Marzyłem, że po karierze włożę garnitur jak Boniek i nie będę musiał nic udowadniać…
Weszło Extra

Marzyłem, że po karierze włożę garnitur jak Boniek i nie będę musiał nic udowadniać…

– Spodziewałem się po karierze dwóch dróg: albo ubieram garnitur i nie muszę nic robić, albo zostaję przy piłce i sprawia mi to czystą radość. Nie mam ani jednego, ani drugiego.

Łukasz Surma dopiero po karierze zrozumiał kolegów, którzy wciąż powtarzali mu, by grał w piłkę jak najdłużej. Ligowa legenda pół roku po zawieszeniu butów na kołku wciąż bije się z myślami: co dalej? Bohater 559 meczów w Ekstraklasie rozważał nawet… zapisanie się na AWF i pracę wuefisty. Jak wielki szok przeżywa Łukasz Surma, od niedawna grający trener czwartoligowej Watry Białka Tatrzańska? Zapraszamy na szczerą rozmowę.   

Piłkarz, który rozegrał 559 meczów w Ekstraklasie, pół roku po zakończeniu kariery zostaje grającym trenerem czwartoligowej Watry Białka Tatrzańska. Nie jest to raczej standardowa droga. Co cię skłoniło do takiego ruchu? 

Gdy tylko pojawiła się taka propozycja stwierdziłem, że jeśli w przyszłości chcę być pierwszym trenerem, muszę sprawdzić, czy w ogóle się do tego nadaję. Każdy myśli, że powinienem iść jako drugi trener do wyższej ligi, bo to naturalna droga, ale ja chcę odpowiadać za wszystko w drużynie sam, jakakolwiek byłaby to liga. Po drugie – chciałem jeszcze grać. Nie usłyszałem w głowie gongu, który kazałby mi zakończyć granie. We mnie wciąż jest tyle różnych emocji, które są ze sobą sprzeczne, że… To nie było tak, że ze stuprocentową pewnością podjąłem decyzję: kończę grać i teraz będę się zajmował tym i tym. Samo wyszło. Życie toczy się dalej i człowiek się zastanawia, czy dobrze zrobił. Zwłaszcza, że rzeczy, które robił po karierze, nie do końca pokrywały się z jego wyobrażeniami. Praca z dziećmi jest bardzo ciężka – nie spodziewałem się, że aż tyle trzeba poświęcić na dyscyplinę i cierpliwość. Najpierw trzeba zacząć od tego, by grupa była zdyscyplinowana, a dopiero potem można wdrażać jakieś inne rzeczy. Nie wiem, czy mam na tyle cierpliwości. Jest to na pewno nowe doświadczenie, dlatego cieszę się, że je zdobywam.

Jak wyobrażałeś sobie życie po życiu? Na co się nastawiałeś? 

Nastawiałem się na to, że będę spełniony i odejdę od dużej piłki. Śniła mi się kariera Zbigniewa Bońka, który odchodzi w glorii i chwale, ubiera garnitur i nie musi nic udowadniać. Tak nie jest. Poza tym oczekiwałem, że gdy wejdę do piłki z innej strony, będzie mi dawała nieposkromioną radość. A tak też nie jest. Długo biłem się z tym, że nie miałem co robić. Nie znam dobrego rozwiązania. Jestem na etapie szukania swojej drogi. Stąd moje wątpliwości, gdy mówię na temat trenowania dzieci. Nie uważam absolutnie, by to było uwłaczające, choć to za duże słowo – szacunek dla trenerów, że muszą w takich warunkach pracować. Spodziewałem się po karierze dwóch dróg: albo ubieram garnitur i nie muszę nic robić, albo zostaję przy piłce i sprawia mi to czystą radość. Nie mam ani jednego, ani drugiego. Czekam, aż znajdę drogę, która da mi spokój.

Wierzę, że będzie nią trenowanie seniorów. Może w szatni wśród dorosłych facetów bardziej będę potrafił pozbyć się swoich emocji? Wśród dzieci trzeba jednak bardzo dużo udawać. Gdy jest się zdenerwowanym, trzeba założyć maskę. W seniorach bycie sobą popłaca. Może mi tego trochę brakuje? Sam nie wiem.

Myślałeś o innych sposobach na życie?

W pewnym momencie chciałem zapisać się na licencjat na Akademię Wychowania Fizycznego. Myślałem o tym, by uczyć w szkole. Moja mama była nauczycielką… No, ale nie zdążyłem się zapisać, bo był już listopad. Może za rok. Poszedłbym sobie teraz do szkoły, zobaczył inne życie i spojrzałbym na siebie z zupełnie innej perspektywy. Myślałem też o szkółce piłkarskiej w Krakowie, ale najpierw chciałem spróbować potrenować samemu w innym środowisku by zobaczyć, czy będę miał do tego cierpliwość. Nie wyobrażam sobie, bym założył szkółkę i oddał ją w inne ręce. Myślałem też o obozach piłkarskich. Naprawdę różne rzeczy chodziły mi po głowie.

Rozważaliśmy też z żoną założenie jakiejś firmy czy otwarcie restauracji. Chciałem odejść z piłki, ale to jest jak narkotyk. Nie chcesz go, ale już jesteś uzależniony. Trzyma cię przy sobie. Tak jest ze mną – nie chciałem go, ale po tych czterech miesiącach widzę, że mnie uzależnił. Ciężkie to życie po życiu. Teraz rozumiem starszych zawodników, którzy mówili:

– Graj, Łukasz, jak najdłużej. Jeśli możesz – nie zastanawiaj się. Graj.

Kurde, ile można grać. Mam 40 lat i co: dalej mam grać? – myślałem.

Gdy na to patrzę z dzisiejszej perspektywy, ostatnie lata to nie była już czysta przyjemność z grania. Zwykła rutyna, która nie daje ci już takiej radości. Przychodzisz na trening i wiesz, że nie zrobisz już postępu, nic więcej z siebie nie wyciśniesz. Z drugiej strony wyobrażasz sobie, że kończysz grać… I co ja teraz będę robił? To już lepiej ciągnąć tę piłkę. Dużo rzeczy w życiu przez piłkę mi uciekło, wielu rzeczy się nie nauczyłem.

To samo przeżywają inni. Często rozmawiam z Markiem Zieńczukiem, który ma to samo. Zazdroszczę piłkarzom, którzy odeszli od piłki i potrafią chwalić swoje nowe życie. Może mi to jeszcze przejdzie, bo to dopiero cztery miesiące. Ciekawe, rozwijające doświadczenie. Udzieliłem już po zakończeniu kariery kilku wywiadów i gdy teraz je czytam ludzie mogą zastanawiać się, co ja wygaduję. W jednym mówię, że mam ulgę, w drugim, że chcę wrócić…

To też pokazuje moim zdaniem, jakie są w tobie rozterki i mimo wszystko składa się to w spójny obraz.

Nie radzę sobie z brakiem adrenaliny. Wstaję rano i muszę iść pobiegać. Za chwilę idę zresztą poboksować, by być w tym adrenalinowym rytmie. Po zakończeniu epizodu w Ruchu nie czułem się odstawiony, pojawiały się myśli, by to jeszcze ciągnąć. Miałem propozycje ze Stali Mielec czy Widzewa Łódź. Z drugiej strony mam licencję UEFA A, ale telefonów do mnie jako do przyszłego trenera zbyt wiele nie było. Idealna droga powinna wyglądać tak, że tam gdzie się skończyło grać w podeszłym wieku, powinno się zostać przy jakimś trenerze na naukę czy spróbować w jakiejś innej funkcji. W moim przypadku tak się nie ułożyło. Już w kwietniu podjąłem decyzję, że nie zostanę w Ruchu.

Ciężko było wiązać przyszłość akurat z tym klubem.

Dla mnie było bardzo ciężko. Po prostu nie dałbym rady z tymi działaczami.

BENICASIM 29.01.2017 ZGRUPOWANIE PILKARZY RUCHU CHORZOW W HISZPANII --- RUCH CHORZOW FOOTBALLERS TRAINING CAMP IN SPAIN LUKASZ SURMA PRZEMYSLAW BARGIEL FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Wielu młodych piłkarzy zapewnia sobie podczas kariery plan B – kończy studia, orientuje się na jakiś fach przed zawieszeniem butów na kołku. Gdy patrzysz na to z dzisiejszej perspektywy – to droga, którą warto promować? 

Mimo wszystko robiłem dużo, by nie zostać zupełnie na lodzie, tak mi się przynajmniej wydaje. Zrobiłem maturę, zacząłem pierwszy semestr studiów w Krakowie, ale nie potrafiłem tego pogodzić z meczami. Jest wielu piłkarzy, którzy nie mają matury, a studiów nawet nie widzieli. W międzyczasie zrobiłem kursy UEFA B i UEFA A. W sobotę graliśmy mecz ligowy, a ja to tak ustawiałem, by zaliczyć też kurs. Myślałem, że po zakończeniu kariery będę miał ten glejt. Nie wydaje mi się też, bym trwonił pieniądze. Nie musiałem mieć pod koniec kariery super samochodu – myślałem raczej o żonie i dzieciach. Życie jednak daje cenną lekcję. Co z tego, że mam UEFA A? Co z tego, że myślałem o innych rzeczach? Czy mi da to szczęście? Nie wiem.

Są chłopcy, którzy nie myślą o przyszłości, a po zakończeniu kariery zakładają szkółki, biznesy i dobrze im to się kręci. Zawsze byłem poukładanym chłopakiem. Może jakbym miał jakiś licencjat… Tego żałuję. Miałem wystarczająco dużo czasu, by móc to zrobić. Ale ciężko jest pogodzić grę zawodową ze studiami. Po przegranym sobotnim meczu do wtorku człowiekowi nic nie się chce robić. Żałuję też, że nie jestem biegły z obsługi komputera. Żona wypomina mi, że nie potrafię opłacić przez internet rachunków. Nawet próbowałem się zapisać na lekcje indywidualne. Chłopaki śmiali się, że jest postęp, bo ostatnio im coś przeskanowałem i wysłałem papiery. Wcześniej tego nie umiałem. Życie po piłce mnie zaskoczyło. Jestem człowiekiem starej daty. Teraz nawet jak jadę na trening z dziećmi, lubię sobie napisać konspekt na papierze albo mieć go w głowie. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, by mieć to na pendrivie albo tablecie.

Spójrz na moje notatki.

Czyli nie jestem sam na tym świecie.

Mówisz, że pod koniec twoja kariera była czystą rutyną, ale… czego brakuje ci z niej najbardziej?

Przez całą zawodową karierę brakowało mi jednego: przeniesienia radości i fantazji z czasów juniorskich na poziom seniorski. W skrócie – nie miałem na tyle odwagi, by w seniorach grać w taki sposób jak w juniorach. Oczywiście nie zawsze, czasami zdarzały mi się mecze, po których byłem bardzo zadowolony. Kumpel zawsze mówi:

– Ty, w juniorach dryblowałeś, kreowałeś, strzelałeś wolne. Jak to jest?

Tłumaczę mu, że to inny poziom, z tysiąca juniorów tylko jeden gra w Ekstraklasie. Mimo wszystko mam pewien niedosyt. W juniorach w Krakowie zawsze było widać, że robię różnicę na boisku. W Ekstraklasie zachowałem poziom 20 lat, ale to była zupełnie inna piłka.

Twoja pozycja była bardzo niewdzięczna – defensywni pomocnicy są zwykle najbardziej doceniani przez kolegów z drużyny. Kibice kochają jednak napastników, skrzydłowych, bramkarzy…

Zawsze marzyłem by być dziesiątką, wolnym elektronem. Tak grałem w juniorach. W ogóle nie myślałem o defensywie. Nigdy nie myślałem, że będę… Nie lubię tego określenia – defensywny pomocnik. Ja wolę mówić, że byłem cofniętym pomocnikiem. Gdy dziś zespół ma piłkę, cofnięty pomocnik to pierwszy rozgrywający. Przecież przeze mnie przechodziła każda akcja. Nie było tak, że ktoś rozgrywał piłkę, a ja tylko ją odbierałem, dlatego nie lubię tego określenia. Wychowałem się na Maradonie i początkowo grałem tak jak on. Brało się piłkę i się jechało. Czysta radość. Nigdy jej nie miałem w seniorach.

To ciekawe, bo nazywano cię raczej człowiekiem od czarnej roboty.

To twoje zdanie i kibiców. Tak się utarło. Jasiu Woś powiedział, że drużyny, w których grał Łukasz Surma, zawsze dobrze grały w piłkę. Zawsze byłem pod grą i wydawało mi się, że moje drużyny wymieniały wiele podań. To nie była czarna robota – to była fajna robota. Drużyny grały krótko, kombinacyjne, zaszczepiałem to w zawodnikach wokół siebie. Jakbyś prześledził grę środkowych pomocników, którzy się przewijali u mojego boku, to często szli w górę albo mieli najlepsze okresy w swoich karierach. Mamia Dżikia z Ruchu do tej pory mówi, że najlepiej grało mu się ze mną. Jasiu Woś podobnie, Marcin Burkhardt, miał w Legii najlepszy czas w karierze. Marcin Smoliński został odkryciem sezonu. Aco Vuković… No, z nim, to ja akurat ja grałem, a nie on ze mną. Adam Majewski, Paweł Nowak ze szczytem kariery w Lechii, w Ruchu Bartek Babiarz – klub popełnił ogromny błąd oddając go – i Filip Strarzyński. Jest takie powiedzenie: pokaż mi jaką masz drugą linię a powiem ci, jaki masz zespół. Dawało mi to dużo satysfakcji. Ale z drugiej strony choćbym zdobył dziesięć medali, miałbym niedosyt przez to, w jaki sposób grałem. Każdy piłkarz ci to powie, że największą satysfakcją dla niego jest bramka. Chyba że jest Mirkiem Szymkowiakiem, dla którego asysta smakowała lepiej, ale z nim się trzeba zgodzić – zwykle przy bramce to jego podanie miało najwięcej zasług.

Zadebiutowałeś w Ekstraklasie w 1996 roku. Co masz przed oczami jako pierwsze, gdy myślisz o tamtym czasie? 

Dwie szatnie. Jedna dla starych, druga dla młodych. Młodzi czasami byli na porannym treningu, ale żeby to zrobić, musieli zwiać ze szkoły. To było jednak wyróżnienie, gdy mogłeś trenować dwa razy. Starszyzna a młodzi to były dwa inne światy. Ty jako młody jesteś na dorobku, więc tobie nie wolno nic. Musisz wejść na boisko i udowodnić, że masz miejsce w drużynie. To starsi mieli lepszy sprzęt, tobie zostawały obtargane getry, a na zdjęciu czasami stałeś w innym sprzęcie. Po skończeniu wieku juniora wciąż byłeś nikim. Budowała się przez to atmosfera, że tego pragniesz i chcesz być taki jak oni, jak ci chłopcy z wąsami. Zawsze jest jakiś chłopak, który wypatrzy sobie utalentowanego młodego i otoczy go opieką, ochroni. Ja miałem kogoś takiego w osobie Darka Marca. To były ostatnie czasy w Wiśle, gdy większość osób z klubu pochodziła z Krakowa. Gdy ktoś przyjeżdżał spoza naszego miasta, musiał być naprawdę dwa razy lepszy, inaczej byłby bez szans. Przy dzisiejszej migracji jest zupełnie inaczej. Tamte czasy to była szkoła charakteru.

Przeżyłeś to, co wielu młodych chłopaków z Wisły przeżywa w ostatnich latach – brak docenienia. Była nawet słynna sytuacja, gdy po meczu rzuciłeś koszulką i to był twój koniec w Krakowie. 

Trener Łazarek wpuścił młodego chłopaka na boczną pomoc na szybkich zawodników – ja nigdy takich predyspozycji nie miałem – a potem szybko zmienił. Dla mnie to porażka trenera, nie zawodnika. Dziś bym sobie na tej pozycji poradził, bo braki fizyczne nadrobiłbym ustawieniem, ale wtedy – bez szans. Ściągnął mnie, ja zareagowałem emocjonalnie. Wszyscy pytali: co on robi? Ale moim zdaniem za wszystko odpowiada trener. Gdyby było inaczej, po co on na ławce? Za wiedzę trenera Łazarka jednak szanuję. Małem z nim wykłady w Gdańsku. Strzeliliśmy miśka, powspominaliśmy i przebaczyliśmy. Musiałem jednak przez tę sytuację odejść z Wisły. W konsekwencji nigdy nie grałem w Krakowie, moim rodzinnym mieście, do którego wróciłem po karierze.

WARSZAWA 05.06.2016 EURO Z MODO 2016 IMPREZA PILKARSKA NA DZIEN DZIECKA --- EURO WITH MODO 2016 FOOTBALL EVENT FOR CHILDREN'S DAY IN WARSAW LUKASZ SURMA DZIECI FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Dzisiejsza szatnia to zupełnie inne reguły. Młodzi mówili do ciebie na pan czy już nie? 

Generalnie już nie mówią. Jest zupełnie inne wychowanie. Zdarzało się, że ktoś powiedział, to zależało od domu rodzinnego. Zwykle byli to synowie piłkarzy. Na przykład syn Grześka Wagnera, który był w Ruchu, starał się mi mówić na pan. Grzesiek zapamiętał zasady z jego czasów i tak też wychował syna. Mówiłem mu: nie, bez przesady, nie mów tak, źle się czuje. Generalnie jednak przychodzi 16-latek i… co ty, inny świat. Przepraszam, że tak powiem, ale jest plaga ludzi, którzy kompletnie nie znają starszych piłkarzy, starszych trenerów, historii polskiej piłki nożnej. Przychodzą sobie pograć i tyle. To ma plusy, bo przekłada się na pewność siebie, ułańską fantazję. Ja jestem najlepszy, nikogo nie znam i reszta mnie nie obchodzi. Na dłuższą metę jest to jednak zgubne. To powoduje internet, który daje ci poczucie, że niby przynależysz do jakiejś społeczności, ogłupiające programy w telewizji. Kiedyś w szkole „panie profesorze” mówiło się na magistra. To nie jest wina dzieci, kształtuje to środowisko. Potem przychodzą do szatni i… Pamiętam, jak starszyzna lubiła sprawdzać:

– Wiecie, kto to jest? – pytała pokazując na chłopaka, który przechodził, a mi było głupio, że nie znam kogoś ze Stalowej Woli czy Mielca.

Wchodząc do ekstraklasy znałem już każdego zawodnika w każdym zespole. W Ruchu też zawsze zadawałem zagadki, by wymienili przykładowo skład złotych medalistów z Barcelony.

Wymieniali?

Średnio. Bardzo średnio. Wręcz słabo. Niech zatem wszystkie Jurki Brzęczki, które są trenerami nie myślą, że młodzi ich znają. Nie znają! (śmiech)

Teraz ogólnie mało kto interesuje się polską piłką. Barcelona, Reale, Bayerny. 

A to jest nasze środowisko, które sami stworzyliśmy! Też zauważyłem, że dziś młodzi przychodzą do szatni i rozmawiają o Lidze Mistrzów. Chłopie, zagraj tutaj sto meczów, pokaż na co cię stać i dopiero będziesz myśleć o PSG. Fajnie, że masz wysoko postawiona poprzeczkę, ale nie widzisz szczebelków po drodze. Mam 16-letniego syna i widzę po nim to samo. Ale jeśli masz mecze wtorek, środa, czwartek, zagraniczne ligi w weekend, z każdego kąta wyskakuje Liga Mistrzów… Za moich czasów była tylko pucharowa środa co dwa tygodnie. Mecz Ligi Mistrzów był świętem. Odskocznią od rzeczywistości, jaką była liga polska, na której człowiek się skupiał.

Dzisiejsi młodzi poradziliby sobie w tamtej szatni?

Nie, absolutnie. Mieliby osobną szatnię, po każdym błędzie byliby zrugani, szybko pewnie by odpysknęli, a wtedy trzeba było powiedzieć grzecznie „przepraszam”. Ale ja wychowałem się w innym środowisku, z innymi zasadami. Na podwórku też obowiązywała reguła, że starszy niezależnie od wszystkiego miał szacunek. Dziś tego nie ma. Ale z drugiej strony – czy ja bym sobie poradził w tych czasach? Pewnie nie. Pozmieniało się.

Jak się osiąga taką długo wieczność? Musiałeś w ostatnich latach zmienić swoje podejście do piłki czy prowadziłeś się tak jak zawsze? Twój wyczyn jest niebywały. 

Z każdym sezonem szukałem tej radości, o której wspominałem i to była dla mnie motywacja. Kochałem piłkę. Grałem w nią od rana do wieczora. Jeśli chodzi o prowadzenie się, na pewno bardzo mi pomogły geny. Mój tata, mimo że skończył grać w Cracovii w wieku 32 lat, nigdy nie miał kontuzji. Zawsze było to dla niego obce. Ze mną było podobnie. Dobrze, że trafiłem do Ruchu Chorzów w momencie, gdy trenerem był Orest Lenczyk, a jego wizjonerem doktor Wielkoszyński. Pokazał mi, że można przygotowywać się do zawodu piłkarza inaczej. Nie tylko góry, sztangi, nadmierne obciążenia, ale można było to robić z głową. Czerpałem z tego do końca kariery. Gdy byłem młody myślałem, że ciężko to jest dobrze. To nieprawda. Dobrze to odpowiednio.

Szukałem balansu. Przykładałem wagę nie tylko do treningu, ale też do tego, co po nim. Do odpoczynku, do snu. Gdy trener w środę nam dopieprzył i w czwartek chciał też dopieprzyć, a mecz w sobotę, to ja na to nie pozwalałem. Samemu wyznaczałem sobie obciążenia i dyrygowałem swoim organizmem. Denerwowało mnie w byciu piłkarzem to, że musiałem się kogoś słuchać. U niektórych trenerów układałem sobie mikrocykl sam, choć u paru trenerów obciążenia bardzo mi pasowały – na przykład u trenera Fornalika, który doskonale wiedział, kiedy uderzyć, a kiedy odpuścić. Gdy mi nie pasowało, kombinowałem. Albo więcej odpoczynku, albo więcej snu, albo jakaś odnowa, by organizm był w gotowości i nie był narażony przez nadmierne zmęczenie na kontuzje. Gdybym nie poznał szkoły ruchowskiej, nigdy bym tego nie dopilnował.

W Wiśle była z drugiej strony szkoła charakteru. Gdy pakowaliśmy się raz na obóz, usłyszeliśmy:

– Panowie, ale piłek to nie zabierajcie!

Na dwóch obozach w Wiśle nie było piłek. Rano Kasprowy, wieczorem siłownia. Potem człowiek zjeżdżał z tych gór i dalej nie miał formy. Liga zaczynała się pod koniec marca, a człowiek był w dyspozycji dopiero w maju.

Pamiętasz swój najbardziej morderczy obóz?

W Wiśle przeżyłem parę ciężkich obozów, w Ruchu była inna szkoła, ale w Legii… Byłem przerażony. Trener Okuka wrócił z obciążeniami do starszych czasów. Jego filozofia trenerska brzmiała: w dupę, w dupę, w dupę i wtedy przyjdzie forma. Pamiętam obóz w Solcu Kujawskim, gdzie biegaliśmy 2x 30 minut na ponadprogowym tętnie. Dla zwykłego śmiertelnika to zgon. Aco Vuković to przeżył, Adam Majewski też, ale ja nie byłem w stanie. Morderstwo. Jeden sezon – mistrz Polski w Legii, drugi – bardzo słaby i dużo kontuzji. Na dłuższą metę takie trenowanie jest niemożliwe. Godząc się na to nigdy nie grałbym 20 lat w piłkę. Nikt mi nie powie, że jest inaczej. To jest więc bzdura, gdy ludzie myślą, że grałem tyle lat, bo ciężko trenowałem. Oczywiście, trenowałem ciężko, ale wtedy, gdy trzeba. Cenię Okukę jednak za konsekwencję. Miał w sobie na tyle siły, by postawić najlepszego zawodnika na ławkę. Nie cyndzolił się, nie każdego na to stać.

Trenerzy mieli problemy z tym, że trenowałeś po swojemu? Inny długowieczny piłkarz mówił mi, że musi ukrywać przed swoim trenerem przygotowywanie się na własną rękę. 

Ja też ukrywałem. Twoim egzaminem jest mecz. Jeśli zagrasz słabo, a trenowałeś inaczej niż chciał trener, zawsze ci to wypomni. Zawodnicy ukrywają to, zwłaszcza starsi. Trener Fornalik – stary lis – spoglądał na mnie i liczył powtórzenia.

– Łukasz, czemu nie zrobiłeś wszystkiego?

– Akurat miałem inną koncepcję, trenerze.

– Rozumiem cię, bo jesteś starszym zawodnikiem. Ale następnym razem po prostu przyjdź i mi powiedz.

Wstydziłem się mu powiedzieć wcześniej sam z siebie, bo nie miałem pojęcia, jak by zareagował.

Może się wydawać, że skoro grałeś tyle lat, musiałeś przestrzegać też super diety. Natomiast ty nigdy nie ukrywałeś, że nie prowadziłeś się jak Lewandowski, a zwyczajnie, normalnie. 

Miałem taki tryb, że w czasie sezonu bardzo zwracałem uwagę na jedzenie, a gdy były okresy przejściowe – głowa odżywała i jadłem normalnie. Robert różni się tym, że żyje tak przez cały czas. Nie ma dnia by nie myślał o tym, co je. Żona dobrze gotuje, zawsze miałem wiarę w takie rzeczy jak warzywa, owoce, jakieś kiszonki, generalnie swojskie rzeczy sprzedawane na placu w Krakowie. Jestem starej daty. Nigdy nie rozumiałem, jak ktoś może mieć na półce te wielkie kubły z proszkami. Koledzy sobie to robili i rozdrabniali przed meczem. Albo jakieś tabletki, karnityna i tak dalej. Prosto podchodziłem do jedzenia. Wpieprzałem jak najwięcej tego, co dawała Polska. Nie było jakiejś wielkiej filozofii, ale może w tej prostocie była jakaś mądrość? Widzę teraz, jak mój syn pije te wszystkie napoje izotoniczne. Mówię mu: weź zrób sobie wodę z miodem lepiej. Nie wierzę w to, po prostu.

Chemia sprzedawana w ładny sposób.

Albo te wszystkie super zdrowe batony: żurawina, jabłko. Przecież musi być tam coś dodane. Wolałem sobie po prostu kupić jabłko na placu i zjeść. W ten sposób podchodziłem do diety. Nie wierzę w nowoczesność. A jak było wolne, lubiłem się napić i zresetować głowę. Byłem normalnym chłopakiem.

WARSZAWA 06.02.2016 GALA TYGODNIKA PILKA NOZNA --- GALA PN IN WARSAW LUKASZ SURMA JACEK ZIELINSKI IWONA SURMA BARBARA ZIELINSKA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

W wielu wywiadach podkreślasz, że Lenczyk był w tamtych czasach wizjonerem. Zastanawiam się, jak patrzyło na niego środowisko, skoro robił coś inaczej niż reszta. Był uznawany za dziwaka? 

Był uznawany za dziwaka, tak. Cenię go za to, że w Wiśle był trenerem-katem, a potem pod wpływem doktora Wielkoszyńskiego potrafił zmienić swoją filozofię. W Polsce utarło się tak, że jest okres przygotowawczy, na którym przez trzy miesiące ładuje się akumulatory, a dopiero potem buduje się z tego formę. Lenczyk był pierwszym, który to zmienił. Budował kondycję i siłę starając się utrzymywać zawodnika w formie przez cały okres przygotowawczy. Ludzie mu nie ufali. Jeździł na różne sympozja czy spotkania trenerów i był odosobniony w swojej opinii.

Kiedyś w styczniu budowało się tylko wytrzymałość tlenową i siłę ogólną. Szybkość dopiero w lutym. To był pierwszy trener, który szybkość z końca okresu przygotowawczego wziął już na styczeń. Dlaczego masz tego nie robić, skoro cały czas wykorzystujesz to w meczu? Piłka się wydłużyła, okresy przygotowawcze są bardzo krótkie, dziś nie ma czasu na ładowanie akumulatorów. Mecz, mecz, mecz – cały czas musisz być w formie. Każdy musi teraz przyznać trenerowi rację.

Jak na jego metody – pajacyki, piłki lekarskie – reagowała szatnia? 

Akurat w Ruchu była kultura takiego trenowania, bo doktor Wielkoszyński był już w klubie od lat. Teraz ta kultura została oczywiście całkowicie zniszczona, ale to temat na inną historię. Nie w każdym klubie te metody były akceptowane, bo to było dla nich coś nowego. Gdyby tobie ktoś powiedział, że masz pisać inaczej, też mógłbyś się buntować. Chłopaki się zatem buntowali. Po latach zobaczą jednak, że w najlepszej formie byli właśnie u Lenczyka.

Widać to po Śląsku Wrocław. 

Nie chciałem tego głośno powiedzieć.

Bunty mógł podsycać fakt, że Lenczyk jest specyficzną osobą w obyciu. 

Coś w tym było, jego osobowość była trudna. Parę razy powiedział mi rzeczy, które mnie zwaliły z nóg. Gdy chciałem z nim porozmawiać o obciążeniach odpowiadał:

– Chłopczyku, idź sobie pobiegaj na Błonia, jeśli nie masz siły.

Zwracał uwagę, czy mu ktoś nie poda ręki pierwszy. Wtedy taki ktoś był u niego spalony. Miał swoje dziwne zachowania. Kiedyś w szatni Ruchu były uchylone drzwi, w środku gwar, a on wszedł sobie ukradkiem niezauważony i usiadł z boku. A my jak to przed treningiem „trening, kurwa, ciekawe co nam dzisiaj zrobi”. Ale na obozie w Spale Lenczyk czasem zasłaniał firanki w swoim pokoju.

Firanki? 

Tak, firanki w nocy na obozie. No pomyśl, po co? Czasami lepiej nie mieć problemów. To też nie było zatem tak, że Lenczyk był tyranem. Elastycznie to układał.

W Legii ciągnęła się za tobą opinia, że należałeś do grupy bankietowej.

Zawsze byłem towarzyską osobą i po meczach spotykaliśmy się i szliśmy razem na miasto, ale określenie „grupa bankietowa” to przesada. Chodziliśmy na Chmielną i tam spędzaliśmy czas, ale po pierwsze – nie po każdym meczu, bo po przegranych nie chodziliśmy, po drugie – nie zawsze była to impreza alkoholowa. Ale jak ktoś usłyszał, że siedzimy na Chmielnej, to już przed oczami miał, że to, tamto, siamto. Robiliśmy to z głową i umiarem. Tamta Legia miała fajną atmosferę i dobrze to wspominam, myślę, że chłopaki też. W ten sposób budowaliśmy team spirit. Teraz dużo mówi się o profesjonalizmie na zachodzie, ale nie wierzę, że tam po meczach nie idą się rozluźnić. Sportowcy kumulują w sobie stres. Jeden ma w sobie wytrzymałość na tydzień, drugi na miesiąc i w końcu musi wybuchnąć. Może dla organizmu 3-4 dni po czymś takim są niedobre, ale dla ogólnej atmosfery i rozładowania wpływa to bardzo pozytywnie. Grupa bankietowa to spłycenie tematu. Nigdy nie było tak, że nie przyszedłem na trening niewyspany czy nieprzygotowany. Więc jaka to grupa bankietowa?

Po Legii pograłeś trochę zagranicą w izraelskich Maccabi Hajfa i Ihud Bnei Sakhnin oraz w Admirze Wacker Moedling. Paradoksalnie chyba jednak dobrze, że ta przygoda nie była mlekiem i miodem płynąca, bo dzięki temu szybko wróciłeś do kraju i wykręciłeś dorobek 559 meczów w Ekstraklasie.

Do końca nieudana nie była, bo poznałem inną kulturę, mentalność, zachowanie innych zawodników na boisku. Zostawiłem rodzinę w Hajfie, gdzie do morza mieli chwilę – ja na trening, oni nad morze. Świetne jedzenie, bardzo dobrze to wspominam. Z perspektywy Legii mogło się wydawać gdzie ja jadę, ale nie do końca tak było, zresztą Hajfa grała w Lidze Mistrzów rok przed tym jak tam pojechałem. Cokolwiek powiedzieć – przy takiej temperaturze nie gra się łatwo. W Ihud Bnei grałem wszystkie mecze i nie byłem workiem, cały czas byłem w gazie. Pamiętam, że nasze boisko było otoczone betonem i drutem kolczastym. Wyglądało to dosyć straszne, ale dzięki betonowi było chłodno. Trener, który mnie tam trenował został potem szkoleniowcem Maccabi Hajfa i selekcjonerem reprezentacji. Bardzo stawiał na techniczny futbol, utrzymywanie się przy piłce, co mi pasowało. Było więcej treningów piłkarskich niż u nas. W Austrii z kolei przerażała mnie sztywność futbolu. Bardzo proste 4-4-2 bez kombinowania, bez wymian w ofensywie, wszyscy przyspawani do pozycji. Dzięki temu są jednak solidni. Izraelczycy są podobni do nas, my też raczej ułańska fantazja. A w Austrii wszechobecna dyscyplina na każdym kroku.

Jak duży niesmak czułeś, gdy Ruch Chorzów zaprosił cię na pożegnanie? Z jednej strony kwiaty, misie, z drugiej strony pensji nie płacą i płacić nie zamierzają. 

Ze strony osób zarządzających klubem było to oczywiście sztuczne. Podaliśmy sobie rękę, ale bardzo chłodno. Przyjechałem wyłącznie dla kibiców i chłopaków, których znałem z szatni.

Dostaniecie te pieniądze?

Ja już w nic nie wierzę. Chciałem odejść z piłki i założyć garnitur między innymi przez tę sytuację. Przez ostatnie lata piłkarze byli sponsorem tego klubu. Utrzymywali Ekstraklasę i dzięki temu klub istniał. Co więcej – działacze mieli fajne pieniądze dzięki nam. A my mieliśmy najgorsze kontrakty w lidze. Oni twierdzą teraz mając olbrzymie zaległości, że nie zapłacą. Tak naprawdę nie ma w Polsce instytucji, która by nas broniła. Nie mam zapłaconej pensji od stycznia, a wypowiedzi są takie, że czekają na wyjaśnienia Ruchu. Ktoś czeka na wyjaśnienia, cały czas to słyszę! Albo cały czas jest sprawdzanie. Co tu sprawdzać? Sytuacja jest taka sama jak 20 lat temu. Znam takich, którzy mają niezapłacone od 20 lat, zresztą nawet trener Lenczyk wciąż ma zaległości w Ruchu. Kiedyś nie było instytucji – były zaległości. Dziś są instytucje – też są zaległości.

Czytam ostatnio wywiad pana prezesa, który mówi, że w końcu Ruch wyszedł na prostą, bo płaci zawodnikom. Śmiech na sali. Można płacić tym, co przyszli, gdy się uregulowało zawodnikom, którzy zostawili tam zdrowie. W innym przypadku traci się historię, tożsamość i ludzi, którzy przez lata byli z tym klubem związani. To jest po prostu skandal. Ja przez takich ludzi nie chcę brać w tym udziału.

Jak wyglądała codzienność w Ruchu? Trasę z szatni do gabinetu prezesa możesz już pokonywać z zamkniętymi oczami?

Dlatego nie chciałem być kapitanem, bo wiedziałem, co się święci i niestety moje obawy były słuszne. Rafał Grodzicki faktycznie z zamkniętymi oczami mógł chodzić, ale to nic nie dawało. Pod koniec mojego pobytu nie było już właściwie kontaktu z tymi ludźmi. Oni twierdzili, że za awans do ósemki w 2015/16 roku, co wciąż mamy nie zapłacone, nie trzeba nam oddawać. To absurd. Przychodzi ktoś nowy i mówi, że te pieniądze nam się nie należą. A dzięki temu, że do tej ósemki awansowaliśmy, ten ktoś mógł w ogóle na to miejsce przyjść, bo gdyby nie ten awans może byśmy spadli. To absurd i jakaś abstrakcja. A my mówimy, że do Europy zmierzamy… Ile lat jeszcze?

Wielu podkreśla, że najgorsza była i jest w tym wszystkim arogancja władz Ruchu. Można się dogadać, ale w sytuacji „nie zapłacimy, bo nie” ciężko.

Tak. Ta buta, arogancja. Byli prezesi, którzy próbowali załagodzić sytuację, ale generalnie łagodzili ją trenerzy czy kapitanowie. Dla mnie to nie do wiary. Kontaktu nie było żadnego. Pożyczasz komuś pieniądze i ktoś ci zwleka, oddaje dopiero po 2-3 miesiącach. Bierzesz te pieniądze, jesteście kwita, ale już nie macie ze sobą tak wielkiego kontaktu, jak wcześniej. Ja jak widziałem, co tam się dzieje i usłyszałem pewne rzeczy, powiedziałem sobie: zrobię wszystko, by ten klub utrzymać, bo jest mi bliski, ale nie chcę mieć kontaktu z wami już nigdy w życiu. Był okres, że nie płacili nam zaległości przez dwa lata. Zamysł mieli taki, by płacić część, a fundacji nie płacić, bo po co, skoro jest papier.

Wierzysz, że ten klub stanie na nogi czy bez reorganizacji od czwartej ligi nie ma szans?

Ekstraklasa w tamtym sezonie była do uratowania, gdyby w klubie była atmosfera życzliwości i „utrzymajcie się, zapłacimy wam jak się podniesiemy, zrobimy restrukturyzację”. Swoje zrobiłem. Nie wiem, czy konieczny jest początek od czwartej ligi. Chcę po prostu, by klub zapłacił zaległości i zrobił restrukturyzację. Takie kluby się odrodzą – Ruch, Wisła czy Legia mają rzeszę kibiców i to ich siła.

CHORZOW 20.09.2015 MECZ 9. KOLEJKA EKSTRAKLASA SEZON 2015/16: RUCH CHORZOW - LEGIA WARSZAWA 1:4 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: RUCH CHORZOW - LEGIA WARSAW 1:4 LUKASZ SURMA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Co zmieniło się w lidze od momentu, jak zaczynałeś? 

Na pewno nie zmieniła się organizacja. Cały czas jest taka sama. Nie zmieniły się bazy, wręcz są gorsze, co jest przerażające. Ja trenując w Wiśle trenowałem na Wiśle, czyli przy ulicy Reymonta. Dziś młody chłopak przychodząc do Wisły czy Lechii trenuje na orliku. Skandal. Na lepsze zmieniły się stadiony i trening, który jest bardziej racjonalny, nie ma już zajeżdżania piłkarzy, ale to też spowodował terminarz rozgrywek bez długiej zimy. Forma dostępna w każdym miesiącu. Nigdy reprezentacja nie mogła sobie poradzić w innych okresach niż maj, bo piłkarze nie mieli formy. Dziś jest inaczej, piłkarz jest monitorowany, pilnowany, aczkolwiek w tej kamizelce bym nie mógł grać, bo bym oszalał. Dużo rzeczy pozostało tych samych, a po latach są wręcz gorsze. Ja w latach 90 mialem lepsze warunki do grania niż mój syn.

Co ty chcesz od orlików? Przecież dobrze się na nich gra.

Klub to jest pewna atmosfera, przywiązanie, historia. Jeśli on trenuje w Wiśle, ma trenować na Wiśle, ma widzieć piłkarzy pierwszego zespołu. Jeśli nie zbudujemy tej atmosfery, kluby nie będą miały tożsamości. Jeśli nikt nie przywiąże ich do klubów, to oni uciekną, chociaż mój przykład nie jest może najlepszy, bo przywiązany wewnętrznie byłem, a i tak musiałem uciec. Dzisiaj ci chłopcy nie znają się ze sobą. Jeden trenuje na dzielnicy Krowodrza, a drugi na Podgórzu. To dziwne. Nikt na to nie zwraca uwagi. Z tego, co wiem, wszędzie jest tak samo. Wyobrażam sobie klub tak jak w Admirze: pierwsza drużyna ma swoje boisko, obok trenują rezerwy, obok są 3-4 boiska, na których trenują juniorzy i trampkarze. Kompleks, klub, coś wielkiego.

Jak w Zagłębiu. 

Na przykład. Z całym szacunkiem dla Zagłębia, ale to powinno być w takich markach jak Wisła czy Ruch.

To oni powinni pokazywać przykład.

Oczywiście. A ja za swoich czasów trenowałem na Wiśle. Te kluby nie mają baz, by to pomieścić. Myślimy krótkofalowo i o pierwszej drużynie tu i teraz.

Teraz jest moda na trenera z laptopem, który ogarnia nowinki jak te kamizelki, których nie akceptujesz. Gdybyś zdecydował się zostać trenerem na wyższym szczeblu – nie zahamuje cię twoje podejście?

Zdaję sobie sprawę, że niektórych rzeczy musiałbym się nauczyć. Ale generalnie jestem pewien, że gdy Orest Lenczyk wchodzi do szatni to nie ma laptopa, drużyna nie ma sporttesterów, a potrafi przygotować zawodnika. Najbardziej utytułowany trener w Polsce, Franz Smuda, z którego wszyscy się śmieją, jednak ma najwięcej mistrzostw bez obliczania wszystkiego na komputerze.

A kiedy miał ostatnie? 

Zawsze możemy tak mówić.

Może jego metody były dobre na stare czasy, ale dziś się już nie sprawdzają.

Pewne rzeczy są ponadczasowe, tak jak charyzma trenera. Przy Smudzie stało się jak na baczność. Który trener to ma? Albo to masz, albo tego nie masz. To tak jakbyś był ojcem, którego dzieci nie szanują – co zrobisz, jesteś w dupie. Poza tym nie ma treningu ważniejszego niż gierka. Możesz napchać najwięcej pachołków, napisać największy konspekt, ale gra 4×4 to coś najważniejszego. Trenerowi zostaje potem tylko wybór piłkarzy do swojej koncepcji. Nieraz jakiś trener zrobił rozgrzewkę – super schemat podań, super coś tam. I potem gra 11 na 11 i ci, którzy byli słabi w ćwiczeniach, byli najlepsi w gierce. Cała esencja futbolu jest tutaj.

Rozumiesz dzisiejszych piłkarzy? Michał Probierz w pewnym momencie założył sobie Facebooka, by lepiej zrozumieć ich świat. 

Słuszna droga. Ja też często nie rozumiem obecnego pokolenia. W szatni nie wiesz jakim językiem do nich mówić, o jakich zawodnikach porozmawiać. Powiesz Marek Citko, a oni „o co chodzi?”. Podczas obozu w ramach integracji ja bym zrobił kalambury i piwko, bo tak się najlepiej integrowało za moich czasów. A może im by to nie pasowało i woleliby turniej na PlayStation?

Planujesz zrozumieć to pokolenie? 

Najpierw to ja siebie muszę zrozumieć. Gdy już będę miał spokój w duszy, będę się zastanawiał. Jak zrozumiem siebie, zrozumiem wszystkich.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (50)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Muminos

Hm. Powinnien mieć minimum milion oszczędności. Tyle lat. Przecież nie grał za przysłowiowe frytki

Krzysztof
Lechia Gdańsk

Z drugiej strony – ostatnio 4-5 lat kariery spędził w Ruchu. Tylko w tym wywiadzie ujawnił, że nie dostał pensji od roku. Cholera wie, czy ma zapłacone za wcześniejsze lata. No i mimo wszystko nie wydaje mi się, że Surma miał jakiś konkretny plan na siebie po karierze, więc być może refleksja, że granie się skończy przyszła za późno – dopiero w Ruchu, i to tak pod koniec kariery.

Nie wiadomo jak my byśmy reagowali, dostając takie pensje jak ci ludzie. Na logikę to każdy zarabiając przykładowo 30 000 zł jest w stanie powiedzieć, że żyłby za 5 000 zł, a resztę inwestował, oszczędzał itd. Ale skoro przynajmniej na ten moment stać cię na najnowszego Mercedesa, to trudno sobie odmówić – zwłaszcza jak wybiłeś się z biedy / przeciętności.

Muminos

Ja mam 43 lata. Zarabiam zero mniej. I dużo mniej, Dom. Kredyty. Wakacje a mam 70 tys odłożone

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

adrian92

Ma odłożone, tylko jak będzie chciał te „oszczędności” zabrać to bank sprawdzi w BIK-u czy może 😉 😀

Muminos

Mam też zone.oszczedzamy i nadplacamy kredyt. Małe raty

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

PaQ

Widzę, że u niektórych wiedza o sektorze finansowym jest na tym samym poziomie, co wiedza bohatera felietonu o życiu po zakończeniu kariery lub informatyce. Nie „w każdej chwili”, tylko w sytuacji, gdy powstaną zaległości, a konkretnie należności wymagalne. I to też nie oznacza, że bank może je „zabrać” ot tak sobie. Zależy od stosownych zapisów w umowie, od tego, czy środki na rachunku lub lokacie stanowią zabezpieczenie kredytu. W przeciwnym wypadku, bez wyroku sądu (tytułu egzekucyjnego) bank nic nie „zabierze”. Ktoś tu się chyba za dużo naoglądał programu E. Jaworowicz… Nie straszcie niepotrzebnie kolegi bankiem bo zaraz pobiegnie do niego ze skarpetą po swoje pieniądze 😉
Jaka iskierka była w 2008 roku? Masz na myśli ten słynny „kryzys”, którego nie było? Przecież to był tylko i wyłącznie wymysł ówczesnej propagandy. Wykorzystano kłopoty amerykańskiego sektora kredytów hipotecznych i obwieszczono kryzys w celu uzyskania
przez tzw. elity polityczne większej kontroli nad sektorem finansowym w Polsce. A widzowie i słuchacze to chwycili…

komentowywacz

OK, pewnie ma. W sumie nie powiedział, że nie ma? Ale zauważył ciekawą rzecz: że klub, który się „zresetował” i zaczął od nowa, a nie spłacił długów, nie powinien mieć prawa do kontynuowania historii poprzednika. Ciekawa koncepcja.

seal

Milion to 100 metrowe mieszkanie w Warszawie albo w Krakowie.

eneene5

Czekamy na książkę: „ZAGUBIONY”, „NIEDOSTOSOWANY”, albo po prostu: „No, ale nie zdążyłem się zapisać, bo był już listopad”

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

MuchyZNosa

Wszystko się zgadza tylko z tym PS że go lubiłem. Tak dał bym Ci kciuka

PaQ

Wow, nie wiedziałem, że Łukasz Surma ma 400 lat 😉
Generalnie masz rację, ale dla mnie to zwykły solidny ligowy rzemieślnik. Co do samego wywiadu – żenada… Facet skarży się na swój cieżki los, na który absolutnie nie zasłużył, bo przecież:
1. Ma maturę, a niektórzy piłkarze nie maja…
2. Zaczął nawet pierwszy semestr studiów…
3. Myślał o przyszłości, inni nie myśleli, ale to oni prowadzą teraz biznesy…
4. Miał wystarczająco dużo czasu żeby zrobić licencjat, ale jednak nie dało się tego pogodzić z piłką, bo przecież po przegranym sobotnim meczu do wtorku nic się nie chce robić…
Na dodatek, biorąc powyższe pod uwagę, myślał, że po zakończeniu kariery „założy garnitur i nic nie będzie musiał robić” Litośći… Mam wrażenie, że gdyby takiego wywiadu udzielał Weszło kilka lat temu, to dziennikarz by go wyśmiał zamiast współczuć. Cóż, znak czasów.

Spx

Ciekawy wywiad, taki nieoczywisty. Surma sprawia wrażenie człowieka lekko pogubionego – z jednej strony chciałby trenować, z drugiej nie potrafi zrozumieć dzisiejszego pokolenia i dostosować się do realiów. Widać to w pytaniu o Smudę – dziś jako trener nie ma on żadnych sukcesów, widać ewidentnie że świat mu odjechał i nawet na poziomie Górnika Łęczna bez tych wyszydzanych sporttesterów i laptopów ciężko jest gonić czołówkę – a Surma ma podejście „pewne rzeczy są ponadczasowe, działało 20 lat temu, to teraz też będzie”. Z całym szacunkiem dla osiągnięć podczas kariery, które są niepodważalne, ale brzmi teraz trochę jak taki „typowy janusz piłki”.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Spx

Nieoczywisty o tyle, że mało który piłkarz po skończeniu kariery jest w stanie powiedzieć wprost „nie wiem co teraz”. Większość udaje, że mają na siebie mnóstwo pomysłów i zaraz zostaną biznesmenami pełną gębą albo trenerami ligi mistrzów, a potem życie ich w większości weryfikuje :)

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Testo
Wytłumaczę Wam to żydowską metodą.

O ja pierdolę, co ja właśnie przeczytałem.
„Po przegranym sobotnim meczu do wtorku człowiekowi nic nie się chce robić. Żałuję też, że nie jestem biegły z obsługi komputera. Żona wypomina mi, że nie potrafię opłacić przez internet rachunków. Nawet próbowałem się zapisać na lekcje indywidualne.”
Po prostu nie wierzę. Gdzie on żył w tym czasie? Nie miał czasu przez tyle lat usiąść do komputera? Życie po piłce go zaskoczyło? Nosz kurwa mać, co za ignorant. Surma jako typowy przedstawiciel zawodu piłkarza – nic nie umie oprócz kopania piłki.

„Jestem człowiekiem starej daty. ”
No tak, jakie to typowo polskie tłumaczenie. Jestem stary więc nie muszę nic umieć, proszę ode mnie nie wymagać. Człowieku ty masz raptem 41 lat…

Myślałem, że Surma przez to iż tak długo utrzymał się na poziomie ekstraklasowym to właśnie przez to, że wyróżnia się na tle innych piłkarzyn mądrością, inteligencją, prowadzeniem, a tu kurwa wszystko na odwrót… Czekam na kolejną książkę o polskim bohaterze: „NIEPRZYSTOSOWANY”, „NIEOGARNIĘTY”, „NIEOBUDZONY”.

lookass

Nie chce być zbyt surowy bo bardzo szanuję Łukasza Surmę no ale cienko widzę jego przyszłość z takim nastawieniem. Bardzo naiwne i proste. Myślał, że założy garnitur i wszystko samo z siebie naturalnie się potoczy. Po za tym wypowiedzi w stylu: ,,to co było jest lepsze, teraz wszystko jest ,,be”, ta nowoczesność, ja tego nie akceptuję i nie trawię a zamiast tabletów wolę wolę rzucać kamieniami” Tak nie można i doskonale zdają sobie z tego sprawę ludzie o wiele starsi od Surmy (np. Nawałka, Boniek). Korzystają z dobrodziejstw współczesnej techniki, czy to chodzi o trening piłkarski czy media społecznościowe. Niestety Łukasz Surma zatrzymał się mentalnie w latach 90. Po za tym przeraża mnie jeszcze jedna kwestia. Pan Surma nie zakończył nagle kariery po ciężkiej kontuzji w wieku 31 lat tylko kurna mać mając lat 41? Przecież mając te 33, 35, 38 lat itd. doskonale zdawał sobie sprawę, że nieuchronnie zbliża się koniec. Wyciągnął maxa, o wiele więcej niż sobie wymarzył i mogli wymarzyć jego koledzy z ligowych boisk. A tu ,,nagle” koniec i co tu robić? ,,Na studia by się zapisał ale zapomniałem to trudno, najwyżej za rok!” No chyba ktoś tu nie do końca przemyślał swoja przyszłość po zakończeniu kariery. Może by mnie to tak nie zszokowało gdyby nie, moim zdaniem, zbyt zgorzkniały wydźwięk tego wywiadu. Dziwne. Uważałem Pana Łukasza za bardzo rozsądnego, nie tylko piłkarza ale i człowieka a tu takie zaskoczenie.

Yakupsky
ᕕ( ᐛ )ᕗ

Kiedyś to były czasy, teraz już nie ma czasów. 😉

eLkotos

„Pierwsze ślwiki robaczywki” Łukasz, nie martw się – tyle meczy, a w L zapamiętali cie z tego jednego – odpuczszonego Zaglebiu na Legii.

El Maxinho

„Kurłaaaa, kiedyś to było” – Łukasz Surma

trzcina

To teraz w liceach juz na nauczycieli nie mowi sie per „profesor”? A jak – „prosze pana/pani”?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Krokiet

No cóż, szczerze mówiąc, to inaczej sobie myślenie pana Surmy wyobrażałem…

kaczka

Zawsze miałem go za człowieka poukładanego, odpowiedzialnego a tymczasem widzę że gość jest zagubiony, bez żadnego pomysłu na siebie, narzekającego i szukającego wymówek. Szacunek oczywiście za to co osiągnął ale tego się po nim bym nie spodziewał.

panucci82

„Mimo wszystko robiłem dużo, by nie zostać zupełnie na lodzie, tak mi się przynajmniej wydaje. Zrobiłem maturę, zacząłem pierwszy semestr studiów w Krakowie, ale nie potrafiłem tego pogodzić z meczami.”
Kurwa to się rzeczywiście dużo narobiłeś, dalej nie czytam, ale po komentarzach widzę, że jest jeszcze lepiej. Kurwa on nie potrafi rachunku przez internet zapłacić, ja pierdole.Gość myślał, że nie będzie musiał nic po karierze robić, co za debil,milion pomysłów, żadnego konkrety, od założenia firmy (oczywiście niewiadomo jakiej I jak to zrobić jak najprostszej rzeczy na kompie nie umie zrobić) przez restauracje po wf w szkole , to jest niepojęte, że gość majac już 35+ nie myślał o tym co będzie robić po karierze,niby szkolke chce zakładać, ale nie lubi z dziećmi pracować, ale nie da nikomu innemu jej prowadzić , a już to, że chciał się na studia zapisać, ale był już listopad i było już za późno, to już w ogóle hit nad hity
Dobra czytam jednak to dalej… Pewnie będzie jeszcze bardziej śmiesznie

lookass

Chciałem go podobnie podsumować tyle, że łagodniej ale Tobie to zdecydowanie lepiej wyszło :)

seal

Czujesz się już lepiej jak się spusciles? Nie rozumie po jakiego huka wylewać pomyje na Surme skoro dwadziestu wcześniej to już zrobiło.

biggala2310

W sumie to dobrze, że Surma nie pracuje w piłce.

Mertens

jak zwykle zdjęcie z legionistą i sponsorem na koszulce, ile wam płacą za takie wstawki?

Bartek Kiezun

Zbytnio się otworzył w tym wywiadzie stąd fala krytyki w komentarzach. Jestem pewny, że w życiu codziennym jest innym, bardziej przystosowanym człowiekiem do otaczającej go rzeczywistości. Przecież zawsze może pójść do normalnej pracy jako niewykwalifikowany pracownik i się świetnie odnaleźć. Tego co przeżył nikt mu nie zabierze. Nie mówimy też o jakimś golasie finansowym więc zalecam więcej dystansu do powyższego wywiadu.

Stabwound2

Tak, jasne, pójdzie do „normalnej” pracy za 2500 netto albo mniej. Pewnie jak większość piłkarzy z E-klapy do niedawna za połowę tej kwoty to sobie kupował T-shirt czy dżinsy, a teraz miałby orać na paleciaku czy na kasie w markecie. Zapomnij. Polskim piłkarzom się od dziecka wmawia, że są jakąś uprzywilejowaną kastą, która się nie może przemęczać. Przez naście lat bycia „starym” piłkarzem nosili za niego piłkę, prali spodenki i przepraszali, że po 2h treningu czegoś jeszcze chcą, to gdzie ten typ teraz będzie się uczył albo pracował?

Paco Flores

hahahah Niedostosowanie Surmy do życia i dzisiejszych czasów jest równie absurdalne jak twój tekst,że może pójść do normalnej pracy i się świetnie odnajdzie.Ktoś kto całe życie zarabiał gruby pieniądz,pracował 2 godziny dziennie,był Panem piłkarzem i wszyscy wszystko za niego robili,teraz,pójdzie do tyrki będzie zasuwał po 8-10 godzin dziennie,pracodawca będzie go traktował jak gówno na bucie,a na koniec miesiąca dostanie równowartość swojej dniówki jako piłkarz i to wszystko z uśmiechem na twarzy

Bonso

Nigdy nie zrozumiem piłkarzy którzy płaczą, że im nie wypłacili kasy. Po cholerę grają, jeżeli nie dostają za to wynagrodzenia? Jeżeli klub nie wywiązuje się z kontraktu, to po co wy to robicie? Strajk, nie gramy i tyle, niech się prezes martwi walkowerem. Granie i liczenie na pieniądze których nie ma i nie ma to totalna głupota.

Mario
Wisła Kraków

Siedzą cicho i trzymają się miejsca w klubie w ekstraklasie bo jednak co jakiś czas coś wpadnie. W naszej lidze pewnie połowa klubów płaci z dużym poślizgiem, więc po zrobieniu strajku taki piłkarz miałby łatkę „trudnego” i prezes klubu mógłby się zastanowić nad ściągnięciem takiego gościa. Będą obsuwy to taki piłkarz zrobi dym, zainteresyją się tym media, może PZPN. I taki piłkarz pójdzie do 1. ligi gdzie miałby grać za połowę tego co w ekstraklasie i też placonego nieterminowo.

baran

Czyli kolejne źródło przecieku o niepłaconych umowach przez Ruch zostało ustalone. Wcześniejsze to kolega, bodajże, Babiarz. W sumie to nie ma co się chłopu dziwić, w końcu bliżej ma już niż dalej, i każdy grosz się liczy. Także chyba był to jeden z elementów nacisku na Ruch żeby się nie ociągali, bo kolejni piłkarze również mogą udzielić wywiadu i mimochodem wspomnieć o zaległościach.

Chyzwar

Surma przynajmniej jest szczery. Wielu piłkarzy kończących kariery udaje, że „ma za co żyć”, że niby jakieś szkółki rozkręca, biznesy, ale tak naprawdę przejada kasę zarobioną podczas kariery. W najlepszym razie, bo czasami nie ma czego przejadać. Surma nie zaklina rzeczywistości, nie udaje, że ma plan na siebie, perspektywy i wie co robić. Może pozwoli mu to odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Stabwound2

Fajny wywiad, jednoznacznie pokazuje że polskim piłkarzom, nawet tym w skali ligi niezłym czy solidnym, po prostu nie powinno się tyle płacić. Raz, że te umiejętności można nabyć taniej w krajach ościennych, a dwa, że robi się takim kolesiom krzywdę. 4 dychy na karku i typ nic nie umie, nic nie ma odłożone, wszystko przewalił. Jakby zarabiał <10k to pewnie by coś o swojej przyszłości pomyślał i albo się czegoś nauczył, albo coś otworzył.

Baton

Ja się zastanawiam, gdzie Ci wszyscy(komentujący wcześniej) wyczytali, że Surma nie ma pieniędzy?? Czytam i nie widzę. Rozmowa jest zupełnie o czym innym, tzn. że nie potrafi się odnaleźć poza piłką(nie finansowo!) i nie wie co dalej robić. Trudno się dziwić, kasa jest, a całe życie spędził na boisku, niczego innego nie robił. Teraz ten ciągle młody facet musi spróbować się w innym zawodzie(i nie dlatego, że bieduje), bo chyba nie przejdzie na emeryturę(całkowitą) w tym wieku ;).

Muminos

Masz rację. Ja to komentując miałem na myśli ze mając bańkę nie może być taki zagubiony, to zalatuje smutkiem i depresją

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Ted

Nieco chaotyczny wywiad ze strony oczywiście Łukasza Surmy. Kilka razy powtarza, że jest człowiekiem starej daty przy czym przykłady, że takim jest padają głównie w odpowiedziach gdzie o tym nie wspomina. Mógł na przykład powiedzieć, jestem człowiekiem starej daty dlatego ciężko idzie mi płacenie rachunków przez internet, wole tradycyjnie podejść na pocztę. Tak to wyszedł trochę na głupka

Spektakularny

Czyli oczekiwal, ze ktoś za niego zycie ulozy

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Bbfan

Mógł kupic kilka mieszkań na wynajem..

WF
MKS

Ludzie pokroju p. Bońka czy Hajty czyli jednym słowem ze środowiska uważają, że tylko oni są w stanie podnieść naszą piłkę. Tyle tylko, że przez całe życie zarabiali kilkanaście, kilkadziesiąt lub niektórzy kilkaset tys. zł. A teraz powinni w porywach zarabiać kilka tysięcy, bo tyle ich praca na rynku jest wyceniana. W większości przypadków jako początkujący trenerzy dostaną 3tys. A jako trenerzy juniorów 700-1500 zł. I teraz pytanie. Jakim to zaangażowaniem wykażą się w swojej pracy za takie pieniądze. Dużo lepszymi trenerami są pasjonaci, którzy w poważnej piłce niczego nie osiągnęli. Tylko ze oni nie mają pleców czy znajomości. Wiec na rynku królują zgorzkniali ex ligowcy. Po jakimś czasie ci ex ligowcy zostają menadżerami, dyrektorami, działaczami, komentatorami itp. W sumie w większości na posadach które w zasadzie są zbędne ale w miarę dobrze płatne. I patologia się pogłębia. Cała nasza piłka.

happer41

Heh, może Smuda ma najwięcej mistrzostw (3 – 1996, 1997, 1999), ale nie jest w tej liczbie jedyny. Bo podobnie mają Kasperczak (2003, 2004, 2005) i Skorża (2008, 2009, 2015). Już same daty tych mistrzostw Smudy mówią za siebie odnośnie wykorzystywania technologii w treningu.

Albin Wikulski

Co znaczą tzw. pozory i jak jednym wywiadem zrobić z siebie totalnego idiotę. Okazuje się, że Łukasz Surma nie nadaje się obecnie do niczego.

wpDiscuz