Reklama

Z Sandecją może nie będzie lepiej, ale na pewno weselej

redakcja

Autor:redakcja

19 maja 2017, 14:00 • 19 min czytania 53 komentarzy

Wszyscy zastanawiają się: co Sandecja wniesie do Ekstraklasy? Otóż jeśli jesteście uważnymi czytelnikami Weszło, to wiecie, że może wnieść całkiem sporo kolorytu. Była w ostatnich latach klubem, który notorycznie dostarczał nam tematów. A to bójka w szatni, a to wspieranie skautingu Football Managerem 2007, a to wybór dorodnego ogórka na klubową maskotkę – zawsze coś. Nie będziemy rzucać słów na wiatr, przed wami imponujące kalendarium.

Z Sandecją może nie będzie lepiej, ale na pewno weselej

***

Lipiec 2013. Młody nie może się zdecydować czy jest nowym Messim czy nowym Tysonem

Piłkarze Sandecji normalnie zjawiają się na porannych zajęciach, dzień wcześniej mieli wolne. Wszyscy powoli szykują się do wyjścia na trening, przebierają i przygotowują sprzęt, a trener Hajdo – przechodząc po prostokątnej szatni – wita się z każdym po kolei. Wymieniając uściski dłoni z kilkoma zawodnikami, wyciąga wreszcie rękę do Jakuba Nowaka, a w odpowiedzi, po kilku słowach wypowiedzianych pod nosem, wędruje w jego stronę dłoń piłkarza. Już zaciśnięta w pięść i na wysokości twarzy trenera. Poszedł pierwszy cios. Hajdo się zachwiał, przeleciał przez wiążącego za nim buta jednego z piłkarzy i upadł na podłogę. Nowak ruszył dalej – kopnął trenera i próbował wyprowadzić kolejne ciosy pięścią w głowę.

Jakub Nowak. Pytanie, jakie zwykł zadawać Patryk Małecki, w tym miejscu by nie wystarczyło. Gość ma 21 lat, po włączeniu do pierwszego zespołu podobno poczuł się jak gwiazda, a jedyne, czym może się „pochwalić”, to 27 minut w pierwszej lidze, w ostatnim meczu poprzedniego sezonu. Nowak jako piłkarz jest więc NIKIM. Już kilka tygodni temu trener Hajdo wziął chłopaka na rozmowę i powiedział wprost: jeśli chcesz grać, musisz szukać innego klubu, ale do tego czasu możesz trenować z nami. Między nimi nie było żadnych zgrzytów. Zawodnik miał przenieść się do Rozwoju Katowice, ale oblał testy, w Polonii Bytom też się nie spodobał. Stanęło na trzecioligowym Popradzie Muszyna, wypożyczenie było już dogadane. Za kilka dni Nowak miał się zameldować na treningu nowej drużyny. W międzyczasie – napiszemy to bardzo delikatnie – stracił jednak kontakt ze światem. Ci, którzy stali obok niego w szatni, twierdzą, że czuć było od niego alkohol.

Reklama

***

Maj 2014. Królowie hazardu

W niektórych klubach piłkarskich powinni poważnie zastanowić się nad przeprowadzaniem testów na inteligencję zatrudnianym zawodnikom. Taka chociażby Sandecja to, jak się okazuje, zbieranina samych prawdziwków – najpierw był jeden, który rzucił się z rękami na trenera i go pobił, a teraz objawił się kolejny inteligent, który z kolegą z szatni założył się, że podpadnie kibicom. Żeby jeszcze chodziło o kibiców rywali, ale nie – on postanowił, że wkurzy tych swoich.

Cztery tygodnie temu autokar z piłkarzami Sandecji zameldował się w Nowym Sączu grubo po północy. Większość rozeszła się do domów, ale niektórym było mało – skromna ekipa postanowiła po przegranym meczu w Grudziądzu pójść jeszcze w miasto. Tempo narzucone w knajpie było chyba wysokie, skoro szybko rozpoczęły się śpiewy. Zamiast małego pokazu karaoke, główny repertuar dotyczył piosenek znanych ze stadionu przy Łazienkowskiej. Przyśpiewki zaczął Maciej Górski, były piłkarz klubu z Warszawy, a dołączył Łukasz Grzeszczyk, zadeklarowany sympatyk Legii. Na ich nieszczęście kilka stolików dalej siedziała grupka kibiców Polonii i właśnie Sandecji, mocno z Legią skonfliktowanych. Zaczęło się od grzecznych próśb, żeby piłkarze się zamknęli, a zaraz wywiązała się mała szamotanina: ktoś kogoś popchnął, ktoś kogoś kopnął. Ale kibice Sandecji swoim zawodnikom krzywdy nie zrobili, bo – jak się domyślamy – zrobić po prostu nie chcieli.

Wspomniany Grzeszczyk i Fabian Fałowski, którzy pozostawali w świetnych humorach, postanowili – słyszeliśmy to z kilku zaufanych źródeł (sami nigdy tego nie potwierdzą) – że się założą. O to, że ten pierwszy kibicom się odegra przy najbliższej możliwej okazji. Kiedy więc Grzeszczyk w następnym meczu z Termaliką strzelił gola, podbiegł do sektora najbardziej zagorzałych fanów (czytaj: znajomych z knajpy) i pokazał „elkę”. Reakcja trybun mogła być jedna: zaczęli piłkarza wyzywać i wywiesili transparent „11.05.2014, kontrakt z Łukaszem Grzeszczykiem wygasł”.

sandecja

Reklama

Klub chciał kibiców jakoś udobruchać, doprowadzić do ugodowego spotkania, ale ich przesłanie było jasne: dla nas ten człowiek nie istnieje. Grzeszczyk uznał więc, że udzieli wywiadu. I teraz prawdziwy hit! – To nie była „elka”, a dwójka pokazana po bramce na 2:0 – stwierdził błyskotliwie.

***

Lipiec 2014. Kto pod kim dołki kopie

Ryszard Kuźma. Trener w środowisku całkiem szanowany, z przyzwoitą marką, który był asystentem Jacka Zielińskiego, kiedy Lech zdobywał mistrzostwo Polski. Zresztą, ten sam Zieliński mocno go chwalił – po jego rekomendacji Jano Frohlich, dyrektor sportowy Sandecji, zdecydował o jego zatrudnieniu. A dziś tego Frohlicha oczernia w mediach Kuźma, próbując odebrać mu część kompetencji. Opowiada, że facet ma kompleksy, boi się, że zostanie odstawiony na bok i to przez jego zachowanie musi odejść.

Sandecja pod wodzą Kuźmy grała nieźle – doszła do 1/4 finału Pucharu Polski, skończyła ligę w środku tabeli, a w pewnym momencie tabela za jego kadencji wskazywała trzecie miejsce. Trenerowi skończył się kontrakt, a przed wyjazdem na urlop uzgodnił wszelkie warunki, włącznie z niedużą podwyżką. Ale na wakacjach, jak żartują niektórzy, zaszkodziło mu słońce. Po powrocie chciał podpisywać umowę, ale już tę, którą przygotował sam – taką, która gwarantuje mu za remis 100 proc. premii, konsekwencje za 3-miesięczne opóźnienie w wypłacie pensji, możliwość natychmiastowego odejścia w przypadku oferty z Ekstraklasy i pełną władzę w kwestii transferów.

Problem jednak w tym, że te transfery (Mójta, Cicman, Urban, Bębenek, Nather, Urban, Grzeszczyk), które poprawiły jakość zespołu, były autorstwa dyrektora Frohlicha. Sam Kuźma ściągnął trzech piłkarzy i grał tylko jeden (Margol), wątpliwej zresztą jakości. Nikt więc o zdrowych zmysłach nie mógł dać trenerowi pełnej kontroli, tym bardziej, że… coraz mocniej kombinował. Wymyślił sobie dwa razy droższego masażystę i wnioskował u prezydenta miasta o zatrudnienie w sztabie swojego syna. Pachnie trochę prywatnym folwarkiem.

Przeczytaliśmy w sieci dwa wywiady z Kuźmą i facet trochę zachowuje się nie fair. Zaczepia tego Frohlicha, no i opowiada, jak to zbudował nową organizację pracy młodzieżowców. Po pierwsze, Akademia Sandecji powstała jeszcze rok przed jego przyjściem. Po drugie, zdecydowana większość młodych zawodników była w kadrze pierwszego zespołu jeszcze przed jego przyjściem. Po trzecie, sprawa z forowaniem zatrudnienia syna jest trochę słaba.

***

Kwiecień. Armand Ella Ken, perła Barcy, w pierwszej lidze

(Fragment wywiadu Tomka Ćwiąkały). Ty faktycznie byłeś taką perłą, jak opisywali cię katalońscy dziennikarze?

Nie przeczę, tak się mówiło. Miło słyszeć takie komentarze. Może gdyby nie kontuzja, to dziś grałbym w Barcelonie albo innym hiszpańskim klubie? Nic nie dzieje się jednak bez przyczyny. Nie ma co narzekać i patrzeć wstecz.

Grałeś w ataku z Icardim i Deulofeu?

Tak.

Nieprawdopodobne.

Był jeszcze Rafa Alcantara…. Wielu. Jeden nawet gra w Polsce, Josu. Każdy idzie swoją ścieżką. Niektórzy mogą mieć opóźnienie, ale trzeba pracować. Podczas jednego z turniejów Nike Cup, gdzie w finale przegraliśmy po karnych z Realem, zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem rozgrywek. Mam świetne wspomnienia z Hiszpanii. Chciałbym tam kiedyś wrócić.

Kto był najbardziej inteligentny z tamtej grupy w Barcelonie?

Bardzo pracowity i inteligentny był Sergi Roberto, ale to starszy rocznik. Bartra tak samo. Większość wychowanków Barcelony to ludzie z klasą. Kiedy dochodzisz w tym klubie do pewnego wieku, zaczynasz czuć odpowiedzialność. Widzisz, że młodzi, których mijasz w szkole, są w ciebie wpatrzeni. Musisz dawać przykład. Jeżeli my – juveniles – zaczniemy łamać zasady, to co zrobią 10-latkowie? Prosty przykład – jadalnia. Jeżeli nakładasz, to musisz zjeść. Nie ma wyrzucania. Nam – Afrykańczykom – było na początku szczególnie trudno. Kalafiora nie znoszę do dziś, a i do sałatek – które dziś jem chętnie – też ciężko było mi się przekonać. Chciałem tylko kurczaka, spaghetti i ryż.

Trenowałeś u Guardioli z pierwszą drużyną?

Tak, kilka razy. Kiedy trener miał do dyspozycji wszystkich trzydziestu, nie musiał sięgać niżej, ale gdy ktoś doznawał urazu lub zawodnicy rozjeżdżali się na reprezentację, to najlepsi juniorzy dostawali szansę. Wcześniej jednak zbierano informacje o zawodnikach. Sprawdzali, jak się zachowujesz, jak się uczysz, jaki jesteś w stosunku do kolegów, czy nie czujesz się lepszy, czy okazujesz szacunek… Trenowałem z pierwszym zespołem około trzech razy. Pamiętam pierwszy trening. Iniestę znaliśmy dłużej, bo nasze nauczycielki pamiętały go z La Masii i często zapraszały na zajęcia, ale najbardziej gościnny okazał się Dani Alves. Przyjeżdżamy wcześniej, on podbija sobie piłkę, patrzymy… „Que? Nie grasz ze mną?”. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Mówił do mnie Dani Alves! Strasznie pozytywny i otwarty gość. Czekamy na trenera, przychodzą kolejni, jest Abidal, Xavi… Piękne uczucie, bo nie czujesz się obcy. Traktują cię jak jednego więcej.

Ella Ken ostatecznie strzelił trzy bramki, pokazał parę błysków, ale przede wszystkim dał odpowiedź na palące pytanie: dlaczego mu nie wyszło. Otóż może w nogach miał dość talentu, ale głowa nie nadążała:

– To nawarstwiało się już od kilku miesięcy. Relacje między nim i innymi zawodnikami, atmosfera w szatni nie była najlepsza. Takie sygnały już dostawaliśmy od trenera Kasperczyka. Trzeba było zadziałać, ale daliśmy mu szansę i po zmianie szkoleniowca mógł się odbudować. Na pewno Armand jest dużym talentem, ale niestety trzeba mieć inną głowę. On sobie to musi sam poukładać. Zastanowić się, czy dalej chce grać w piłkę. Podczas pobytu w Nowym Sączu było za dużo kombinacji z jego strony. Jak tylko był mocniejszy trening, to Ella zgłaszał kontuzję. Potem sprawdzali go lekarze, masażyści i okazywało się, że wszystko jest w porządku – zakończył Paweł Cieślicki, dyrektor Sandecji.

***

Kwiecień 2015. Im strzelać nie kazano

Jedenastka. Prezent, gol podany na tacy. Cel napastników i skrzydłowych, którzy nierzadko zamiast uderzać, wolą efektownie się położyć, bo a nuż sędzia się nabierze i pozwoli strzelać z najczystszej z czystych pozycji. Ta mało etyczna zasada z pewnością nie obowiązuje jednak w Nowym Sączu, nie dlatego jednak, że tak hołduje się tam fair play, ale dlatego, że Sandecja ostro pracuje na order Martina Palermo:

Przyjrzyjmy się ich bilansowi wstydu. Otwarcie sezonu prorocze:

1 kolejka, GKS Tychy u siebie. Dwa niestrzelone karne – Grzeszczyk, Nather. 1:1
10 kolejka, Bytovia na wyjeździe. Nie strzelił Traore, 1:6.
11 kolejka, Pogoń Siedlce u siebie. Nie strzelił Nather, 0:1.
23 kolejka, Flota u siebie. Nie strzelił Fałowski, 1:0.
27 kolejka, Bytovia u siebie. Nie strzelił Bębenek, 0:1.

Łącznie z jedenastu karnych trafili pięć. Niespotykana, mniej niż pięćdziesięcioprocentowa skuteczność.

***

Wrzesień 2015. Czwartoligowe derby ze sobą

Czwarta liga, grupa: małopolska wschód. Barciczanka Barcice ma duże aspiracje, bo już rok temu była bliska awansu, a teraz mogłaby to uczynić z okazji 70-lecia istnienia. Nie zamierzamy zgrywać ekspertów, kto jeszcze powalczy o czołowe lokaty, ale po szóstej kolejce liderem był Lubań Maniowy, tuż za nim – rezerwy Sandecji Nowy Sącz i właśnie Barciczanka. Ta dwójka grała w miniony weekend ze sobą. Łączy ich jednak znacznie więcej.

W kadrze Barciczanki znajduje się bowiem kilku zawodników, którzy wcześniej grali w Nowym Sączu, m.in. Wojciech Kalisz, Dawid Janczarzyk czy Bartosz Kozak. To młodzi chłopcy, mają po 19-20 lat, w poprzednim sezonie wiele razy siadali na ławce rezerwowych, a dwóch z nich wystąpiło nawet na zapleczu Ekstraklasy (Kalisz – 124 minuty, Janczarzyk – 32). Zamiast napierania na pierwszy skład, przyszło wypożyczenie do klubu czwartoligowego. A przecież Sandecja na tym samym poziomie rozgrywkowym ma rezerwy: to tutaj młodzi mają się ogrywać, na co dzień pozostając przy pierwszym zespole, w zasięgu wzroku pierwszego trenera. Tym bardziej, że w kadrze meczowej na pierwszą ligę mieści się dwóch młodzieżowców – trzeci z czwartym już są potrzebni, gdy któryś jedzie na zgrupowanie reprezentacji.

Co więc autor tego pomysłu miał na myśli? Oczywiście własny interes. Paweł Cieślicki, który jest dyrektorem sportowym Sandecji, na co dzień pełni funkcję prezesa i sponsora Barciczanki. Jako trenera zatrudnia z kolei Tomasza Szczepańskiego, który przy okazji szkoli juniorów Sandecji.

Ciekawie zaczęło się więc robić, gdy zbliżał się mecz Barciczanki z rezerwami pierwszoligowca. Robert Kasperczyk, trener pierwszoligowej Sandecji, grając z GKS-em Katowice już w piątek, planował, że tych, którzy nie pojawią się na boisku, odeśle do rezerw. Czwartą ligę zazwyczaj rozgrywa się w niedzielę, ten mecz początkowo też zaplanowany był na niedzielę, a w tej kolejce tylko jeden mecz zorganizowano w sobotę. W Barcicach wymyślono więc, że spotkanie trzeba przełożyć na inny dzień (do tego potrzebna była też zgoda przeciwnika). Konkretnie: na czwartek, by Kasperczykowi związać ręce. Dzień przed ligowym meczem potrzebnych jest przynajmniej osiemnastu zawodników, trzeba być ubezpieczonym na różne scenariusze.

Dlatego drugą drużynę wyjątkowo lepiono na kolanie. Między słupkami dopiero czwarty w klubowej hierarchii bramkarz – pierwszy ma kontuzję, drugi gra, trzeci siedzi na ławce. Oprócz niego, zdolnych do gry tylko jedenastu chłopaków. Do przerwy skromne 1:0 dla Barciczanki, ale w Sandecji jeden wylatuje za czerwoną kartkę, drugi łapie kontuzję, trzeci z powodu urazu tylko truchta. W skrócie: obraz nędzy i rozpaczy.

Barciczanka wygrywa więc 4:0, Barciczanka bliżej trzeciej ligi. Innym zespołom, które to wszystko obserwują z boku, puszczają nerwy. I trudno się dziwić.

***

Styczeń 2016. Studenci na ratunek

Niedawno okazało się też, że Janczyk i spółka będą mieli gdzie trenować. To dość kuriozalna sprawa. Do tej pory zespół musiał dojeżdżać nawet 100 kilometrów, by pokopać piłkę na sztucznej murawie, pomimo tego, że w Nowym Sączu ma taką pod nosem. Ale przez dwa lata władzom Sandecji nie udało się dogadać z Państwową Wyższą Szkołą Zawodową – uczelnią, która jest właścicielem boiska. Powstało ono w dużej mierze ze środków unijnych, a to wiązało się z pewnym ograniczeniami. Nie można było udostępnić obiektu za darmo (bo zasady konkurencyjności), nie można było za pieniądze. Pat trwał dwie zimy, aż w końcu ktoś znalazł furtkę – obserwacje treningów w ramach zajęć prowadzić będą studenci. I wszystko cacy – nikt się nie przyczepi.

***

Kwiecień 2016. Ludzie listy piszą

Tym razem list otwarty (tutaj) do prezesa Sandecji Nowy Sącz wystosował 33-letni Arkadiusz Korcz, który prosi o szansę treningu i gry.

Korcz to przynajmniej w lokalnych kręgach nie jest osoba kompletnie nieznana. Pochodzi z Nowego Sącza, w młodym wieku debiutował w pierwszej drużynie Sandecji i grał w reprezentacji Polski U-16 i U-17. Niestety, trafił na swojej drodze na chamskich, złych ludzi, którzy – w przeciwieństwie do innych – nie widzieli w nim nadziei polskiego futbolu i robili wiele, by go zniszczyć. Dlatego dziś wychodzi do mediów, bo – jak sam pisze – obiecał sobie, że nie pozwoli na zmarnowanie talentu przez innych”.

A oni dążyli do tego na wszelkie sposoby:

– z drużyny narodowej U-17 wyrzucono go „za zafarbowane włosy na blond”

– w wieku 17 lat dyrektor Sandecji dowiedział się, że zbyt mocno poimprezował i zawiesił go na kilka tygodni, czego nie potrafił zrozumieć

– nie dostawał żadnych poważnych propozycji od klubów i zdawało mu się, że wszyscy się zmówili przeciw niemu

– miał depresję, trenował w niższych ligach, ale i tak ludzie tylko go chwalili i mówili, że powinien grac wyżej

– odezwał się do Sandecji, po wielu prośbach dostał zgodę na treningi, był o klasę lepszy od innych, a „sami zawodnicy z drużyny mówili, że to jest absurd, żeby tak dobrze grać, a siedzieć tu, z nimi w drugiej drużynie”

Korcz uznał jednak, że z niesprawiedliwością tego świata wypada walczyć. Pisze więc: – Dla dobra piłki nożnej będę chciał udowodnić światu i Panu Prezesowi, że chyba w Sandecji, z tą moją grą dzieje się coś nienormalnego. (…) Naprawdę ci co mnie znają, wiedzą że potrafię grać bardzo dobrze i jestem w stanie zaskoczyć. I dla dobra polskiej piłki chciałbym, żeby ludzie wstawili sie za mną w tej sprawie. (…) Mógłbym wymienić kilku zawodników, którzy grają do dziś w Ekstraklasie i których znam, na pewno by w to nie uwierzyli, że piłkarz, który był lepszy od nich mógł zamieszać się w to wszystko. (…) Niech władze PZPN wstawią się za mną i pomogą uwierzyć mi na nowo, że sport uczy szacunku do drugiej człowieka.

Dla dobra polskiej piłki… No cóż, dla dobra polskiej piłki najlepiej byłoby dać święty spokój PZPN, przestać zawracać ludziom głowę i zrozumieć, że coś nienormalnego dzieje się nie tylko z grą pana Korcza.

Poza tym: chłopie, masz 33 lata. Zajmij się już w życiu czymś innym.

***

Październik 2016. Janczyk marnuje tysięczną szansę

Dawid Janczyk to bomba zegarowa, ale o tym chyba wszyscy wiedzieliśmy…

Wytrzymał osiem miesięcy. Treningi z pierwszym zespołem Sandecji rozpoczął w styczniu, będąc w fatalnej formie fizycznej. W klubie mówili, że dobił dna i wygląda jak pracownik biurowy z 15-letnim stażem. Ale od tego dnia powoli się odbijał – zaliczał po trzy jednostki treningowe dziennie, spalał tkankę tłuszczową i stopniowo był wprowadzany do zespołu. Wreszcie na przełomie maja i czerwca dostał dwie poważne szanse: z Olimpią i Rozwojem wyszedł w pierwszym składzie, zdobył po bramce. Wydawało się, że w tym sezonie będzie grał więcej. W dwóch meczach ligowych uzbierał jedynie 77 minut, w Pucharze Polski – 58.

Janczyk nie zalicza się do ulubieńców Radosława Mroczkowskiego. Trener pierwszego zespołu cały czas poklepywał go po plecach, apelował o walkę na 100 procent, mówił, że da kolejne szanse. Te – nawet po meczu rezerw, w którym napastnik zdobył wszystkie cztery bramki – nie przychodziły. Dawid sobie z tą sytuacją nie poradził, nie jest silny psychicznie. 19. września strzelił jeszcze dwa gole w rezerwach i zniknął na ponad tydzień. 23. września obchodził urodziny…

***

Październik 2016. Dawid Ogórek kasuje Ogórka Dawida

Tym razem kibicom zamiast kolejnej dawki lokalnych patologii zafundowano fajną atrakcję – Sandecja będzie miała maskotkę, którą oni nie tylko wybiorą, ale też i zaproponują w facebookowym konkursie. I oczywiście wszystko poszło nie tak…

W momencie, gdy spodziewaliśmy się, że maskotką zostanie zebra, która idealnie wpisywałaby się w biało-czarne barwy lub kolejarz oddający historię klubu – niektórzy zaczęli heheszkować. Otóż zażartowali z rzecznika prasowego Dawida Ogórka, proponując na maskotkę… Ogórka Dawida właśnie. I jeszcze wczoraj ta kandydatura w konkursie prowadziła.

f2-12

Spróbujcie wyobrazić sobie zdziwienie publiczności przy okazji jakiegokolwiek meczu. Wisła Kraków ma Smoka Wawelskiego, Jagiellonia ma Pszczółkę, Lechia Gdańsk ma Lwa, Ruch Chorzów ma Adlerka, a Sandecja miała mieć Ogórka Dawida. O, albo relacje prasowe – z jednej strony tradycyjne „Cracovia zatrzymana na Pasach”, z drugiej „Ogórki z Nowego Sącza”.

Dział marketingu do takiej klapy dopuścić nie mógł. Rzecznik prasowy tłumaczył więc, że po prawdzie docenia, no ale takie propozycje są niezgodne z regulaminem, po czym i tak swoje wpisy usunął. W końcu siły zostały zmobilizowane, liczne komentarze napisane: zebra na maskotkę! No i znów zonk: nagle, rzutem na taśmę, w głosowaniu wyprzedził pozostałych niejaki Orzeł Bartek (nie wiemy, czy ma to związek z czarnym orłem Ślązakiem, który jest maskotką Śląska).

To jak w końcu, ogórek czy orzeł? Otóż ani jeden, ani drugi. Rzecznik prasowy stanął w końcu przed kamerą i przeczytał oświadczenie, informując, że konkurs, w którym głosowali kibice, należy uznać za nieważny.

***

Listopad 2016. Piłkarzu, zaproś trenera na imprezę

Na stronie internetowej akademii piłkarskiej pierwszoligowego klubu pojawił się komunikat skierowany do piłkarzy zespołu U-19. To znaczy, do Panów Piłkarzy – tak zaczyna się tekst przygotowany przez jego trenera. Tekst, w którym swoje żale z delikatnym przymrużeniem oka wylewa trener, i pisze:

„Jeżeli kogoś nie ma na treningu, to człowiek kulturalny się usprawiedliwia, mając trzy możliwości.

1. Ściemnia lub mówi prawdę, że coś go boli.
2. Ściemnia lub mówi prawdę, że ma dużo nauki.
3. Mówi prawdę, że jest impreza w klubie Event i na nią idzie – proszę pamiętać, że Trener też Człowiek i zawsze można było go zaprosić… :)”

Ha, a to ci niespodzianka! Niemal w każdej sytuacji, kiedy zawodnicy nie przychodzą bez słowa na trening, należało by się spodziewać słownej reprymendy. Jeżeli jest to jeszcze spowodowane odpuszczeniem zajęć na rzecz imprezy – może nawet i nieco dalej idących konsekwencji. Tymczasem nastolatkowie z Nowego Sącza zostali delikatnie podszczypani: no ale trenera to też zapraszajcie…

***

Luty 2017. Transfery z FM-a, część druga

Sandecja Nowy Sącz, która mimo dwóch spotkań mniej zajmuje obiecujące siódme miejsce. Po pierwsze, w tym klubie panuje zbyt duży bałagan, by mogło powstać coś sensownego. Po drugie, Radosław Mroczkowski – przy docenieniu efektów jego pracy w tym sezonie – ma zbyt słabych piłkarzy do gry o najwyższe cele. Po trzecie, jeden napastnik (Korzym) doznał urazu kręgosłupa, drugi (Piszczek) stracił cały okres przygotowawczy przez kontuzję, trzeciego (Janczyk) odstrzelono, a nikogo nowego nie udało się pozyskać. Solomon Okoronkwo, były napastnik reprezentacji Nigerii, od Sandecji wolał klub z dołu czwartej ligi niemieckiej.

Czy mamy hity transferowe?

Okoronkowo to na papierze był ciekawy gość. Absolutną medialną petardą może się teraz okazać Freddy Adu, z którym rozmawia Sandecja. W Nowym Sączu mają słabość do takich gwiazdek – był już Armand Ella Ken, o którym jeden z trenerów La Masii mówił, że będzie lepszy niż Thierry Henry, być może przyjedzie więc „drugi Pele”.

***

Marzec 2017. Alkoobóz

Podczas pobytu na Węgrzech sytuacja zaczęła nieco wymykać się spod kontroli…

No, wiadomo jak to na obozach bywa, kiedy kilkunastu chłopa zamkniętych w ośrodku ma spędzić ze sobą półtora tygodnia. Wtedy wieczorami światło świeci się dłużej, a w poranki głowa boli bardziej. W jeden z pierwszych dni kilku zawodników zeszło więc na śniadanie wyjątkowo zmęczonych, a na trening wyszli podejrzanie słabi, nie w formie. Trener sprawy się domyślił, ale nie zdążył zareagować.

Po dwóch dniach sytuacja się powtórzyła, z tą jednak różnicą, że trener wyczuł bezpośrednio od podopiecznego alkohol. I zainterweniował niespodziewanie – wyciągnął z hotelowej recepcji klucze, zajrzał do jego pokoju, w którym znalazł wielką stertę puszek po piwie. Sygnał był jasny, że ostatnie imprezy się udały. Reakcja była szybka: ostra zjebka przed całą szatnią i zażarta kłótnia, której finał miał mieć po powrocie do Polski.

Jako że mowa była o pięciu zawodnikach, również odgrywających w Sandecji kluczową rolę, zarząd klubu nie mógł sobie pozwolić nawet na odsunięcie ich od pierwszego zespołu. Niewiele zmieniał fakt, że w zimowej przerwie wyleciał za alkohol Dawid Janczyk. Wymierzono więc karę finansową – po 10 tysięcy złotych na głowę.

A że wśród nich byli również ci, których kontrakty są opłacane przez prywatnych sponsorów, prezes czym prędzej zamiótł sprawę pod dywan.

***

Marzec 2017. Na wariackich papierach

Sandecja do niedawna miała podpisaną z firmą ochroniarską umowę, w której znajdował się zapis, że wszelkie finansowe konsekwencje, kary od PZPN (za wniesienie na stadion środków pirotechnicznych, zakłócenie porządku itd.) pokrywa świadczący usługę. Poza tym, kierownikiem ds. bezpieczeństwa na stadionie nie jest już osoba wskazywana przez klub, lecz człowiek z ramienia firmy ochroniarskiej. No, ciekawe, o czyje interesy bardziej zadba… Rozumiemy, że to rozwiązanie – oczywiście tylko z pozoru – miało być oszczędnościowym, ale nawet i o podejście biznesowe byśmy w Sandecji nikogo nie podejrzewali.

Wiesław Leśniak, wiceprezes, tłumaczy się na łamach sadeczanin.info z zawartej umowy (pod nią widnieją podpisy jego i wiceprezesa Tadeusza Szewczyka): – Nowa umowa jest korzystna dla klubu, bo mniej zapłacimy za agencję ochrony, gdyż oglądamy każdą złotówkę – zapewnia Leśniak. – Rozwiązanie z kierownikiem ds. bezpieczeństwa też jest dla nas korzystne. Bo druga strona wzięło na siebie pełną odpowiedzialność, a co do liczenia ochroniarzy, czy zgadza się ich ilość na meczu, to spokojna głowa. Umiemy liczyć.

Wiceprezes Leśniak mocno się natomiast zasępił się przy ostatniej, poruszonej przez nas kwestii zniknięcia z umowy zapisu o płaceniu przez firmę ochroniarską kar, nałożonych przez PZPN, za wybryki kibiców.

Faktycznie tego nie ma? – nie dowierzał. – Nie pamiętam, muszę to sprawdzić.

Umowę przeglądał radca prawny, a jak radca prawny złoży parafkę, to człowiek ma zaufanie i podpisuje – dodał Wiesław Leśniak.

Czy w Sandecji potrafią liczyć (mowa o tym, że na meczu z Zagłębiem miało być mniej pracowników ochrony niż gwarantowała umowa), tego nie wiemy. Mają natomiast problemy z pamięcią – oczywiście sprawdzanie dokumentów było bezcelowe, bo taki zapis zniknął.

Oto skan dotychczasowej umowy traktujący o karach w przypadku nie wywiązania się z umowy przez Zleceniobiorcę (w nowej umowie takiego punktu w ogóle nie ma):

2016-10-27_1954

I jak się okazuje, w Sandecji mają też problemy z procedurami – oczywiście żaden radca prawny nie parafował się pod umową – no i logicznym myśleniem, bo jak ktoś może postrzegać obsadzenie funkcji kierowniczej pracownikiem innej firmy, z ewidentnym konfliktem interesów?

***

I „drobiazgach” – takich jak np. kibicowski klip promocyjny stylizowany na terrorystyczną egzekucję – przecież nie wspominamy. Nawet jak w polskiej piłce wybuchają dwie podobne, ale niezależne od siebie afery – okazuje się, że dziwnym trafem po samochodach skakali właśnie piłkarze, którzy przywdzieją koszulki Sandecji (Szarek we Włoszech, Baran w Białej Podlaskiej).

Tak, jeśli waszym zdaniem Ekstraklasa aż za szybko się profesjonalizuje, bo jej urok zawsze polegał również na znaczącym elemencie przaśności, to można wierzyć, że Sandecja zmieni proporcje.

Fot. Remigiusz Szurek

Najnowsze

Komentarze

53 komentarzy

Loading...