Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Zdradzę wam pewną zawodową tajemnicę – najłatwiej pisze się teksty pod „lajki”. Rany, jakie to jest proste. Przeglądasz opinie czytelników, wybierasz te, które powtarzają się najczęściej, mielisz to na sześć sposobów i przepisujesz swoimi słowami. Na koniec jakoś zgrabnie puentujesz i wszyscy są zadowoleni. Masz wtedy gwarancję sukcesu – ludzie napiszą, że jesteś mądry, tylko dlatego, że napisałeś dokładnie to, co sami uważają. Bo jeśli napiszesz coś, z czym się nie zgadzają, to wtedy jesteś głupi. Wiadomo, świat jest taki prosty.

Dzisiaj nie napiszę tekstu pod „lajki”, wręcz przeciwnie. Dzisiaj napiszę, że mnie wkurwiacie.

Nie ty, nie gap się zdziwiony w ten monitor. I nie ty, gościu w za ciasnej koszulce, wyluzuj. Nie piszę o nikim konkretnie, ale o ogromnej części internautów jako takich – o masie, która potrafi irytować krótkowzrocznością i głupotą.

Jakiś czas temu na portalu wykop.pl natknąłem się na tekst o nowym, jeszcze skuteczniejszym i w zasadzie niezawodnym sposobie blokowania reklam w internecie. Napisał na ten temat tweeta, krytycznego wobec tej mody, który oczywiście spotkał się z powszechnym oburzeniem. OK, w porządku, nie jest to temat, który spędza mi sen z powiek, odpuściłem. Ale za moment znów na portalu wykop.pl zobaczyłem, jak ludzie narzekają na znakomitą reklamę piwa „Żubr”, która się tam pojawiła. Bo za duża! Bo przyciąga wzrok! Wyłączyć ją jak najszybciej albo bojkot! Zaraz będziecie mieć całą stronę o tym, że „Żubr” to szczyny! Zdejmować banner jak najszybciej.

Ktoś najwyraźniej wyszedł ze swojej roli i zdało mu się, że przejął biznes.

Czy w internecie da się robić pieniądze? Oczywiście, że sią da. I to duże. Ale czy jest to łatwe? Nie, jest to zajebiście trudne. O ile z kiosku ruchu nikt nie zabiera gazet bez płacenia, o tyle jakakolwiek forma płatności za treści w internecie spotyka się z olbrzymim oporem. Między bajki można włożyć opowieści, że dobrą treść czytelnik doceni i chętnie coś dorzuci od siebie, w formie nieobowiązkowego napiwku. Nie, czytelnik nie dorzuci. Przeczyta, wyjdzie, jak da „lajka” to już dużo – wtedy czuje, że zaszczycił autora. Był taki portal – Kulisy24.pl, kojarzycie? Był i nie ma. Nie mieli reklam, liczyli na dobrowolne wpłaty. Przesłałem 50 złotych, bo uznałem, że właśnie tyle wydałbym na ciekawe artykuły, gdyby ukazały się w formie papierowej, a nie w internecie. Ale skoro projekt upadł to znaczy, że byłem wyjątkiem. Internauci – jako masa – nie wpłacali.

Nie wiem, jak będzie za dziesięć lat. Na dziś – internet żyje z reklam. Blokowanie ich jest głupie, bo działa także na szkodę tego, który je blokuje. Naprawdę. Jeśli macie 10 stron, z których stale korzystacie (myślę, że to rozsądna liczba, gdzie indziej trafiacie przypadkiem, bardzo sporadycznie) i jednocześnie blokujecie reklamy, to szkodzicie sobie. Sprawiacie, że te strony się nie rozwiną, brak im będzie środków zrobienie kolejnego kroku, na nowych ludzi, na nowe pomysły, oryginalne inicjatywy. Aż w końcu w ogóle ktoś machnie ręką i strona zniknie, a wy będziecie narzekać, że wszędzie tylko ten sam mainstreamowy shit.

„Ale ja mam dość tych wyskakujących okienek i gonienia uciekającego X”.

Ja też. Dlatego o ile mogę, nie wchodzę na takie strony. Omijam.

Trzeba zdać sobie sprawę z jednego – internet mimo że w 99 procentach przypadków dla czytelnika jest darmowy, o tyle nigdy nie jest darmowy dla dostarczyciela treści. Opłać serwer, wyceń swój czas, dodaj rachunki za media, za podróże, z czasem opłać ludzi i jeszcze większy serwer, kup sprzęt, wynajmij lokal, dokup kamerę, zatrudnij jeszcze więcej ludzi… Jak chcesz mieć stronę, która jakoś tam funkcjonuje i jest w miarę popularna, licz się z tym, że koszty wyniosą 50 000 złotych miesięcznie, a potem zaczną rosnąć. Dlatego darmowa rozrywka czytelnika darmowa musi być tylko umownie. Musi istnieć jakaś forma zapłaty, aby pokryć wydatki i jeszcze z miesiąca na miesiąc coś dokładać. Dajmy na to – program na youtube, na żywo. Pi razy drzwi – 2000 za odcinek, 8000 miesięcznie.

Teraz napiszę coś, co niesamowicie niektórych oburzy. Jeśli blokujesz reklamy, jesteś na swój sposób złodziejem. Nie w sensie prawnym, ale w takim sensie, w jakim ja to postrzegam. Otóż w internecie mamy cały czas wymianę barterową – ty nic nie płacisz, ale za to obok wyświetlają się reklamy. Są różne modele. Mnóstwo stron pobiera kasę za każde wyświetlenia, inne – za każde kliknięcie w reklamę. Klikać nie masz obowiązku, ale jeśli wyłączasz wyświetlenie reklamy, to omijasz model biznesowy przyjęty przez właściciela portalu. Łamiesz zasady obowiązujące w danym miejscu.

„Ale ja mam dość tych wyskakujących okienek i gonienia uciekającego X”.

Ja też. Dlatego o ile mogę, nie wchodzę na takie strony. Omijam.

Internet jest zawalony źle zrobionymi stronami, przesadnie nachalnymi reklamami, natarczywym marketingiem. Ale wiecie co? W telewizji jest taki kanał, na którym ciągle lecą telezakupy Mango. Nie włączam go. Wiecie dlaczego? Ponieważ ciągle lecą tam telezakupy Mango.

Należy bojkotować te strony, które „robią to źle”. Bojkotować, czyli nie wchodzić. Natomiast blokowanie reklam na takich stronach i jednoczesne korzystnie z nich jest nie w porządku. Przecież nikt nie może zabronić właścicielowi być idiotą, prawda? Dokładnie na tej samej zasadzie może istnieć sklep spożywczy, w którym jest niewygodna forma płacenia za towary. Ale to nie znaczy, że wchodzisz i bierzesz jabłka za darmo, tylko dlatego, że płatności cię irytują. Nie, w normalnym świecie po prostu idziesz do innego sklepu. A w wirtualnym – niestety – wynosisz jabłka za darmo i nie widzisz w tym niczego nagannego. Warto też sobie zdać sprawę, że jeśli naprawdę wkurwiające reklamy nie będą przynosić zysku, to właściciel takiej strony – ciągle cieszącej się popularnością – wymyśli reklamy wkurwiające jeszcze bardziej. To błędne koło.

Wyświetlenie reklamy jest ZAPŁATĄ. W dużej mierze tak działa internet, po prostu. Jeśli nie płacisz, a korzystasz – to dość podłe, przykro mi. Rozumiem, że nie patrzyłeś na to z tej strony, ale warto wytężyć umysł i spojrzeć. Zastanowić się: jak ten biznes ma się rozwijać i jak ja mogę w tym pomóc? Pal licho, gdy faktycznie blokujesz reklamy tylko na stronach, które „robią to źle”. Gorzej, gdy blokujesz wszędzie, bo uważasz, że twoje szlachetne oczy nie zostały stworzone do przeglądania bannerów.

W jaki więc sposób chcesz się rozliczyć z kimś, kto wydał – dajmy na to – 50 000 złotych w tym miesiącu (albo 20 000, 70 000, 100 000?), abyś miał co czytać?

Znam na pamięć te wszystkie zarzuty. Reklama za duża, zbyt kolorowa, zbyt oczojebna, nie daj Boże – wysuwa się i trzeba kliknąć w X.

Reklamy są duże, bo duże lepiej widać niż małe. Są kolorowe, bo takie widać lepiej niż szare. Czasami się wysuwają i trzeba kliknąć X – bo wtedy jeszcze bardziej zwracają uwagę. Boże Święty, każde dziecko umie kliknąć w X, a dla ciebie to problem? Jeśli twoim zdaniem reklama ma być tak dyskretna, byś jej nie zauważył – przykro mi, prawdopodobnie jesteś kretynem. Reklamodawcy nie chcą płacić za miejsca, które czytelnik ignoruje, nie podsyłają też bannerów, które nie przyciągają wzroku – to przecież całkowicie oczywiste. A jednak na Wykopie czytałem, jak kilku geniuszy pisało: „reklama Żubra jest za duża, zajmuje mi jedną trzecią ekranu”! No to weź sobie kliknij trzy razy w strzałkę w dół i po problemie, nie? Myślisz, że gdyby ta reklama była mała, to zarobek z niej byłby identyczny? Efekt ten sam?

„Ale ja mam dość tych wyskakujących okienek i gonienia uciekającego X”.

Ja też. Dlatego o ile mogę, nie wchodzę na takie strony. Omijam. Bo jeśli korzystam z czyichś usług, to muszę zaakceptować zasady, na jakich mi je dostarcza. Nie mogę powiedzieć: – Wiesz co, w sumie skorzystam z twojej pracy, ale akurat forma rozliczenia mi nie odpowiada.

Ktoś mnie zapytał: – A jeśli w czasie reklam w telewizji idę do kuchni to też jestem złodziejem?

Nie, tak jak nie jesteś złodziejem, gdy w internecie nie spoglądasz w stronę banneru, tylko kierujesz wzrok gdzie indziej. Telewizja ma zresztą zupełnie inny sposób rozliczania się z reklamodawcami (każda reklama jest opłacona przed emisją, a jej zasięg oszacowany na podstawie średniej oglądalności danego pasma) i nie ma sensu rzucać co bardziej karkołomnych przykładów.

Wiecie co jest w was najgorsze?

Że nie pasuje wam NIC.

– Ej, ale weź zamiast bannerów wymyśl inny sposób reklamowania, jakąś treść z dyskretną reklamą.

(tydzień później)

– Ej, dlaczego w tym tekście zaznaczyliście, jakim telefonem zrobiono zdjęcie? Wypierdalać z tym!

Nie pasuje wam NIC. Bannery są złe, bo musicie patrzeć. Jakieś wspomnienie o produkcie czy usłudze w tekście – fatalne, bo niechcący przeczytaliście. Wideo reklamowe – wiadomo, że nie klikniecie, brzydzicie się tym. Cenicie tylko takie reklamy, których w ogóle nie zauważyliście. Ale sęk w tym, że tylko wy je cenicie, a kasy z tego nie ma.

– A tak w ogóle to dlaczego nie napisaliście, że to tekst sponsorowany?!

Wiesz dlaczego, geniuszu? Ponieważ reklamodawcy żądają, by tego napisu nie było. A wiesz dlaczego tego żądają, geniuszu? Ponieważ byś w ten tekst nie kliknął, nawet gdyby w środku Robert Lewandowski wyznał, że ze złości przebił opony Adamowi Nawałce i zarysował mu śrubokrętem drzwi.

Jesteście więc – tak to ujmijmy – trudnym przeciwnikiem. Chcecie wszystko, nie dając nic. Czasami mam wrażenie, że po prostu nie zdajecie sobie sprawy, ile to wszystko kosztuje – tak wysiłku, jak pieniędzy. Ja nie tylko nie wyłączam reklam, na ulubionych stronach wręcz w nie klikam. Bo wiem, że te kilka klików dziennie zajmie mi sekundy, a ktoś na tym zarobi (jak na ulubionych stronach zobaczycie reklamy Google – klikajcie w nie).

A to, że cię reklamy denerwują… Jakby ci to powiedzieć? Gówno to kogo obchodzi. Mnie denerwuje cena paliwa, kurs franka szwajcarskiego czy sto innych rzeczy, a to nie znaczy, że cokolwiek biorę za darmo. Nie mówię, że zapłacę, jak będę miał taki kaprys. Denerwuje mnie marża Empiku, ale zdaję sobie sprawę, że nie bierze się znikąd i że wynajęcie powierzchni w centrum handlowym to gigantyczne koszty.

„Ale ja mam dość tych wyskakujących okienek i gonienia uciekającego X”.

Ja też. Dlatego o ile mogę, nie wchodzę na takie strony. Omijam.

Ale wiecie co? Ja się tym desperatom od uciekającego X nie dziwię? Dlaczego? Bo kiedy X nie uciekał to nikt z was nie pomyślał, by w reklamę kliknąć. A tak – przez przypadek czy nie – ktoś jednak klika. Chcesz, człowieku, obejrzeć mecz, ale nie chce ci się ani za niego zapłacić (legalnie, w telewizji), ani nawet nie chce ci się kliknąć w uciekający przez trzy sekundy znaczek… Dlatego związek przyczynowo-skutkowy jest taki: niezbyt pomysłowi, zdesperowani właściciele stron walczą już nawet o wasze zabłąkane kliknięcia w reklamę, całkowicie przypadkowe. Bo na te świadome nigdy nie mogli liczyć. Jest w tym trochę racji, prawda?

Nie wiem, jak ta branża będzie wyglądać w przyszłości. Nie zdziwię się, jak powstanie coś na wzór ZAiKS-u. Na przykład każdy do rachunku za internet miałby doliczane 20 złotych miesięcznie, a ta suma byłaby rozdysponowana między strony, które odwiedzał. Byłoby to całkiem sensowne? Tak, byłoby. Bo czy jesteście w stanie płacić za treść sami z siebie? Zadajcie sobie to pytanie. Na przykład gdyby Weszło miało kosztować 10 złotych miesięcznie – poszedłbyś na to? Większość z was właśnie burknęła pod nosem: „chyba cię popierdoliło, Stano”. No właśnie.

Możecie dalej korzystać z AdBlocków (to dopiero internetowi terroryści – zmuszają wydawców, by „wykupili” się ze szpanów ich oprogramowania, kompletne cyniczne gnidy), ale pamiętajcie – koniec końców kręcicie bat na własną dupę. Bo jak już w ten czy inny sposób okradniecie wszystkich, których lubicie (czytać, oglądać, korzystać), to co będziecie robić w internecie? Przeglądać osiemnasty raz ten sam artykuł? Odświeżać stronę z nadzieją, że może coś się pojawiło? Oglądać gołe cycki? No dobra, to z cyckami brzmi to jak plan. Ale co będziecie robić w pracy? He?

KRZYSZTOF STANOWSKI

KOMENTARZE (0)