Image and video hosting by TinyPic
Broni nie mam, a nawet jakbym ją zabierał, to co? Pistoletem się bronić przed czterema CKM? Bzdura
Inne sporty

Broni nie mam, a nawet jakbym ją zabierał, to co? Pistoletem się bronić przed czterema CKM? Bzdura

– Mimo, że od tych rejsów minęło już kilka lat, ja ciągle chodząc po ulicach gadam do siebie. Do dzisiaj bywa, że jak siedzę sam w pokoju, to z łazienki nagle wychyla się żona i mówi: „Co, znowu sam ze sobą gadasz?”. Dlatego opracowałem pewien patent. Kiedy chodzę po ulicach, zawsze mam w uchu słuchawkę od smartfona. Bo wtedy wszyscy myślą, że gadam przez telefon – opowiada Tomasz Cichocki, jeden z najbardziej znanych polskich żeglarzy, który wciąż nie rezygnuje ze swojego największego marzenia – samotnego opłynięcia świata bez zawijania do portu. W rozmowie z Weszło „Cichy” opowiada, dlaczego nie lubi ludzi, jak to jest w wieku 14 lat pojechać stopem do Rumunii, jaka jest historia jego połamanych palców i dlaczego podczas sztormu najlepszą motywacją jest rzucanie na lewo i prawo „rozlicznymi kurwami”.   

***

Tomasz Cichocki trzykrotnie próbował samotnie opłynąć świat dookoła bez zawijania do portu. W pierwszy rejs wyruszył w lipcu 2011 r. Opłynięcie globu zajęło mu wtedy 312 dni, ale niestety jego jacht przez awarię musiał zawinąć do Port Elizabeth w Republice Południowej Afryki. Za ten wyczyn otrzymał wtedy jednak tytuł Żeglarza Roku 2012.

Drugą próbę opłynięcia świata w pojedynkę bez wchodzenia na ląd podjął w 2014 r., ale przez uszkodzony podczas sztormu maszt znów musiał przerwać rejs w okolicach południowego wybrzeża Czarnego Lądu. Trzeci atak w 2015 r. znów okazał się nieudany. Tym razem nawalił system sterowniczy, przez co jacht Cichockiego musiał być holowany do Kapsztadu.

***

To co, do czterech razy sztuka?

W tej chwili muszę jeszcze chwilę odpocząć od samotnego pływania, bo po tych trzech rejsach moja psychika jest trochę skatowana. Już pomijam wyniszczenie fizyczne, bo to najczęściej można odbudować. Chociaż pamiętam, że po pierwszym rejsie schudłem o jedną trzecią masy ciała. Wchodząc na jacht ważyłem 96 kilo, a kiedy z niego schodziłem, już tylko 64. Druga i trzecia wyprawa też były oczywiście mocno odchudzające. To jednak tylko ciało, bo już psychika po pewnym czasie po prostu siada.

Po długotrwałej samotności człowiekowi odbija?

Człowiek walczy z oceanem w każdym elemencie sam. Wszystkie decyzje są zero-jedynkowe, nie można ich z nikim skonsultować, wszystko trzeba wziąć na siebie. To nerwówka, bo ocean nie wybacza żadnych błędów, a tam cały czas jest coś do zrobienia, do naprawienia. Poza tym nie ma do kogo nawet gęby otworzyć. Dlatego będąc na oceanie często rozmawiam sam ze sobą.

I jak wygląda taka gadka z samym sobą?

Zadaję sobie pytanie i sam na nie odpowiadam. I zawsze jest dwóch odpowiadających. Ale nie ma czegoś takiego, że jest gradacja i jeden jest na plus, a drugi na minus. Mówię jedno zdanie, drugie, czasami są one ze sobą jakoś spójne, innym razem kompletnie rozbieżne. Wiadomo, jak to w dyskusjach. Jest na przykład pytanie: „Czy wejdziesz na maszt, bo trzeba to i tamto poprawić”. Najpierw odpowiadam: „Wejdź, bo jak to poprawisz, to będziesz szybciej płynął, będziesz spokojniejszy, będzie ci wygodniej”. Ale drugi głos mówi: „Nie wchodź, bo wprawdzie tego nie naprawisz, ale tak naprawdę nic się nie stanie”. I obie odpowiedzi są sensowne, no więc trzeba dalej ze sobą rozmawiać. Jakie są plusy i minusy, ile można stracić, a ile zyskać. I takich pytań oraz odpowiedzi są setki dziennie. Potem już dochodzi się do momentu, kiedy rozmawia się ze sobą o totalnych pierdołach. A kiedy już tęsknię na przykład za domem, rozmawiam tak, jakbym rozmawiał ze swoją żoną lub dziećmi.

Taka terapia, żeby nie zwariować?

Tak. Żeby język pracował i nie zastygł. Bo wiadomo, że jak przez ileś miesięcy nic się nie mówi, to pojawiają się potem kłopoty z mówieniem. To autentyczne. Dlatego usłyszenie głosu, nawet własnego, pomaga. Ale niesie to ze sobą określone skutki. W drodze powrotnej, zwykle przez kilka tygodni przed dopłynięciem do brzegu, uczę się milczeć. Ale nie nauczyłem się.

19105117_1429750100404486_449162859_o

I będąc na lądzie też pan dyskutuje sam ze sobą?

Mimo, że od tych rejsów minęło już kilka lat, ja ciągle chodząc po ulicach gadam do siebie. Poważnie. Do dzisiaj bywa, że jak czasami siedzę sam w pokoju, to z łazienki nagle wychyla się moja żona i mówi: „Co, znowu sam ze sobą gadasz?”. Dlatego opracowałem pewien patent. Kiedy chodzę po ulicach, zawsze mam w uchu słuchawkę od smartfona. Bo wtedy wszyscy myślą, że gadam przez telefon. Tyle, że ja nie rozmawiam z kimś, ale ze sobą. Ale to dobre rozwiązanie, żeby nie wyjść na idiotę. Kompletnego.

Słyszałem, że w samotne rejsy zabierał pan ze sobą też papugę-zabawkę.

Papuga to akurat zupełny przypadek. To prezent, który otrzymałem od pracowników jednej z telewizji. Prawda, potrafi powtarzać moje słowa, chociaż do gadania ze sobą nie potrzebuje papugi, mogę gadać nawet do obrazu, jak to się mówi o chłopach. A papuga została później wypożyczona pewnej 4-letniej damie, której też bardzo dobrze się z nią rozmawia.

Ma pan ksywkę „Cichy”. W sumie pasuje do takiego samotnika.  

Zgadza się, ale to wynika oczywiście bardziej z nazwiska. Czyli zupełny przypadek, bo moje dotychczasowe życie było jednak raczej mało ciche.

Czyli w dzieciństwie „Cichy” wcale nie był cichy?

Młodość to zawsze poszukiwanie, porywanie się na różne kierunki. Od zawsze żeglowałem dużo, natomiast jak każdy młody człowiek łapałem się różnych rzeczy. Bardzo długo na przykład przemieszczałem się pieszo po świecie, bardzo długo autostopem. Potrafiłem tak dojeżdżać na krańce Europy, będąc jeszcze szpindlem nawet bez dowodu osobistego. Pamiętam chociażby, że w wieku chyba 14 lat podróżowałem już do KDL-i – czyli ówczesnych krajów demokracji ludowej – bo tam paszporty nie były potrzebne. Takie kraje jak Bułgaria, Rumunia czy Węgry zjeździłem ze swoim przyjacielem. Wszystko z legitymacją szkolną w ręku.

Gdyby dziś 14-latek powiedział rodzicom, że jedzie stopem do Rumunii, na miejscu padliby pewnie na zawał.

Nasze matki też szalały z rozpaczy. Nie było przecież telefonów, nic. Ale tak było, wyjeżdżał 14-letni gówniarz z domu i wracał za dwa miesiące z jakiejś delty Dunaju. Dziś to pewnie nie do pomyślenia, ale to były też zupełnie inne czasy. Po prostu wtedy nikomu nie wpadłoby do głowy, że młody może wpaść w jakieś prochy, że są porwania i tysiące innych rzeczy. W tej chwili na ukończeniu jest moja druga książka i tam właśnie opisuję kilka takich wypraw. Bo tak jak wspomniałem, to były inne formy podróżowania. Jechało się właśnie stopem, pociągiem, były też kajaki, dlatego szalałem na rzekach całej Polski. Oprócz tego jeździłem też w rajdach, skakałem ze spadochronem, chwytałem się mnóstwa innych rzeczy.

Aż tak szukał pan adrenaliny?

Czy ja wiem? Chyba nie.

Gdyby pan nie szukał, grałby w szachy.

W szachy przestałem grać, kiedy zacząłem przegrywać z kolegami. Bo nienawidzę przegrywać. A tak na poważnie, to chyba nie jest adrenalina, to po prostu aktywność. Dzisiaj niektórzy pewnie nazwaliby to ADHD. Nie wiem, czy wtedy coś takiego było nawet diagnozowalne… Wiadomo, każdy ma swój rodzaj aktywności, ale jestem pełen szacunku dla każdego człowieka, który ma jakąś pasję i ją realizuje. I naprawdę obojętnie, czy są to szachy, kijki od nordic walking, jazda na rowerze, czy nawet liczenie przelatujących gołębi. Ja miałem kilka aktywności i w końcu skończyło się na żeglarstwie. Trudno jednak żyć na Warmii i Mazurach wśród jezior i nie żeglować. Bo przecież to byłaby jakaś wariacka sala. Owszem, za komuny były dobre i złe strony życia, ale ja chyba wybrałem tę dobrą drogę – przyrodę.

Był podryw na łajbę?

Zawsze się jakaś czarownica znalazła w Mikołajkach! Chociaż muszę przyznać, początkowo nie mieliśmy w głowie dziewczyn i piwa, a raczej pokonywanie jakichś granic, poznawanie ciekawych miejsc. Kiedyś jak we wrześniu płynęło się po Mazurach, to spotykało się jedną łódkę na kilka dni. To były takie czasy. A dzisiaj jest jakaś masakra, w ogóle nie ma sensu tam jeździć. Dlatego w swojej książce tak wiele miejsca poświęcę wspomnieniom. Bo ludzie nawet sobie nie uświadamiają, jak to kiedyś było.

Kiedy pomyślał pan, że może warto wyruszyć w samotny rejs dookoła świata?

Nie było czegoś takiego, że spałem i nagle była taka myśl. Nie. Wie pan, ja dosyć długo pływałem jako skiper w Chorwacji. I tak mnie doprowadzało do szału to pływanie z ludźmi… Tydzień w tydzień te same trasy, te same kawały, te same rozróby. Nie, to było nie dla mnie.

19179355_1429750120404484_1995907470_o

Co takiego ci ludzie robili, że pan ich tak nie trawił?

Ludzie są tak skonstruowani, że kiedy są w domu, to są jeszcze w miarę normalni. Ale jak przyjeżdżali do takiej Chorwacji, to była przezroczysta woda, łajba, luz blues, komórka wyłączona i można szaleć. I ludzie szaleją. Odwala im palma, robią takie rzeczy, jakich nigdy nie robiliby u siebie w domach. Dlatego miałem już tego dość. Mogę być dziś na jednej czy dwóch imprezach, ale w systemie ciągłym tak się nie da funkcjonować. W końcu uznałem, że chciałbym przepłynąć się gdzieś tylko sam. I pomyślałem: „A, przepłynę sobie Atlantyk, zobaczę jak to jest”.

Mówi pan tak, jakby chodziło o rejs do jakiegoś Świnoujścia.

Sezon na Atlantyku liczy się od października do maja i byłem tam od 2005 do 2006 r. Przepłynąłem ocean w obie strony, bardzo mi się spodobało. Uznałem, że to jest to.

Że ludzie nie są potrzebni?

O tym wiedziałem już wcześniej. Chciałem tylko udowodnić, że sam ze sobą mogę czuć się dobrze. Bo to, czy ludzie są potrzebni, to jedna sprawa. Inna, to czy sam dam sobie radę z jachtem, ze sobą, z samotnością, z wieloma innymi czynnikami. Bo to zupełnie inna bajka. I kiedy wracałem z Karaibów do Europy, doszedłem do wniosku, że to jest ten bajer. I że trzeba popłynąć gdzieś dalej. A jak dalej, to co? Cztery razy mam popłynąć Atlantyk? To lepiej już raz popłynąć dookoła.

Przychodzi pan do żony z radosną nowiną i…

Talerze może nie latały, ale to było po prostu krótkie, żołnierskie „nie”. Było ciężko, bo musiałem też jakoś wyjaśnić to swoim dzieciom, a przede wszystkim udowodnić, że umiem to zrobić. Bo to czy jest jacht, czy są pieniądze, to są rzeczy wtórne. Natomiast przekonanie najbliższych, że wypływam, ale wrócę, to jest już grubsza sprawa. Ale jakoś się udało. Popłynąłem w pierwszy rejs. Jak się okazało, najlepszy ze wszystkich do tej pory. Opłynąłem świat, ale z jednym przystankiem. Wszystko przez wypadek na Oceanie Indyjskim, przez który musiałem cofnąć się do Afryki.

Co jest takiego w tym Oceanie Indyjskim? Wielu żeglarzy mówi, że płynięcie przez niego to koszmar.

Tam jest najciężej, to prawda. Na każdym oceanie występują po prostu jakieś zjawiska pogodowe. Różne. Problem w tym, że na innych oceanach te zjawiska są rozciągnięte przestrzennie, wiatry wieją na dłuższych osiach, dlatego też te zmiany klimatyczne są nieco rozciągnięte w czasie. A na Indyjskim to wszystko jest w pigułce. Jak jest sztorm, to od 15 do 15.30. Amen. Napieprzanie bez litości. Poza tym złe jest też ukształtowanie dna Indyjskiego, co również powoduje różne zjawiska, największa fale są właśnie tam. Ciężki, trudny ocean.

Co jeszcze?

Chociażby ogromne różnice temperatur. Proszę pamiętać, że na górze Indyjskiego jest absolutny tropik, a na dole jest Antarktyda, więc te wody siłą rzeczy muszą się mieszać. Stała wartość wody na południu to więc raptem 7 stopni. Bardzo ciężko mówić o pełnej strukturze tego oceanu, bo książki są na ten temat. W każdym razie wszyscy żeglarze są zgodni, że Indyjski to masakra gorsza nawet od Przylądka Horn.

Miał pan tam wypalić cygaro podczas trzeciej wyprawy.

Miałem, ale niestety nie dotarłem do przylądka. Musiałem wypalić je gdzie indziej.

Kiedyś powiedział pan, że przed pierwszym rejsem bał się, bo nie wiedział co go czeka, a przed drugim bał się jeszcze bardziej, bo wiedział już jak to wygląda.

Bo za pierwszym razem jedziemy w nieznane. Powiem tak… Jak wspomniałem, kiedyś jeździłem w rajdach. Dopóki w nich nie jeździłem, to tak darłem po ulicach, że tylko asfalt się zwijał. Natomiast kiedy zacząłem jeździć w rajdach na zamkniętych torach i zacząłem dostrzegać, jakie niebezpieczeństwo ze sobą niesie ta jazda, to momentalnie zbastowałem na ulicach. Po prostu im większa wiedza, świadomość i umiejętności, tym człowiek bardziej zaczyna uważać, bać się. Co prawda samochodem do dzisiaj nie jeżdżę najwolniej, ale przeszła mi już jazda na wariata. Podobnie jest w żeglarstwie i wielu innych sportach. Chłopcy, którzy wspinają się na skałkach nieźle się bawią, ale dopiero jak wejdą na K2 to zaczyna się rozróba i zaczynają sobie uświadamiać, jak bardzo niebezpieczny sport uprawiają. W żeglarstwie jest to samo. Ja się świetnie bawię na łódce, ufam jej bezgranicznie, ale pierwszy lepszy sztorm jest w stanie mi pokazać, jakim jestem małym drewienkiem na oceanie i że można zrobić ze mną wszystko. Przykładem jest sztorm z przedostatniej wyprawy, kiedy praktycznie zrolowało mi maszt.

Oglądałem pana krótkie nagranie ze sztormu. Co można w ogóle zrobić, kiedy wokoło jest taki bałagan. Trochę jak w piekle.

Trochę tak, ale człowiek wypływając musi mieć świadomość, że to go może spotkać. Nie jest tak, że płynę i nagle ze zdziwieniem odkrywam, że jest coś takiego jak sztorm. Trzeba być na to przygotowanym, wiedzieć, że to może mnie zabić, ale z drugiej strony nie można dać się sparaliżować, bo w tym momencie już naprawdę może być groźnie. Muszę ufać sprzętowi, który mam. Stocznia, która mi zrobiła łódkę, przygotowała naprawdę solidną jednostkę. Fakt, okazało się, że maszt nie wytrzymał, ale tamten sztorm był pozaskalowy, a więc taki, który nie występuje nawet w przyjętej skali Beauforta. Była tylko opcja, że albo ten maszt się ugnie, albo w cholerę się połamie. Powyginał się.

19205106_1429750090404487_208069414_o

Wali sztorm, a pan ze sobą pewnie gada. O czym?

Człowiek jest spanikowany, bo mimo tego, że gram chojraka, to jednak muszę mieć w sobie jakieś poczucie lęku. Inaczej bym nie funkcjonował. Bo jak inaczej? Bez układu nerwowego? A w rozmowie ze sobą padają takie słowa, których nie wypada chyba nawet cytować.

Aż tak ostro?

Tak, bo muszę się jakoś pobudzić. I zapewniam, że rozliczne kurwy są tylko oddzielone przecinkami. Ja nawet nie zawsze wszystko pamiętam z takich chwil. Czasami uda mi się coś nagrać, potem odtworzyć, opisać, ale to są bardzo rzadkie przypadki.

Jak wspomina pan trzeci rejs, który zakończył się wielodniowym holowaniem?

Wszystko zdarzyło się jakieś tysiąc kilometrów od Przylądka Dobrej Nadziei. Holownik ciągnął do mnie z Kapsztadu. Samo holowanie trwało cztery dni i było bardzo ciężkie, bo panowały bardzo złe warunki. Najgorsze było jednak to, że wcześniej holownik pływał wokół mnie pięć dni, bo nie mógł podać holu. Przez pięć dni go widziałem, a jednak nic nie mogłem zrobić. Skończyło się to w końcu połamaniem palców (Cichocki pokazuje swoją dłoń – red.). Jak widać, do dzisiaj nie są proste.

Jak wyglądało te pięć dni?

Przez pierwsze kilka godzin awanturowałem się, że nie podpływają, a później to już mi spowszedniało. Trzeba było po prostu czekać. Funkcjonuje się tak z godziny na godzinę, aż w końcu przychodzi ten moment zdziwienia: „O, w końcu pogoda jest lepsza i można podać hol!”.

A palce?

Kiedy podawali mi hol, rzucili go i niechcący szarpnęli holownikiem. W tym momencie ręka znalazła się między holem a pokładem. Dwa pęknięcia i zmiażdżony staw. To już taki palec, że się go w ogóle już nie opłaca robić. Wtedy wziąłem tylko jakieś środki przeciwbólowe, sam pozakładałem szwy. Nic takiego nadzwyczajnego się jednak nie stało.

Pan może ma inny próg bólu, mniej rzeczy może pana zaskoczyć.

Podejrzewam, że mam taki sam próg bólu jak każdy. Coś panu opowiem. Mam kolegę, który grał w piłkę ręczną. I on i inni zawodnicy cały czas sobie w tej piłce ręczne łamali paluchy. I kiedyś opowiedział mi, że po takiej akcji szli do stołu, walili piąchą w palec, naprostowali go i z powrotem na boisko. Oni musieli sobie tak psychikę ustawić, powiedzieć: „Człowieku, przestań udawać, tylko zasuwaj grać”. Ból to tylko i wyłącznie obrona organizmu, dlatego możliwe jest uświadomienie sobie, że tego bólu nie ma. To była bardzo mądra rzecz, dlatego sam do dzisiaj staram się do niej dostosować. I jak coś mi się przytrafi, staram się omijać ten ból.

A ile najdłużej pan nie spał podczas takiego rejsu?

W pierwszym rejsie, chyba niecałe trzy dni, kiedy dopływałem do Brestu. Na morzu granica między dniem a nocą trochę nie istnieje, dlatego że śpi się w interwałach. Ale te trzy dni to też nie jest do końca prawda, bo żeglarz niby nie śpi, ale w całym odrętwieniu co pewien czas zapada w taki stan, chociaż to nawet nie jest półsen. Ale prawdą jest, że człowiek się nie położy, bo strach. Przecież jakbym się położył, to koniec – dziewięć godzin mnie nie ma. Nie ma litości. A wtedy tak się bałem, że adrenalina pozwalała mi nie zasnąć. Bałem się chociażby tego, że „rozjadą” mnie tankowce.

W tym roku kończy pan 60 lat. Takie katowanie organizmu mocno odbiło się na zdrowiu?

Nie. Czuję się bardzo dobrze. Tylko cholera przytyłem, bo rzuciłem palenie. A paliłem 45 lat. Został mi tylko „elektronik”, ale to chyba też już końcówka.

To ile wagonów fajek brał pan w rejs dookoła świata?

Liczyłem mniej więcej paczkę na dwa dni. Czyli 150 paczek na rejs. Jest tego trochę. Bardziej jednak dobija mnie właśnie to, że przytyłem. Ale z drugiej strony ostatnio były mistrzostwa Warmii i Mazur w pływaniu i póki co w swojej kategorii wygrałem.

Zawsze znów może się pan przerzucić na jedzenie w proszku. Jak na oceanie.

To chyba nie chodzi o to, żeby się faszerować chemią, tylko mieć więcej aktywności fizycznej. Bo efekt rzucenia papierosów zawsze jest taki sam. Znam chyba tylko jedną kobietę, której po tym nie przybyło tu i ówdzie.

Kiedyś powiedział pan, że na taki rejs zabiera ze sobą mniej więcej tonę jedzenia. Jak pan robi zakupy? Podjeżdża pan tirem pod Biedronkę?

Kupuję jedzenie niekoniecznie w Biedronce, ale fakt jest faktem, że kilka dostawczaków musi przyjechać. Ale jedzenie to oczywiście tylko element, bo w tych samochodach jest jeszcze mnóstwo picia, ubrań, części do wymiany, narzędzi. Zapasy zawsze są liczone na rok.

Czyli zwykle na łajbie obchodził pan też swoje urodziny.

Taka praca, że trzeba być w listopadzie na południu. Horn nie pozwala się przepłynąć w innym momencie, niż w styczniu. Kiedy płynę sam, nigdy nie biorę jednak ze sobą alkoholu. Czasami zdarza się wypić piwo jak płynie się z ludźmi i dopłynie do portu, ale jak jestem sam, to absolutnie. Po piciu bardzo łatwo o dekoncentrację. Nie twierdzę, że jestem święty i unikam alkoholu w ogóle, ale w takich chwilach na pewno. Bo byłoby chyba największą głupotą, gdybym utopił się po wypiciu dwóch drinków. Za dużo ludzi poświęca mi swój czas i za dużo jest do stracenia.

Trudne są rozmowy z ekipą, kiedy wraca się i nie wyszło?

To sport wysokiego ryzyka, dlatego ekipa bardziej jest zdziwiona, kiedy coś wyszło. Zawsze jednak jest jakiś sukces, zawsze jakiś kawałek został przepłynięty, zawsze coś po rejsie zostaje. Chociażby książka, zadowolenie sponsorów, nowe doznania.

I pewnie ulga, że nie spotkało się piratów. Widział pan film „Kapitan Phillips” z Tomem Hanksem?

Znam. Bardzo dobry. W końcu sześć nominacji do Oskara.

Ile w nim prawdy?

Czytałem książkę faceta, który brał udział w tej akcji po stronie komandosów. To była jego autentyczna relacja. On wtedy strzelał do tych piratów. Wiem, że prawdziwy kapitan Phillips wrócił na morze po roku. Wydaje mi się, że w filmie jest sporo prawdy, chociaż pewnie jak każdy film coś od siebie dołożył. Jak to u Amerykanów, więcej heroiczności. Ale generalnie piraci to naprawdę duży problem. Niedaleko Somalii ten problem nie jest akurat tak duży, bo oni raczej żądają pieniędzy. Inaczej jest na przykład w Gwinei, bo tam już są w stanie zatłuc.

19125227_1429750113737818_533559642_o

Pan planując podróż mocno zwraca uwagę na takie miejsca?

Omijam te rejony. Sam mam akurat na trasie jedno takie miejsce, konkretnie Wysypy Zielonego Przylądka. Tam jest umiarkowane nasilenie piratów, ale są. Atakują zwykle kiedy ktoś płynie sam, bo jak w grupie, to jednak nie. Jak pan widzi ja jednak żyję, ale miałem pewną historię, którą opisałem w swojej pierwszej książce. Któregoś dnia wydawało mi się, że podpływają do mnie pontony, dosłownie byłem przekonany, że mnie okrążają. Ale okazało się, że to były… delfiny, które po prostu układały się na radarze w taki okrąg. Ale strach był.

Można coś w ogóle zrobić, gdyby jednak doszło do takiej sytuacji?

Broni ze sobą nie mam, a nawet jakbym ją zabierał, to co bym zrobił? Pistoletem się bronić przed czterema CKM? Bzdura. Najsłynniejszy przypadek zamordowania żeglarza, to oczywiście Peter Blake (Nowozelandczyk zginął w 2001 r. – red.). Był gwiazdorem żeglarstwa i popłynął w deltę Amazonki. I tam go zastrzelili. Szkoda, bardzo dobry żeglarz. Podejrzewam jednak, że było wiele podobnych opowieści, ale ich bohaterowie nie mogą już ich opowiadać, bo jest pozamiatane.

Pan ma się dobrze, no więc jak z tym czwartym rejsem?

Tak jak powiedziałem, muszę odpocząć. Poza tym chcę zrealizować to, co już mam w planach. Bo pomysłów jest mnóstwo. Zabrałem się m.in. za pływanie zespołowe. Mam załogę, wypróbowanych ludzi i razem robimy projekty. Na ten moment są to Żeglarskie Mistrzostwa Europy, które po raz pierwszy w historii odbędą się w Polsce. Pojawi się u nas kilkadziesiąt, a może i kilkaset jachtów z całej Europy, a więc bitka będzie ostra. Oprócz tego, jeśli wszystko sponsorsko dobrze się poukłada, chcielibyśmy też popłynąć w tym roku Sydney-Hobart, czyli najtrudniejsze regaty świata. Jeśli ktoś nie interesuje się mocno żeglarstwem, niech sobie włączy filmiki z tej imprezy. Jak się obejrzy nagrania, można się przewrócić. Mamy też ogromny plan na przyszły rok. Naprawdę potężny, ale nie chciałbym o nim mówić, ponieważ na ten moment nie mamy dopracowanych szczegółów.

Zabrzmiało, jakby miał pan lecieć żaglówką w kosmos.

Prawie. Takiej imprezy w Polsce jeszcze nie było. No i mam nadzieję, że jeśli starczy mi sił, to za jakieś dwa, może trzy lata, popłynę jeszcze raz dookoła. Zobaczymy jak wyjdzie.

Wróci pan i znowu będzie ciężko przestawić się do normalnego życia.

Ale nie ma normalnego życia. Niech się pan rozejrzy dookoła.

ROZMAWIAŁ RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. archiwum prywatne T. Cichockiego.

KOMENTARZE (5)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
brodson3

ciekawy wywiad, dobra robota!

pejsbuk

„O! To nadaje sie do prasy!!!” Za swoja gotowke i na swoje ryzyko!
A nie jakies, kurwa „wyprawy” na chuja komu potrzebne? w Himalaje zawalone gotowka klubu sportowego legia warszawa przez „najwybitniejsz osobowosc” warszawy i Polski czyli Lesnodorski:)
…adwokat a prawie artysta…

Bartek Kiezun

Po co tyle agresji? Źle ci się żyje? Tu też mamy do czynienia ze sponsorami. A wyprawa na K2 to pieniądze zdaje się Lesnodorskiego nie Legii. Co w tym złego, że ktoś wykupuje klub, podnosi jego wartość, sprzedaje swój udział z zyskiem i robi z kasą na co ma ochotę? Odpowiedz proszę, bo mnie ciekawi twój punkt widzenia. Pozdro.

AS

Ależ to się dobrze czytało, dzięki!

Bartek Kiezun

Mega się czyta takie historie. Dzięki.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

Szamoobrona