Szamoobrona
Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

OSTRZEŻENIE: w poniższym tekście nie będzie ani słowa o sporcie, jedynie o bieżącej polityce. Jeśli cię to nie interesuje – nie czytaj.

* * *

W pewnej rodzinie – czytałem o tym w internecie – tak się nieszczęśliwie stało, że podczas Świąt w jednym domu spotkali się polityczny śmieszek, któremu bliżej do PiS oraz członkini KOD. Efektem był nieskuteczny na szczęście rzut żelazkiem. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby niewiasta pamiętała o oczywistej zasadzie: jeśli już chcesz rzucić żelazkiem, to wypnij kabel z gniazdka.

„Nie ma zgody na brak zgody” – wykrzyczał kiedyś Bronisław Komorowski i czasami mam wrażenie, że to najważniejszy cytat XXI wieku w Polsce. Zawiera się w nim cała prawda o naszych czasach: o tym jak jedni na drugich wymuszają uległość, nie rozumiejąc, że ludzie mogą mieć inne poglądy i inne spojrzenie na przyszłość oraz przeszłość – w czym nie ma zupełnie nic złego. Dzisiaj jeden klan nie zgadza się z drugim już w niczym, nawet w kwestii wigilijnych potraw, a kto stara się być po środku, na tego patrzą z podejrzliwością lub też zapisują go do jednej z opcji na siłę i wbrew protestom. Znane aktorki lamentują, jakie społeczeństwo jest podzielone, jednocześnie dzieląc je przy każdej okazji – bo społeczeństwo piękne i niepodzielone będzie dopiero wtedy, gdy po prostu zgodzi się ze wszystkim, co jaśnie pani ze sceny ma do przekazania. O mediach szkoda wspominać, gdyż dawno zrozumiały, że prawdziwą kasę zapewniają lojalni członkowie któregoś z klanów – więc przygotowują dla nich produkt zgodny z zamówieniem, acz często niezgodny ze zdrowym rozsądkiem i prawdą. Autorytetów brak – wszystkie albo obalone, albo akceptowane tylko przez jedną opcję, bo jak wiadomo autorytety są od tego, by mówić jedynie to, z czym się zgadzamy. Jeśli się z czymś nie zgadzamy – to dupa, a nie autorytet. Ewentualnie zdrajca.

Z wielką chęcią ponarzekałbym na PiS, głośno i dosadnie, bo sposób sprawowania władzy przez tę partię to tupet, chamstwo i buta, pogarda dla innych, także zwykła ignorancja i prostactwo. Zachłyśnięcie wynikiem wyborczym i sondażami, dające zwodnicze poczucie, że teraz to my już możemy wszystko. Ale ilekroć mam narzekać, przypominam sobie o istnieniu przygłupiej opozycji, która roztacza wizję przerażającą: przygłupy u władzy. I wtedy jestem w kropce. To właśnie ta opozycja – wzbudzająca litość i pozbawiona przywództwa – sprawia, że nawet antypatyczny Kuchciński mi obojętnieje. I jeśli ktoś trzyma słupki poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości naprawdę wysoko, to nie jest to Prawo i Sprawiedliwość, oj nie, ale tragiczna konkurencja.

* * *

Napisałem ostatnio tweeta, który odbił się dość szerokim – jak na standardy Twittera – echem: „Posłowie w sejmie są w całkowitym potrzasku. Jak wyjdą to się ośmieszą. Z drugiej strony nikt nie wie, po co tam siedzą. Tragedia antyczna”.

Jedną z cech tragedii antycznej jest to, iż bohaterowie są skazani na porażkę, cokolwiek zrobią – skończy się to źle. Ciąży nad nimi fatum. Oczywiście znalazły się osoby, które starały się mi wmówić, iż posłowie w sejmie siedzą „po coś” i że to w zasadzie bohaterowie, ale nikt jednak mnie nie przekonał, iż to siedzenie ma jakikolwiek sens. Walczą o wolne media? O odwołanie marszałka Kuchcińskiego? O ponowne głosowanie nad budżetem? Czyli co – są kompletnymi kretynami (ew. kretynkami), którzy sądzą, że jak wyjdą, to nie będzie wolnych mediów, a Kuchciński pozostanie marszałkiem, natomiast gdy zostaną to odwrotnie? Oznaczałoby to, że są tak ograniczeni umysłowo, iż nie tylko ich dalsze okupowanie sejmu nie ma sensu, ale jakakolwiek dalsza działalność publiczna też. Osoba inteligentna staje do takich bitew, by mieć chociaż minimalną szansę na osiągnięcie celu. Dobiera też taką taktykę, by zapewnić sobie plan ewakuacji. Tutaj takiego brak – siedzieć muszą ci posłowie w sejmie do usranej śmierci (porażka), albo wyjść (porażka). Innego rozwiązania nie dostrzegam.

– Co mają więc zrobić? – zapytał mnie ktoś. Odparłem, że któryś mógłby się podpalić jak kiedyś Ryszard Siwiec na Stadionie X-lecia, który protestował przeciwko inwazji na Czechosłowację. OK, nie wymagam tego, wiadomo – hiperbola, ale protest jednak powinien być uciążliwy dla samych protestujących, by nabrać mocy. Wchodzenie do sejmu w celu zrobienia sobie selfie, a następnie wychodzenie takim uciążliwym protestem nie jest. Niechby chociaż spróbowali głodówki (ale nie rotacyjnej, tylko prawdziwej), bo wpierdalaniem pasztetu nikogo nie ujmą. Jedynie rozśmieszą.

To jest błazenada, która podobać może się tylko największym partyjnym oszołomom. Ale im przecież i tak się nie trzeba przypodobywać, wystarczy nie być PiS-em, by zdobyć ich głosy. Dla mnie to jednak za mało. Wierzę, że dla wielu osób to za mało.

Marzy mi się partia, która jest po prostu racjonalna, ale w tym nieracjonalnym i podzielonym kraju i tak nie miałaby szans na przekroczenie progu wyborczego. Partia, której politycy nie będą się dziwili, że policja ma broń i obstawia miejsca potencjalnych zgromadzeń. Partia, która nie będzie krzyczała o stanie wojennym, gdy zobaczy zaparkowaną armatkę wodną. Partię, która rzeczowo będzie tłumaczyła, co aktualnie rządząca władza robi źle, co powinna zrobić inaczej i dlaczego – bez tych szopek, podjudzania, bezsensownego wyprowadzania kolegów i koleżanek na ulicę, by – dzięki odpowiedniemu kadrowaniu – a udawać, że to wielki społeczny zryw. Alternatywą dla oszołomstwa nie może być oszołomstwo inaczej ubrane i używające perfum za 250, a nie 50 złotych.

Prawo i Sprawiedliwość może być paskudną partią, pod wieloma względami taką jest, ale ma jedną mocną kartę: wygrało wybory. Następne wybory nie są za tydzień, nie za miesiąc i nie za rok, tylko za trzy lata. Tak tylko nieśmiało o tym przypominam. Tupaniem i krzyczeniem nie zakrzywi się czasoprzestrzeni.

* * *

W tym, że żadna racjonalna partia nie odniesie sukcesu sporo winy mediów – które zajmują się najgłupszymi poselskim happeningami (i wręcz utwierdzają polityków, że te happeningi mają sens), a nie zapraszają przed kamery bądź na łamy ludzi rozsądnych i faktycznie mających cokolwiek do powiedzenia. Ktoś, kto siedzi w pustym sejmie powinien rozmawiać z psychiatrami, a nie z dziennikarzami.

Nie można jednak wiele wymagać od mediów, skoro też popadają w plemienną histerię. Weźmy np. tę całą sprawę „wolności mediów” w sejmie. Wierzcie mi – jestem w stu procentach za tym, by media były wolne i patrzyły władzy na ręce. Racjonalni dziennikarze na zmiany proponowane przez PiS powinni powiedzieć: – Słuchajcie, ograniczenie liczby akredytacji na redakcję do dwóch jest przesadą. Czasami dziennikarze chorują, wyjeżdżają, mają urlopy. Ponadto zajmują się trochę innymi sprawami. Umówmy się, na trzy albo cztery wejściówki. Idźmy dalej – ten punkt jest faktycznie dobry, tu było bezhołowie, natomiast na kolejny punkt już się zgodzić absolutnie nie możemy, gdyż nie będziemy mogli wykonywać swojej pracy.

Ale nigdzie takiej próby dialogu nie widziałem, za to był pisk: „nie bo nie, zabijają media, komuna, koniec świata, odrzucamy zmiany w całości!”. Dziennikarze też powinni zrozumieć, że zapracowali na pewne ograniczenia, np. tym, że przez lata nie rozumieli, iż jak polityk mówi „nie będę rozmawiał”, to znaczy, że nie będzie rozmawiał, a nie że trzeba za nim biec 100 metrów i podtykać mikrofon pod zaciśnięte usta, potrącać, blokować drogę itd. Przecież to były obrazki może i nieźle sprzedające się w telewizji, ale całkowicie żałosne.

Dla niektórych dziennikarzy końcem wolnych mediów nie było wejście ABW do redakcji „Wprost”, nie spotkanie Grasia z wydawcą „Rzeczpospolitej” pod śmietnikiem (skutkujące zwolnieniami), nie podsłuchiwanie dziennikarzy – wtedy wzruszali ramionami. Końcem wolnych mediów miało być ograniczenie liczby akredytacji i wyznaczenie strefy wywiadów – aż prychnąłem ze śmiechu. A po wolne media ci dziennikarze szli ręka w rękę z ludźmi od „Wprost”, od Grasia, od podsłuchów. To się nazywa rechot historii.

A wolne media? Cóż, trudno mi sobie wyobrazić jeszcze większą swobodę i wolność niż ta, która jest obecnie – gdzie napisać można wszystko o wszystkich, gdzie posunąć można się do każdej manipulacji i każdego kłamstwa, byle tylko przypodobać się członkom jednego z dwóch klanów.

To ostatni felieton w 2016 roku, więc od razu składam życzenia. Na przykład takie, by w 2017 roku nikt w polskiej plemiennej wojnie nie zginął, a na to niestety moim zdaniem się zanosi. Wtedy wszyscy (politycy, opozycja, dziennikarze, członkowie klanów) pokłócą się o to, czyja to była wina – bez jakiejkolwiek szansy na autorefleksję. A będzie to zbrodnia zbiorowa.

KRZYSZTOF STANOWSKI

KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

Szamoobrona