Nierówna walka kibiców ze snem i Portugalczyków z Bravo w rzutach karnych
Weszło

Nierówna walka kibiców ze snem i Portugalczyków z Bravo w rzutach karnych

Akcji jak na lekarstwo, emocji jak na lekarstwo, dobrych strzałów jak na lekarstwo, wszystkiego co dobre w futbolu jak na lekarstwo. Bez dwóch zdań to spotkanie potwierdziło, że Puchar Konfederacji, to jednak turniej drugorzędny. Miał być poważny półfinał, a wyglądało to jak mecz towarzyski, w którym nikt nie chciał zagrać. Współczujemy wszystkim, którzy nudzili się dzisiaj na tyle, by oglądać ten mecz.

Najlepszy mecz sezonu? Oj nie. Tempo meczu rwane, jak picie wódki na połowinkach w liceum. Niby jest co pić, ale gorzej z regularnym polewaniem. Co jakiś czas mocniejsze przywalenie, ale zaraz długi czas posuchy, bo facetce od matmy zebrało się na wspominki. Chyba każdy przeżył kiedyś taką imprezę i raczej nie zapisał jej do tych najlepszych w życiu. Najgorsze co może być to świadomość, że wszystko jest, ale z jakiegoś powodu korki od szampana nie chcą wystrzelić.

No i w pierwszej połowie było podobnie, bo na boisku był Cristiano Ronaldo, Andre Gomes, Arturo Vidal, Alexis Sanchez i wielu innych świetnych zawodników, ale cudów na kiju to oni nie grali. Oczywiście co jakiś czas można było zobaczyć, że tutaj faktycznie biegaja topowi piłkarze świata, bo świetne podanie Cristiano Ronaldo do Andre Silvy było już wyższych lotów. Chwilę wcześniej, w podobny sposób jak CR7, błysnął Sanchez, ale gola z tego również nie było. Nożycami próbował Vidal, a sekundę po nim Aranguiz uderzał z woleja, ale obie próby zakończył się fatalnym wykończeniem.

W drugiej połowie, to mieliśmy do czynienia z jeszcze inną imprezą – gorszą. Znacie przyjęcia komunijne? Nażresz się, nie potańczysz, a najchętniej to przyciąłbyś drzemkę, ale nie możesz, bo nie wypada. No to siedzisz i jesz dalej, z przerwami na małe ziewnięcie. Ewentualnie co jakiś czas pośmiejesz się, jak jest wuja Janusz, który od lat pełni funkcję rodzinnego kabareciarza.

Znowu było kilka przebłysków, ale o sytuacjach stuprocentowych nie było mowy. Najpierw próbował Vargas, w stylu Chucka Norrisa, z półobrotu, ale na posterunku był Rui Patricio. Chwilę po tym indywidualną akcję przeprowadził Cristiano Ronaldo, ale tutaj również Claudio Bravo sprostał zadaniu. W międzyczasie zerwało jeszcze obraz (burza nad Warszawą), ale przypuszczamy, że niczego szczególnego nie straciliśmy. Gdy po paru minutach obraz wrócił, to zatęskniliśmy za studiem z Janem Tomaszewskim w roli głównej.

Dariusz Szpakowski stwierdził, że dogrywka to rekompensata za burzę. W naszej opinii, to bardziej kara. Szkoda, że nie rzucali monetą albo nie urządzili konkursu żonglerek. Chociaż w ostatnich minutach dogrywki Vidal chciał z nas wszystkich zadrwić, ale los mu na to nie pozwolił. Najpierw uderzył w słupek, a dobita Rodrigueza wylądowała na poprzeczce. Cóż, najgroźniejsza okazja meczu w 119. minucie. Po raz kolejny zawiódł też VAR, bo Chile należał się rzut karny, ale sędziowie nie skorzystali z powtórki pomimo, że mieli duża czasu na podjęcie decyzji.

W rzutach karnych wreszcie mieliśmy coś szalonego i niemożliwego. Oczywiście nie chodzi o to, że Chile wygrało, bo to dość powszechne w ostatnim czasie. Ale to co zrobił Claudio Bravo budzi już duży szacunek. Trzy karne Portugalczyków i trzy obronione. Klasa!

Portugalia – Chile 0:0 k. 0:3