A ja tam się cieszę z zaangażowania gimnazjalistek (21)
Blogi i felietony

A ja tam się cieszę z zaangażowania gimnazjalistek (21)

Jest takie miejsce w Internecie, które dla wielu z was na zawsze pozostanie niezbadaną białą plamą. Jest takie miejsce, gdzie dorośli kompletnie się gubią, gdzie rządzą kompletnie inne zasady, inne autorytety i inny styl przebywania w wirtualnej rzeczywistości. Roboczo nazywam tę część naszego e-świata „gimnazjalną”, bo dominują w niej dziewczyny i chłopcy w wieku albo gimnazjalnym, albo delikatnie „przedgimnazjalnym”. Mają swoje obyczaje, swoje miejsca, swoją gwarę i swoich idoli.

Tumblr, Twitter, Ask, blogi i fotoblogi. Zazwyczaj w nickach i awatarach znajdują się ulubieńcy – Justin Bieber, Dawid Kwiatkowski, One Direction czy inni popowi wykonawcy. Same siebie wyznawczynie tych wokalistów określają mianem „beliebers”, „directioners” i tak dalej, za każdym razem używając pojęcia „fandom”. Czym się zajmują? Najczęściej słuchaniem muzyki od swoich idoli, organizowaniem akcji hashtagowych typu „#WeWantBieberInPoland” i narzekaniem na pracę domową z przyry. Czasem przewinie się „hamska facetka od majzy”, czasem przewinie się „ta Gomez to szmata, jak mogła zostawić Dżastinka”, ale generalnie grupa jest niegroźna.

Że piszą dość głupio? Że mają tzw. „kiełbie we łbie”, że liczą na ślub na Kajmanach z kilkanaście lat starszym artystą z USA? Przypominam, to czasem trzynastolatki, dziewczynki, które ledwie kilka lat temu nauczyły się płynnie czytać i pisać. Rzucajcie kamieniami, jasne, ale przypomnijcie sobie, czy na pewno wy sami w szóstej klasie podstawówki zajmowaliście się analizą dzieł Ericha Fromma, czy raczej chodziliście na solo za garaże, co również najmądrzejsze nie było.

Świat tych nastolatek obecnie kręci się w trójkącie szkoła-idol-koleżanki. Najważniejsze jest dla nich zwrócić uwagę Macieja Orłosia na ich prośby dotyczące koncertu One Direction, uniknąć uwagi w dzienniczku za zachowanie na lekcji historii i być w pierwszym milionie słuchaczy nowego singla ulubionego artysty.

Dziś ta spora społeczność żyje jednak czymś zupełnie innym. Dziś Justin, Alfred, John i reszta idoli zeszła na drugi plan. Dziś te dziewczynki żyją „błędem sędziego”, Felixa Brycha, który pozwolił by Rui Patricio oderwał się przy rzucie karnym Jakuba Błaszczykowskiego od linii bramkowej. Przepisy są jasne, powinien stać na linii, on tymczasem ruszył delikatnie do przodu. Dla stałych odbiorców futbolu – nic nowego, każdy bramkarz tak robi, nikt tak minimalnych uchybień nawet nie zauważa. Dla gimnazjalistek… Cóż, dowód, że Polskę oszukano, a rzut karny (a najlepiej cały mecz) trzeba powtórzyć.

Serio.

Powstał hashtag #błądsędziego, pod którym cała rzesza tych, które do tej pory nawoływały do organizacji koncertów w Polsce, walczy o powtórzenie meczu. Zalewają tweetami dziennikarzy, zalewają oficjalne konta PZPN-u czy UEFA. Piszą maile, krzyczą, płaczą, zapewniają się, że „jest sens walczyć, że razem możemy to osiągnąć”. Wygląda to przezabawnie, ciężko czasem powstrzymać się od żartów, gdy niemal słychać w tych literkach składanych przez rozgrzane głowy rozpaczliwy i podniecony ton. „Musimy im pomóc, dali nam tyle radości, doprowadźmy do powtórzenia tego meczu” – nawołują.

Pierwsza reakcja nie może być inna. Śmiech. Sam wczoraj trochę pożartowałem, zapewniając dziewczyny, że pomóc może im współpracujący z UEFA jako reporter Piotr Koźmiński. Zalały go tweetami, musiałem usunąć swój apel, bo biedny Piotrek nie wygrzebałby się z powiadomień do końca turnieju. Te dziewczynki wierzą w fejkowe konta sędziego Brycha, Adama Nawałki, Kuby Błaszczykowskiego. Wierzą we wszystko, najbardziej w to, że właśnie robią coś wielkiego, że właśnie zmieniają świat, że właśnie nadszedł ten moment, gdy fandom tego czy innego artysty wygra dla Polski półfinał Euro.

To naiwne. To śmieszne. To dość idiotyczne. Ale i rozbrajająco urocze.

Nie wiem jak pozostali, ale ja się cieszę, że te dziewczyny na moment opuściły swój świat idoli z plakatów, bo pokochały Kubę. Ja się cieszę, że zamiast robić paznokcie i obgadywać koleżanki, chcą zrobić coś dobrego, tylko dlatego, że mają niewinne, piękne serduszka, od jakiegoś czasu bijące dla kadry. To jest przeogromny sukces reprezentacji, że kupiła nawet tych młokosów, którzy nie do końca wiedzą, jaki klub gra w ich mieście i co to jest spalony. To jest ogromny sukces futbolu, że na moment wygrał z mikrofonami i wyżelowanymi grzywkami wokalistów.

Te dziewczyny, ich naiwny idealizm i równie naiwna walka, pokazują, że ten świat nie jest jeszcze do końca zepsuty. Dzieci nadal mają dziecinną wiarę w sprawiedliwość, dobro i te wszystkie pierdoły, w które żaden z nas, cyników, którzy zjedli zęby na kupionych meczach I ligi, już nie wierzy. Są śmieszne w swojej walce, są żałosne w swojej wierze, ale to niemal tak cudowne jak Janusz Korwin Mikke, po sto piętnastej porażce wyborczej zbierający swój komitet i ruszający do kolejnej walki.

Idealiści zawsze będą bawić realistów. Ale bez nich świat nie miałby sensu.

JAKUB OLKIEWICZ
Fot.FotoPyK

KOMENTARZE (0)