Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

5500 sprzedanych karnetów na trzecią ligę, na czwarty poziom rozgrywkowy. 5500 sprzedanych karnetów, podczas gdy średnia frekwencja na ekstraklasowym stadionie wicemistrza Polski wyniosła jesienią 5157 widzów. 5500 sprzedanych karnetów na trzy miesiące przed startem rundy wiosennej, czyli to dopiero początek. Czy pęknie dycha czy też nie, przekaz w Polskę płynie jeden: Widzew żyje. 

Nie mam nic przeciwko projektom takim jak Niecieczanka Termalica, która aktualnie zamyka frekwencyjną stawkę Ekstraklasy ze średnią 3740 widzów na mecz. Oto dobrze zarządzany klub z dobrą drużyną, w czym problem? A że jest zachcianką bogaczy i w momencie, gdy oni wyciągną wtyczkę, upadnie? Pomyślcie tak: ci bogacze mogli zamiast poprzez futbol, promować się poprzez reklamy TV i zasypywać was spamem podczas filmów na Polsacie. Ci bogacze mogli sobie kupić hacjendę na plaży w Panamie, a zamiast tego powstało coś, na czym korzysta lokalna społeczność, a także polska piłka.

Niemniej nie mam wątpliwości: Termalica mogłaby dwie dekady spędzić na czołowych miejscach ligi, a nie miałaby wielowymiarowości Widzewa czy podobnych mu marek. Jest miejsce w polskiej piłce dla jednych i drugich, ale takie są fakty. Minęły dwie dekady od Ligi Mistrzów w Łodzi i w większości były to lata chude, a bywało, że upiorne. Pamiętam Boruca strzelającego Widzewowi bramkę, pamiętam żenujący brazylijski zaciąg z Bruno, Lelo i Luizem Carlosem – jeden Juliano umiał w tej zgrai coś grać. Pamiętam Jodłowca odpalonego bez żalu za młodu, pamiętam pseudomocarstwowe plany Cacka, kiedy z oparów absurdu wyłaniały się plotki o sprowadzeniu Denilsona i Klebersona. Powracająca jak bumerang wizja bankructwa, gra w Byczynie, Stawowy opowiadający bajki, strefa spadkowa drugiej ligi, nieustanne szarpaniny z Cackiem, w końcu czwarta liga. O czasach, które dla wielu fanów były czasami „werbunkowymi”, świadczyły już głównie zgrane VHS-y i zakurzona klubowa gablota.

Mnie najbardziej irytowało, że coraz słabsi piłkarze i trenerzy wycierali sobie gębę hasłem „widzewski charakter”, podczas gdy powinni zostawić tę maksymę w spokoju, bo nie mieli żadnych szans do niej nawiązać. Tylko rozmieniali ją na drobne. Jeśli ktoś na Piłsudskiego pokazał w ostatnich latach „widzewski charakter”, to właśnie kibice tej zimy. Oczywiście, że nowiutki stadion jest naturalnym magnesem, ale mimo wszystko 5500 w grudniu robi piorunujące wrażenie.

Mam wiele obaw, gdy patrzę na dzisiejszy Widzew i nie są związane z boiskiem, choć porażka z rezerwami Legii na pewno jest czarną kartą w historii RTS. Od momentu reaktywacji w zasadzie cały czas słychać o przepychankach na górze, ostatnio zmiany w zarządzie miały miejsce ledwo kilka tygodni temu. Oczywiście może być tak, że tym razem będą rządzić znakomicie, ale nie da się zaprzeczyć, że brakuje stabilizacji. Przeczytałem na przykład taki fragment wywiadu z członkiem zarządu Przemysławem Klementowskim na Widzew.com:

„Zarząd spotyka się w pełnym składzie minimum raz w tygodniu i raportuje wykonanie zadań z poszczególnych zakresów tak, aby wszyscy byli na bieżąco z mniej ważnymi tematami. Sprawy najważniejsze są dyskutowane codziennie mailowo i telefonicznie. Większych sporów do tej pory nie było. W zdaniach się różnimy, ale ostatecznie udaje się nam zawsze dojść do porozumienia. Pomaga fakt, że zarząd składa się z ludzi pracujących w różnych branżach, dlatego nasze kompetencje się uzupełniają”.

Nie będę udawał wielce zorientowanego, nie mam tzw. „insiderskich” informacji, więc może się mylę. Wierzę, że w zarządzie są widzewiacy z krwi i kości, ludzie ogarnięci, którzy swoje w życiu osiągnęli. Zarazem te słowa martwią mnie, bo wygląda, jakby zarząd miał wielkie szanse wkrótce okazać się beczką prochu. Jeszcze udaje się osiągnąć kompromis, ale na ile? Ludzie, przecież Widzew dopiero raczkuje.

Tak czy inaczej mam do włodarzy Widzewa jeden apel. Nie wiem, czy to, na czym najbardziej w tym momencie kibicom zależy, to efekciarskie plany i szybkie awanse. Mnie znacznie bardziej bolałoby, gdybym dowiedział się o powielaniu starych błędów, niż gdyby Widzew przegrał gdzieś na jakiejś wiosce i pogrzebał szanse na awans. Żaden spadek i żaden mecz nigdy tak nie uwierał, jak żenady odstawiane w klubowych gabinetach. Pogoń za wszelką cenę za Ekstraklasą? Nawet Glasgow Rangers rok po roku nie robił promocji, choć przecież jest w Szkocji gigantem. Jeśli ceną choćby jednego awansu mają być kredyty, jakakolwiek ryzykowna sytuacja klubu, to dla mnie gra nie jest warta świeczki. Widzew to przecież znacznie więcej niż pierwsza drużyna: kilkaset osób trenujących w różnych drużynach juniorskich, tysiące kibiców, dla których to część życia, część historii Łodzi, dla wielu pewne ideały. To wszystko pozostanie nienaruszone nawet wtedy, gdy RTS będzie z dala od Ekstraklasy. Te 5500 sprzedanych do grudnia karnetów najlepiej to pokazuje – liczy się Widzew i wszystko to, co znaczy, a nie ligowa pozycja.

Wiem, że mówimy o jednej z największych polskich marek piłkarskich, o czterokrotnym mistrzu Polski, który potrafił się bić swego czasu z najlepszymi na kontynencie. Ale nie czuję presji błyskawicznego powrotu na szczyt – znacznie większą czuję presję, by wreszcie w Widzewie zapanowała na stałe normalność. Bardziej niż meczów z najlepszymi chciałbym brak obaw o to, jak zarządzany jest klub. Oczywiście fajnie byłoby się znaleźć wyżej, ale nie za wszelką cenę.

***

Natrafiłem na ciekawe wypowiedzi Dariusza Mioduskiego w szkockim „The Sun”. Jeden ze sterników Legii był w Dubaju na ceremonii wręczenia Globe Soccer Awards, a także International Sports Conference. Dobre miejsce by złapać kontakty i rozeznać się w środowisku. Dlatego te słowa nabierają wagi:

„Europejska piłka zmierza w takim kierunku, że najlepsze kluby z mniejszych lig stworzą ligę kontynentalną. Pięć czołowych dywizji plus jedna kontynentalna dla elity, do której mam nadzieję, że będzie należeć Legia”.

To potencjalna odpowiedź mniejszych na Superligę potęg. Mioduski twierdzi, że dzięki temu drzwi do Superligi nie byłyby zatrzaśnięte, a średniacy mieliby szansę na rozwój i zwyczajne dołączenie do najlepszych, także z punktu widzenia ekonomicznego, biznesowego. Zauważa, że to w gruncie rzeczy jedyna szansa dla klubów takich jak Legia, Ajax czy Celtic, by nie zostać w tyle o kilka długości.

Po pierwsze, widać wyraźnie, że mogą zbliżać się czasy drastycznych zmian. Przez cały rok coraz głośniej o rewolucjach w kwestii systemów rozgrywek, głosy dochodzą z różnych stron, to kolejny przypadek.

Po drugie, pokazuje to przekrojowo nastroje wśród włodarzy klubowych w przeciętnych ligach europejskich. Piłka to dziś zbyt wielki biznes, zbyt wielka kasa, by ktoś w obronie tradycyjnych mistrzostw krajowych skazywał się na finansowy niebyt. Pewna półka drużyn ma tu wspólne cele, wspólne ewentualne korzyści, a nawet na swój sposób też wspólnych „wrogów”. Jeśli powstaną kontynentalne rozgrywki, a Celtic uzna, że jednak chce zostać w Szkocji, to co się stanie? Wkrótce zostanie pariasem, któremu pozostało tylko wspominanie starych dobrych czasów. Wizja kontynentalnych rozgrywek, swoistej drugiej ligi, jest według mnie jak najbardziej realna, bo po prostu zbyt wielu poważnym podmiotom się kalkuluje – od klubów, przez stacje telewizyjne, a nawet w ostatecznym rozdaniu UEFA. Nie ma szans, by to weszło w życie jutro, pojutrze, za trzy lata, ale spójrzmy jak zmienił się krajobraz europejskich rozgrywek przez ostatnie dekady. Za dziesięć lat możemy patrzeć na dzisiejszą Ligę Mistrzów jak na archaizm? Nie byłoby to nic zaskakującego.

Po trzecie, wydaje mi się, że Legia jesienią nie tylko awansowała do Ligi Europy, nie tylko zarobiła furę pieniędzy, ale mimo ekscesów z BVB wyrobiła sobie szacunek w środowisku. Jest faktycznie w takiej umownej drugiej lidze piłkarskich marek, dokąd awansowała z trzeciej. Nieprzeliczalny, nie do końca wymierny, ale być może kluczowy awans.

***

Gratuluję też Legii transferu Artura Jędrzejczyka. Z miejsca piłkarz, który ma papiery by być nie tylko czołowym zawodnikiem, ale też czołową postacią szatni, jej dobrym duchem. Takie czasy, że polski klub kupuje gracza za milion euro, a i tak wydaje się, że kupił go za bezcen.

Leszek Milewski

KOMENTARZE

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

Image and video hosting by TinyPic