo o kilka klas)

mr.OTHER
Kartofliska.pl

Panie Ciosek, zajmij się Pan czymś pożytecznym. Ten artykuł jest po prostu bez sensownym dobijaniem leżącego. Naprawdę, bronię weszło w momentach, w których wszyscy drą koty – ale to jest żenada, nie dziennikarstwo.

LOBO

Ja bym nie nazywał tego sportowca leżącym, ponieważ na igrzyska nie trafił z przypadku, a, że nie był wyżej to trudno. Nie każdy musi być mistrzem, tak samo jak ciosek nigdy nie będzie poważnym dziennikarzem.

Nedi81

Ojeju, szukasz ojciec, szukasz, a recepta? No bo może by tak zagonić do biegania kadrę C czy D w skokach? Namówić, obiecać Pekin 2022, a miejsca 26-35 nie byłyby sferą marzeń. Wszystkim tym Gąsięnnicom, Sieczkom, Synusiom i innym semi-profesional biegaczom, założyć na grzbiet karabin, opłacić strzelnicę i Bjerndaleny pouciekają se strachu. Co jeszcze? Zapas masek dla sankotłuków, jakiś specjalista od niewypierdalania się na starcie i najseksowniejsze gaciochy dla łyżwiarek figurowych. Mój kumpel Daniel, wieloletni alkoholik, powiedział że na muldach to by mógł. Tor bobslejowy mógłby być w Płocku. Chuj że płasko – rury są! Udostępniać ślizgawki curlingowcom. Potrenują, posprzątają… Dobudujmy coś do Nosala! Ze dwa kilosy. Byłby Licheń dla zjazdowców (nazwiska j.w.) No i niech ktoś kurwa pogada z Justyną. Jest wiele fantastycznych pomysłów na to, żeby rodzina Kotów skomentowała wór medali za cztery lata.

DrMabuse
Wisła Kraków

Z nazwiskiem Ciosek brać się za temat analiz tradycji nazwisk…. Odważnie.

madmax

100%, pozdro dla tych co znają trochę historię :)

LOBO

Juz Ciosek dales sie poznac jako klaun piszac o boskie i teraz serwujesz nam to, totalna padaczka. Czlowiek chce sobie poskakac i pobiegac na nartach, uczciwie zdobywa kwalifikacje olimpijska i jest po prostu najslabszy ze wszystkich, nie kazdy moze byc mistrzem. Ciosek po co ten artykul, po co? Moglbys sam odejsc z weszlo albo przynajmniej pisac te swoje gowna na jakiejs wlasnej platformie?

„Zakopane i nazwisko to jedyne, co łączy go ze Stanisławem. Naprawdę, warto, żeby coś się zmieniło. Takie nazwisko zobowiązuje…”

Jestes ubogim czlowiekiem.

Jan Serce

Pobrandzluj się panie Ciosek nad polskimi kopaczami. To w końcu wybitne jednostki w światowym sporcie, mimo że grają za darmo, pracują na dwa etaty, trenują za stodołą bo brakuje obiektów, a zainteresowanie jest zerowe.

Lelumpolelum

Obrzydliwy artykuł, dziennikarstwo najniższych lotów. Z tego teksu wynika, że nazwisko Marusarz zostało wręcz zhańbione. A przecież Wojciech Marusarz nie jest złodziejem, mordercą, krzywdzicielem dzieci, tylko zwyczajnie sportowcem nie najwyższej klasy, który w uczciwy sposób zakwalifikował się na Igrzyska. Sam Stanisław Marusarz, utytułowany sportowiec i patriota, pewnie nigdy nie pozwoliłby sobie na takie lekceważące, pozbawione szacunku mówienie i pisanie o Wojciechu Marusarzu. Wam Ciosek do klasy któregokolwiek Marusarza bardzo, bardzo daleko.

StoigniewCz

To dla mnie wyjątkowa chwila. Nigdy w życiu nie czytałem większego syfu niż powyższe wypociny.
Strach bierze o czym autor napisze następnym razem. Propozycje:
1. „Krzysztof Nowak – pseudo-legenda Wolfsburga” (czyli o piłkarzu, który zagrał parę meczów i tylko za chorobę jest na piedestale).
2. „Francesco Totti – ambicji brak” (piłkarz, który przez brak ambicji nigdy nawet nie wyściubił nosa poza Romą).
3. „Jakub Błaszczykowski – grabarz Narodu” (który przez bezmyślność i nijakość, jaka towarzyszy przecież całej jego karierze, pozbawił nas mistrzostwa Europy)
4. „Andrzej Gołota – fałszywy idol” (jak to Endrju niezasłużenie jest nadal najbardziej znanym polskim bokserem, a przecież tak naprawdę to mięczak, bo, hehe, wytrzymał z Lewisem, haha, tyle co każdym by wytrzymał, huhu).

Szymi10

Kilka herbatek z prądem proponuję autorowi. Na takie mrozy będą idealne, nieco powinny rozgrzać. A jeśli nie, to może uda się dzięki nim zapomnieć o powyższym ,,dziele”.
,,Można było odnieść wrażenie, że uczestników igrzysk zgarniano w jakiejś łapance” – na zasadzie łapanki to chyba autor zgarniał myśli.

JC

„myśleliśmy, że realizuje raczej taktykę: trzeba być ostatnim po skokach, wtedy jest szansa, że nikt cię nie wyprzedzi w biegach…” – dawno tak dobrego dowcipu nie słyszałem :)

człowiek krzak

mam nadzieję, że ktoś w redakcji pójdzie po rozum do głowy i ta karykatura dziennikarza nic tu już nie napisze. ciężko to w ogóle skomentować, nie idźcie tą drogą

marianman

Ciosek weź się zwolnij człowieku.
Jeśli PIłka by była sportem indywidualnym to ciekawe które miejsce miałby przysłowiowy Pazdan czy Furman. załapaliby się w pierwszych 10 000 miejsc ?

cibor74

„baron de Coubertine jest dumny, my nieszczególnie.”

Może autor, który nie potrafi napisać poprawnie nazwiska barona jest dumny z tego artykułu, my nieszczególnie. Wydaje mi się, że poziom zaprezentowany przez dziennikarza w artykule jest zbliżony do poziomu zaprezentowanego przez zawodnika na igrzyskach chociaż przypuszczam, że temu pierwszemu z nieznanych mi przyczyn więcej płacą.

Konrad Ciborowski

Staszek Anioł

Pogrzeb FElczaka, nie Falczaka.

Wróżka Weszława

Panie Ciosek, a czy Pan byłeś w czymś 47 na świecie? To zamknij Pan pizdę.

Szynkers88

Żenada, skandaloza, kompromitacja tego „dziennikarza”.
Mam nadzieję, że ten „tekst” nie odbierze słusznej satysfakcji zawodnikom z udziału w IO, w tym samemu Marusarzowi, który musi być wielkim pasjonatą tego sportu.
Po tym tekście przeszła mi przez myśl likwidacja konta na Weszło i zbojkotowanie tej strony… Jestem naprawdę zbulwersowany i zastanawiam się, co też w głowie pana Cioska musi się mieścić, że takie byty popełnia…
Jazdę po piłkarzach jakoś zrozumiem – goście sporo zarabiają, nierzadko imprezują poza boiskiem, z jakiegoś babola się pośmiejemy, w ogóle łatwiej przełknąć mi mecze naszej ekstraklasy w formie komicznego komentarza – „to raczej ocieplanie wizerunku” naszego Ogórkolandu. Natomiast ten tekst to zwykłe chamstwo…

cinek882

Żałosny artykuł, twórca nie jest lepszy do bezimiennych, zakompleksionych hejterów z internetu, którzy obrażają sportowców nawet pokroju J.Kowalczyk, zapominając o jej sportowych dokonaniach. Wogóle porównywanie Stanisława Marusarza do Wojciecha – zupełnie nie na miejscu.

Pozniej wymysle nick

wezcie wy wszyscy obroncy moralnosci wyluzujcie, typ byl OSTATNI w jakiejs niszowej dyscyplinie na niszowych igrzyskach, jezeli otrzymuje jakiekolwiek dofinansowanie to grubo bym sie zastanowil nad jego ujebaniem, niech sie lepiej zajmie uczciwa praca.

pep pep

Czy by miał dofinansowanie, czy by nie miał to nie miało by większego znaczenia, ale chyba nie przeczytałeś mojego wpisu- Wojciech Marusarz nie znajduje się w żadnej kadrze narodowej w kombinacji norweskiej (!) co łatwo można sprawdzić na stronie PZN .Powyższe prowadzi to do wniosku, że zasadniczo nie miał dofinansowania. Nie mając wsparcia – de facto jako amator – tępy co zakrawa na cud.
Dodam, że on sam podobno sfinansował swoje starty w Pucharze Kontynentalnym w USA dzięki którym jako czwarty Polak zdobył olimpijską kwalifikację., bez żadnej zasługi Winkelmanna, który występowi w druzynie podporządkował indywidualny start Marusarza (to może i słusznie, ale gdyby nie to, to absolutnie nie byłby on ostatni na duzej skoczni). Mało tego efekty pracy tego trenera są dużo gorsze niż poprzedniego polskiego 3o-letniego trenera Mateusza Wantuloka, który lidera Cieślara doprowadził do 7 miejsca w zawodach PS i 53 pkt w sezonie , a pod okiem Winkelmanna Cieślar zdobył całe zero pkt PS.
Zagraniczni trenerzy nam się na tych IO nie udali- Nieminen, Winkelmann i Torgersen to trzej najgorsi trenerzy polskiej ekipy na tych IO.

Pozniej wymysle nick

moge go tylko oceniac przez pryzmat siebie samego, jakbym mial w czyms byc ostatni, przedostatni w porywach siodmy od konca, to zajalbym sie czyms innym, najwyrazniej mam wieksze ambicje niz ta oferma…

pep pep

Czy by miał dofinansowanie, czy by nie miał to nie miało by większego znaczenia, ale chyba nie przeczytałeś mojego wpisu- Wojciech Marusarz nie znajduje się w żadnej kadrze narodowej w kombinacji norweskiej (!) co łatwo można sprawdzić na stronie PZN .Powyższe prowadzi to do wniosku, że zasadniczo nie miał dofinansowania. Nie mając wsparcia – de facto jako amator – co zakrawa na cud, wywalczył kwalifikację olimpijska
Dodam, że on sam podobno sfinansował swoje starty w Pucharze Kontynentalnym w USA dzięki którym jako czwarty Polak zdobył olimpijską kwalifikację., bez żadnej zasługi Winkelmanna, który występowi w druzynie podporządkował indywidualny start Marusarza (to może i słusznie, ale gdyby nie to, to absolutnie nie byłby on ostatni na duzej skoczni). Mało tego efekty pracy tego trenera są dużo gorsze niż poprzedniego polskiego 3o-letniego trenera Mateusza Wantuloka, który lidera Cieślara doprowadził do 7 miejsca w zawodach PS i 53 pkt w sezonie , a pod okiem Winkelmanna Cieślar zdobył całe zero pkt PS.
Zagraniczni trenerzy nam się na tych IO nie udali- Nieminen, Winkelmann i Torgersen to trzej najgorsi trenerzy polskiej ekipy na tych IO.

Krzysztof Jarzyna ze Szczecina
Szef Wszystkich Szefów

O kurwa, chyba najgorszy artykuł w historii weszło. Gratuluję panie „autorze”!

wpDiscuz

INNE SPORTY