Czasem żałuję, że mam średniowieczny kręgosłup i bliżej mi do rycerza w zbroi
Weszło Extra

Czasem żałuję, że mam średniowieczny kręgosłup i bliżej mi do rycerza w zbroi

Jaki tytuł będzie nosiła jego książka i w jakim filmie zamierza wystąpić? Za co kibice Legii powinni być wdzięczni Leśnodorskiemu? Ile zarabiało się w MMA w poprzedniej epoce? Dlaczego warto czasem pokazać trollika? Jak korzystać ze sztuk walki na pokazie Chippendales? Dlaczego lepiej nie wysyłać CV do „Pitbulla”, a Trałka powinien zastanowić się nad zmianą branży? O tym wszystkim opowiada Łukasz „Juras” Jurkowski”. 

Kiedy rozmawialiśmy ponad trzy lata temu, zapytałem cię, czy widziałbyś się w roli łącznika Legii z kibicami. Można powiedzieć, że ostatecznie tak się stało?

Nie do końca. Pełnię raczej oficjalną funkcję ambasadora. Mógłbym być stroną przy jakichś mediacjach, które pewnie przydałyby się w czasach ITI i protestu, ale teraz wszystko układa się zajebiście, więc nie ma powodu. Jaram się, że mogę reprezentować klub, któremu kibicuję od ponad 20 lat. W mediach zawsze identyfikowałem się z Legią, ale teraz robię to mocniej i z wielką przyjemnością. Fajnie też, że udało mi się przyciągnąć na stadion sporo znajomych z innych dziedzin życia. Zawodnicy MMA nie do końca interesują się piłką, ale Żyleta już ich zainteresowała. Aśka Jędrzejczyk obejrzała mecz na loży, ale powiedziała, że na następny koniecznie chce na Żyletę, bo chce poczuć, jak bije serce stadionu. Z drugiej strony – pełniąc taką funkcję – muszę częściej uważać na to, co mówię i piszę. Cenię sobie niezależność, ale za niektóre wypowiedzi czasem ląduje na dywanikach.

U prezesa Leśnodorskiego też?

Nie, na innych. Tutaj żadnych zgrzytów nie ma.

Pamiętasz pierwszy telefon od niego w sprawie współpracy?

Pamiętam, ale nie spodziewałem się, że pójdzie to tak daleko. Prezes zadzwonił podziękować za jedną z wypowiedzi dla „Przeglądu Sportowego”, gdzie poparłem trochę stronę klubu, mówiąc, że nie wszystkie „żądania” kibiców mają sens w świecie biznesu jakim jest futbol. Spotkaliśmy się na kawie, bo chciał usłyszeć zdanie paru osób, które spędzają sporo czasu na stadionie. To zaowocowało mega fajną współpracą. Dziś angażuję się w wiele materiałów promocyjnych. Wykorzystuję obycie z kamerą. To takie pierdoły, ale przed końcem sezonu wpadnie jeszcze parę gagów. No i Legia Fight Club – to projekt najbliższy mojemu sercu. Przez rok rozwinął się niesamowicie. Człowieku, ile osób tam trenuje! Mamy pierwsze sukcesy zapaśników, sekcji bokserskiej, MMA i ju-jitsu, a to klub otwarty dla każdego, kto się chce spełniać sportowo.

Zaskakuje cię – abstrahując od poziomu sportowego – jak mocno Legia rozwinęła się organizacyjnie w ostatnich latach? 

Nie, bo zawsze byłem zwolennikiem maksymalnej profesjonalizacji klubów. Legia jest dziś największym polskim klubem na wielu płaszczyznach. Żaden polski klub nie ma tak profesjonalnego podejścia od szatni, przez marketing aż po dział skautingu. Dawno nie wyłapaliśmy w tak krótkim czasie Nikolicia, Prijovicia, Hlouska czy Pazdana. Obserwuję to od środka i nie sądzę, żeby którykolwiek polski klub doszedł przez najbliższych kilka lat do połowy profesjonalizmu Legii. Odpowiada mi przy tym luz prezesa Leśnodorskiego.

Longboard, szafa grająca… Daleko mu do stereotypu prezesa.

Piłka przyciąga barwne postaci. Gdybym sam był właścicielem klubu, to pewnie tak samo bym nim zarządzał. Funkcja prezesa nie zobowiązuje do codziennego chodzenia w garniturze, ciasno zawiązanym krawacie i kiju w dupie. Pan Mioduski nieco to wszystko równoważy, ale mnie cieszy jedno – że po latach ciągłych wojen z ITI przyszedł wreszcie ktoś normalny. Ktoś, kto to wszystko naprostował i za to kibice Leśnodorskiemu długo powinni być wdzięczni. Za to, że ponownie jesteśmy w komplecie na stadionie.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Legia Warszawa - Jagiellonia Bialystok. 14.02.2016

To on wymyślił twoją spikerkę?

Nie, ten pomysł wyszedł od Wiktora Cegły, dyrektora marketingu. Wojtek Hadaj pożegnał się z tą funkcją, a Wiktor wiedział, że na co dzień pracuję z mikrofonem jako konferansjer lub ring announcer. Pomyślał, że warto wynieść spikerkę w inną stronę. Żeby nie było tylko czytania składów. To XXI wiek – na mecze nie przychodzi już tylko sama Żyleta ale spore grono osób chcących fajnie spędzić czas na sportowym widowisku. Ludzie oczekują też czegoś więcej niż 90 minut kopania piłki. Przed meczem konsultujemy wszystko z Żyletą, żebyśmy nie wchodzili sobie w pracę, pytamy czy coś ważnego jest do przekazania względem przygotowanych opraw i tak dalej. Mamy z Darkiem Urbanowiczem dosyć dużą swobodę przygotowania całej naszej skromnej „animacji”.

Wyobrażasz sobie, że musisz odczytywać komunikaty: „proszę nie odpalać pirotechniki lub nie obrażać kibiców rywali”?

Na szczęście automat to za nas robi. Pracujemy też we dwóch, z Darkiem Urbanowiczem i mogę ewentualnie jego poprosić, żeby powiedział coś, czego mi nie wypada. Trzeba zrozumieć, że jest ktoś taki jak obserwator PZPN, który zawsze rzuci do spikerów swoją notkę i niekoniecznie jest ona dobra. Wydaje mi się jednak, że nie przeginamy. Nie pójdę w stronę Wojtka Hadaja. Bardzo go szanuję, wychowałem się na nim, ale ja nie mogę sobie pozwolić na osobiste wycieczki w stronę kibiców gości. Podróżuję po Polsce, pracuję w każdym mieście i mam wielu znajomych w klubach antagonistycznie nastawionych do Legii. Nie wyobrażam sobie, żebym szydził z kolegi z Legii, Lecha czy Wisły. Czasem tylko wbijamy lekkie szpileczki. Szukamy w historii, że największa wygrana z Lechem to 12:0. Co z tego, że to było 40 lat temu? Gdyby nasi kibice mieli do mnie jakiekolwiek zastrzeżenia, to pewnie musiałbym wyrzucić mikrofon w kąt i spakować walizki, ale nie chcę też, by kibice gości mogli mi coś zarzucić. Zaliczyłem tylko jedną wpadkę. Lechia po meczu długo siedziała na swoim sektorze, a jeden spiker musi zostać na stadionie do momentu wyjścia kibiców gości. Czekaliśmy na komunikat policji. Przekazałem, że czekamy, ale podałem przy okazji kolejność pociągów. Nagle patrzę: sektor zaczyna wychodzić. Pomyślałem, że może idą na catering, ale na Twitterze piszą, że zrobiłem ich w chuja. Coś musiałem pomylić, za co teraz przepraszam. Będę mówił wolniej!

Musiałeś zrobić kurs spikera PZPN, prawda?

Nie tylko. Do tego papiery członka Służby Informacyjnej i tak dalej.

Ale pieluchomajtek nie zakładasz.

Hahaha! Pan Jerzy Góra, jeden z najbardziej znanych spikerów, który twierdzi, że zwiedził cały świat, powiedział, że spiker musi mieć pieluchomajtki, bo nie ma czasu wyjść do toalety. Cała sala zareagowała śmiechem. Trzeba umieć selekcjonować informacje. Niczego nie muszę też zakładać, bo możemy się zmienić z Darkiem.

Jako spiker wzorujesz się na Napoli?

Wszyscy mówią o tym Decibelu. Widziałem, jak facet porusza cały stadion i ciary idą za każdym razem, gdy to oglądam. Chciałbym dojść do tego poziomu, ale nie chcę powtarzać wzorców. Pole manewru jest ograniczone i nie odstawię nie wiadomo jakiego performance’u, ale przecież nie skończymy spikerki bez pytania: „kto dziś wygra?”. To integralna część jeszcze z czasów Wojtka Hadaja. Dodaliśmy też kilka rzeczy jak „Ceeeeeee!” na początku. Kilka rzeczy na pewno też dojdzie. Chciałbym, żeby za 20 lat nowy spiker powiedział, że chciałby być jak Juras. To odpowiedzialna praca – trzeba być czujnym – ale nigdy nie traktowałem tego jako pracę. „Hobby” też nie do końca pasuje. To już integralna część mojego życia.

A którąkolwiek ze swoich prac traktujesz w ogóle jako pracę?

Piątek Zakopane, sobota Szczecin – czasem zdarzają się takie odległości. I te przejazdy traktuję właśnie jako ciężką pracę, bo niekiedy brakuje czasu na sen, a te zajęcia wymagają dużej koncentracji. Wracam do domu i nie mam siły na nic, a nie ma kiedy się zregenerować, bo wszystkie dni w tygodniu zajęte. Jestem jednak tym szczęśliwcem, że moje hobby – MMA, Legia i media – stały się moją pracą. Choćbym nie wiem, jak czuł się zmęczony – a czuję się non stop – i narzekał, że jestem chory, bo organizm osłabiony, to z nikim bym się nie zamienił.

Masz jeszcze czas na trening?

Wożę sprzęt ze sobą. Poza poniedziałkiem o 18:30, kiedy przyjeżdżam na ju-jitsu, nie mam stałych godzin. Częściej zgaduję się na telefon lub wypada mi okienko na półtorej godziny i wpadam do Fight Clubu, żeby potrenować z workiem lub manekinem. Sport to uzależnienie. Próbuję wykorzystywać każdy moment. Teraz wymyśliłem sobie start w triatlonie, więc robię na przykład więcej basenu. Trochę jednak kontuzje przeszkadzają i zobaczymy czy się uda stanąć na starcie. Cały czas szukam sportowego celu i nowych wyzwań.

A co to jest Jurasówka?

Hahaha, świetne pytanie! To szeroko rozumiany „cheat meal”. Duża pizza, najlepiej ostra i czteropak piwa. Siadam w niedzielę wieczorem, odpalam dobry mecz i nie żałuję niczego. Ten termin już funkcjonuje wśród moich znajomych.

Czyli nie masz w stu procentach trybu fit.

Co ty! Po pierwsze – nic nie muszę, po drugie – nie potrzebuję kratki na brzuchu. Nie muszę chodzić wyprężony po plaży. Przychodzi after po gali i też otwieram browara albo leje się whisky.

Twój znajomy kazał zapytać, czy wolisz Jacka Danielsa, czy Johnny’ego Walkera.

Tylko Jack Daniels. Jestem wielkim fanem amerykańskiego bourbona.

Jesteś koneserem whisky?

Może nie koneserem, bo nie wydam tysiąca złotych na flaszkę, a tyle kosztuje dobry single malcik. To niepotrzebna rozrzutność. Jack Daniels idealnie pasuje ceną i smakiem. Na specjalne okazje rezerwuję Talliskera, który kosztuje 200 złotych. Po mistrzostwie na pewno od razu wjedzie lampka. Generalnie jednak żyję w balansie. W weekend jestem w rozjazdach i jem to, co kupię na stacji benzynowej, ale poniedziałek-piątek zdrowo, dieta od Body Chiefa, co staram się krzewić na moich social mediach. Sportowy tryb życia tak. Fit terror zdecydowanie nie.

Śledząc te wszystkie twoje profile można odnieść wrażenie, że non stop jesteś w ruchu. Gala, jakiś event, kręcenie reklam, Legia, treningi w Fight Clubie. Często musisz odrzucać oferty?

Zdarza się, że muszę, bo pokrywają się terminy. Jak się z kimś umawiam, to choćbym dostał lepszą propozycję, byłoby nieprofesjonalnie pójść za hajsem. Pieniądze nigdy nie były dla mnie wykładnikiem. Nie potrzebuję miliona na koncie. Nie muszę chodzić w złocie. Wsiądę na motocykl po wywiadzie, coś mnie walnie i po co mi to wszystko? Pracuję, bo lubię. Mam swoje pięć minut, które chce wykorzystać na maksa. Czasami niestety kosztem zdrowia niestety.

To już nie jest pięć minut. Takie wrażenie można było odnieść pięć lat temu, kiedy MMA stawało się popularne i zacząłeś wyrastać na głównego eksperta. Dziś nie ma tej dyscypliny sportu bez Jurasa.

Wykorzystałem te pięć minut, wykorzystuję i liczę, że będę mógł wykorzystywać. MMA rozkręciło się bardziej, niż bym się spodziewał. Od początku wierzyłem, że to sport przyszłości, ale że aż tak?! Abstrahując od KSW czy „Fighters Night” – zdarza się, że podczas weekendu mamy pięć eventów w różnych miastach. Do tego sukcesy międzynarodowe. Kręci się idealnie.

Za wcześnie się w tym pojawiłeś. Wyprzedziłeś epokę.

Inne czasy. Jako zawodnik nie zarobiłem wielkich pieniędzy. W dziesiątym pojedynku wziąłem pierwsze trzy tysiące złotych i czułem się, jakbym złapał Pana Boga za nogi. W Stanach zarobiłem pięć tysięcy dolarów – to był strzał życia, a w sportach walki na poziomie międzynarodowym to śmieszna stawka. Wygrałem piętnaście zawodowych walk, dziesięć przegrałem i podziękowałem.

Od początku miałeś taki cel, że odpuszczasz po dziesiątej walce?

Kiedy przegrałem trzy walki z rzędu i popsułem sobie record, pomyślałem, że – niezależnie od etapu kariery – nie chcę mieć więcej niż dziesięć porażek. Ale wychodząc na pojedynek z Valkonenem byłem przekonany, że wygram. Miałem dobry czas. Byłem po dwóch zwycięstwach. Przegrałem i pojawiła się chwila zawahania. Nikt nie wiedział o moich planach. Ani rodzina, ani moja żona. Tylko ja wiedziałem, że odpuszczę. Gdybym następnego dnia spojrzał w lustro i uznał, że nie rezygnuję, to oszukałbym samego siebie.

A nie bałeś się, co będzie po karierze?

Nie, bo miałem ten komfort, że równolegle coraz więcej pracowałem w mediach. Wiedziałem, że odnajdę się jako komentator u boku Andrzeja Janisza. Podejmowałem w życiu wiele ryzykownych decyzji, ale na tę chwilę – tfu, tfu – wszystkie układają się w całość.

Potem dostawałeś jeszcze sporo propozycji walk i odwieszenia kariery.

To wraca jak bumerang. Cały czas dostaję oferty, żeby wejść do ringu lub klatki. To bardzo godne pieniądze. Zarobiłbym nawet zdecydowanie więcej niż te pięć tysięcy dolarów, ale po prostu nie mogę. Nie po to się żegnałem, żeby nagle odzyskiwać ten cały – wow! – splendor.

Byłbyś jak Najman?

Nie ubliżaj mi proszę. To miał być kulturalny wywiad!

Ale generalnie nie odpowiada ci bycie ringowym celebrytą.

Nie, bo to by oznaczało, że się skurwiłem. Mimo że cholernie chciałbym znów poczuć adrenalinę, która towarzyszy, gdy słyszysz na backstage’u muzykę przed walką.

Ekstraklasa. Legia Warszawa - Piast Gliwice. 13.12.2015

Skoro czujesz się na siłach, żeby podjąć normalną, sportową walkę, to może jednak warto byłoby to przemyśleć?

Oczywiście, że czuję się na siłach. Jestem w świetnej formie. Napsułbym sporo krwi niejednemu polskiemu półciężkiemu, ale nie wrócę do tego. Czasem tylko żałuję, że mam tak średniowieczny kręgosłup i bliżej mi do rycerza w zbroi niż do współczesnego gościa, który zobaczy 200 tysięcy na stole i fuck that, jedziemy.

Za to kapitalnie odnalazłeś się w świecie nowoczesnych mediów, o czym świadczy fakt, że zainstalowałeś nawet Snapchata.

Ale tylko na piętnaście minut, bo nie mam czasu na nagrywanie tych filmików. Prowadzę dwa fanpage – swój i Krwawy Sport, czyli akcji krwiodawstwa. Twittera traktuję mocno prywatnie – tam wrzucam, co mi myśl przyniesie. Szybciej palce napiszą niż głowa pomyśli. A Instagram – typowe obrazki, swoboda. Traktuję social media jako część pracy. Popularność w internecie przekłada się na propozycje współpracy. Na spotkaniach w sprawie współpracy firmy przedstawiają mi statystyki i mówią, że to dla nich wykładnik, czy produkt będzie popularny. Ofert jest mnóstwo, ale nie każdy produkt mi odpowiada.

A nie myślałeś o jakimś grubszym projekcie, typu własna siłownia, potem ewentualnie sieć? Żeby na maksa wykorzystać swój wizerunek?

Nie ma szans, bo jestem administracyjnym idiotą. Nie mam głowy do biznesu. Biznes, którego bym się podjął, natychmiast by upadł z racji totalnego roztrzepania. Nie pcham się w takie interesy. To, co robię teraz, wystarcza, żeby zatankować samochód,motocykl i mieć gdzie mieszkać. Nawet na Jacka Danielsa starcza!

Ale czujesz, że w MMA stajesz się nawet większą ikoną od sportowców? Oni mogą odnosić wielkie sukcesy, ale w końcu przeminą, a Juras będzie zawsze.

Znalazłem się w MMA dopiero, gdy ten sport zaczynał zdobywać popularność. Jako frontman organizacji KSW zawsze mocno się udzielałem. Pamiętam jednak, jak cztery lata temu byłem na obozie na Mazurach, chodziłem z psem po plaży i rozmawiałem przez telefon. Siedziały tam dwie młode dziewczyny i nagle jedna pyta:

– Pan to Łukasz Jurkowski?
– No jasne, miło poznać  – od razu napompowałem klatę.
– Tak myślałam, bo poznałem pana po głosie. Jest pan świetnym komentatorem.

Oho, czyli już nie zawodnikiem…

Zasmuciło cię to?

Na początku wręcz zdołowało! Ale minutę później pomyślałem: stary, pogódź się, że nowe pokolenie nie będzie cię kojarzyło z 25 zawodowych wyjść do klatki, tylko z komentarza.

Odpalałeś kompilacje swoich najlepszych komentarzy na YouTube?

Kiedyś dostałem jakiś montaż sprzed kilku lat, ale nie jestem próżny i nie oglądam filmików ze sobą. Czasami odsłucham jakiś wywiad, czy znowu nie powiedziałem głupot.

A zdarzyło ci się kiedyś pomyśleć: „co ja właśnie odwaliłem”?

Na początku przygotowywaliśmy z Andrzejem Janiszem dłuższe kwestie i porównania. Z czasem szło jednak coraz bardziej spontanicznie. Tak to wygląda do dziś. Niech walka sama narysuje komentarz. Wiem, że to duża dawka czarnego humoru, ale myślę, że nie przeginam. Minęło wiele lat od komentarza, za który przeprosiłem, ale wtedy wszyscy pracownicy Polsatu wiedzieli, że nie podejdę do walki profesjonalnie. Nikt nie robił problemów. Często jednak bywam karcony – albo wręcz jebany – że jestem nieobiektywny. Oczywiście, że nie jestem, ale jaki mam być, gdy Polak walczy z obcokrajowcem? Naturalnie, że będę mocno koloryzował słowem i trzymał stronę Polaka. Nie odpowiada, można wcisnąć mute. Albo ktoś pisze: „postaraj się wyeliminować to i to, bo to mnie irytuje”. Z całym szacunkiem, ale te zawody ogląda trzy miliony ludzi i nie mogę przebudować własnego warsztatu z powodu dwóch osób.

Czytasz te wszystkie komentarze?

Może nie odpowiadam od razu na wszystkie, ale skoro ktoś zadał sobie trud, żeby do mnie napisać, to chcę mu poświęcić chwilę. Czasem siadam nawet na dwie godziny i odpisuję wszystkim po kolei. Nawet jak ktoś mi „ciśnie” to staram się wyjaśnić dlaczego. Taki jestem.

Ostatnio wrzuciłeś screen litanii wyzwisk z imieniem, nazwiskiem i zdjęciem trolla.

Z powodu Legii przychodzi sporo tego typu wiadomości. Skoro jednak ktoś ma tyle odwagi, żeby zwyzywać mnie na privie, to niech przyjedzie do Warszawy i powie mi to w twarz albo po prostu poniesie odpowiedzialność. W przeciwnym razie jest zwykłym internetowym lamusem. Internet nie jest już anonimowy i przypuszczam, że kolega tego samego dnia dostał parę wiadomości. I dobrze. Niech ponosi konsekwencje. Zimny prysznic się przyda. Co jakiś czas będę wrzucał takiego trollika. Just for fun.

Jak Filip Chajzer, do którego trolle piszą a propos zmarłego syna.

To już największe chujostwo. Bardzo dobrze gość postępuje, że ich wszystkich demaskuje. Gdybym był w jego sytuacji, to pewnie osobiście złożyłbym wizytę takim ludzkim śmieciom. Bez względu na konsekwencje. Mam za gorącą głowę.

Pełnisz też funkcję rzecznika MMA i natychmiast reagujesz, gdy ktoś – jak Rafał Kubacki – stwierdzi, że w sumie to żadna dyscyplina sportu.

To cytat sprzed lat. Panu Kubackiemu chyba jest głupio, bo widzi w jakim stopniu się to rozwinęło. Ciężko mi jednak zrozumieć, po co podważać MMA. Też jestem wychowany w filozofii wschodu jak ten pan i nie przeszkadza mi, że „zhańbiłem” czarny pas taekwondo startując w MMA. Jeśli ktoś uważa, że to nie sport, to proszę pokazać telewizyjne ratingi innych dyscyplin, które za sport uchodzą. MMA oglądalnością wciąga w Polsce nosem większość sportów.

Może kiedyś stać się sportem numer dwa-trzy?

Chciałbym, ale to nierealne. Sporty zespołowe zawsze będę mega popularne. Cieszy mnie jednak, że otwieram „Przegląd Sportowe” i nie pisze się już o MMA w rogu ostatniej strony, tylko zdecydowanie więcej. Nie mam jednak ambicji, żebyśmy stali się sportem numer jeden. Okładka – wiadomo – zawsze będzie zarezerwowana dla Lewandowskiego, potem sporty drużynowe i – w razie sukcesów – nawet skoki narciarskie. Niech taki poziom zostanie i będę zadowolony.

5791_10154614393140931_2612927323046820883_n

Powiedz, bo chyba nigdy o tym nie opowiadałeś – miałeś kiedyś w życiu taki moment, kiedy mogłeś pójść w jedną stronę albo w drugą i postawienie na sporty walki okazało się strzałem w dziesiątkę? Podstawówka, liceum, studia?

W okresie młodzieńczym – mając 14-15-16 lat – każdy różnie próbował udowadniać swoją wartość. Gdybym wtedy nie trafił na matę taekwondo, mogło być ze mną różnie. Uznajmy, że pewien poziom IQ jednak reprezentowałem za małolata i trudno było mnie zbajerować, ale… Jeżeli nie masz wielkich perspektyw, a za kieszonkowe – a była nas w domu czwórka – nie kupisz nawet trzech piw, stoisz na przystanku z pustą kieszenią i czekasz na autobus, który zawiezie cię do szkoły, a obok kolega podjeżdża samochodem sportowym, to można się pogubić. Dostajesz propozycję: dawaj na weekend, trzeba pojechać, jesteś cwaniak, postoisz i zarobisz dwa tysiące złotych. Dwa tysiące?! Tyle to moi rodzice zarabiali. Sporo było takich propozycji i wiadomo, z czym się one wiązały. Cieszę się jednak, że nigdy się na to nie zdecydowałem. Postawiłem wszystko na sport. Żyłem na wyspie marzeń, że kiedyś się uda. Wtedy zacząłem trenować. Taekwondo wkręciło mnie cholernie. Po drodze było mnóstwo innych sportów, ale już po pierwszym treningu wiedziałem, że trafiłem w idealne miejsce. Że chcę być najlepszy. Wszystko temu podporządkowałem i wkrótce wygrałem puchar świata w Taekwondo. Potem MMA zaczęło wchodzić coraz mocniej na rynek. Stwierdziłem, że dość bicia się za medal, dyplom i uścisk prezesa. Trzeba pójść w stronę sportu, który mnie jara.

I do jakiego stopnia postawiłeś wszystko na jedną kartę? Gdyby przytrafiła ci się jakaś kontuzja, to poradziłbyś sobie wtedy w życiu, czy byłby problem?

Miałbym problem, ale nie zginąłbym. Od 13. roku życia zarabiałem na siebie. Pilnowałem desek na budowach lub myłem szyby pod peweksem za dwujaczka, żeby mieć bilet na Legię lub nielegalny wyjazd. Potem studia kolidowały mi z rozwojem sportowym. Złożyłem papiery na dziennikarstwo na UW, ale pan dziekan powiedział, że na drugim roku będą warsztaty, których mogę nie pogodzić ze sportem. Podziękowałem. Zabrałem papiery na AWF, ale tam okazało się, że dyscypliny nieolimpijskie nie są honorowane i nie przysługuje mi indywidualny tok studiów. Pani dziekan zapytała: Panie Łukaszu, albo sport, albo edukacja. Pożegnałem się i nigdy na AWF po drugim roku nie wróciłem. Czy postawiłem na jedną kartę? Tak. Wszystko albo nic. Nie wiem, co by się stało, gdybym złapał kontuzję. Poszedłbym gdzieś pracować na etat. Z wykształcenia jestem technikiem informatyki, choć nie mam pojęcia o tym zawodzie. Może pracowałbym fizycznie? Robiłem w życiu mnóstwo rzeczy.

Najbardziej absurdalna praca?

O najbardziej absurdalnej nie powiem, ale nie, nie sprzedawałem się na ulicy! (śmiech) Raz wziąłem udział w pokazie dla kobiet w jednym z warszawskich klubów Chippendales. Ale nie rozbierałem się. Byłem tylko atrakcją jako reprezentant sportów walki. Nunczako, trochę kopania, te sprawy. Dostałem dobre pieniądze, ale dziś trochę się tego wstydzę. Poza tym – choć to akurat zupełnie normalne – były grane wszelkie prace sezonowe. Taczki, cegły. Trzeba było sobie radzić.

Dlatego – jak sam mówisz – nie jesteś dziś rozrzutny i bardziej szanujesz pieniądze?

Kiedy byłem dzieckiem, marzyłem o klockach Lego czy PlayStation. Dziś gdy moja córeczka chce klocki, to kupuję, a potem siedzimy, budujemy i mam z tego mega frajdę. Doszedłem do momentu, w którym nie muszę żyć z miesiąca na miesiąc, żeby starczało na opłaty. Nie jestem rozrzutnym „warszawskim celebrytą”. Żyję normalnie, ale to dla mnie coś wyjątkowego, bo jakieś dziesięć lat temu stałem zimą w deszczu z glutem do pasa i torbą na ramieniu czekając na autobus, który mnie zawiezie na trening. Mając dwadzieścia parę lat nie miałem za co kupić biletu. Pożyczałem od dziewczyny na rachunek telefoniczny, żeby mieć kontakt. Żyłem nadzieją, że się uda i kurczę, udało się. Myślę, że dziś mógłbym służyć tym małolatom, którzy stoją na przystankach, za inspirację. Jak się kurewsko czegoś chce, to się to osiągnie.

Widziałem właśnie, że brałeś udział w jakichś konferencjach motywacyjnych.

W roli prowadzącego. Częściej uzewnętrzniam się na blogu, np. na tematy społeczne. Nic nie daje mi większej satysfakcji niż wiadomości od chłopaków, którzy piszą, że potrzebowali takiego kopa. Do dziś jestem w kontakcie z wieloma. Jeżeli za dziesięć lat któryś przyjdzie i powie, że mu się udało, to będzie dla mnie największa nagroda.

Książkę też piszesz?

Kurczę, nie mam czasu.

Sugerowałeś to na Twitterze.

Ale to nie będzie typowa biografia, choć oczywiście oprę się na śmiesznych lub przerażających etapach mojego życia. Trochę brutalnej prawdy. Czasem nawet 30-latek nie wie, w którą stronę iść. Takich ludzi warto inspirować, że warto czasem coś poświęcić, żeby na koniec móc dać wywiad do Casual Friday!

Jeszcze zostaniesz coachem, co jest ostatnio modne.

Takich ambicji nie mam. Nie powiem, że mnie to śmieszy, bo wielu ludzi tego potrzebuje, ale śmieszą mnie niektóre fit profile zawodników z codziennymi hasłami: „dasz radę, jesteś zwycięzcą”. Nie przemawia to do mnie. Już wolę mocniejszy przekaz. Na zasadzie – puknij się w czoło, spójrz w lustro i powiedz, czy chcesz spędzić całe życie, w robocie której nienawidzisz, a obrzydliwa żona wygania ci dzieci z domu, czy jednak chcesz się spełniać. Liczę, że do końca lipca uda się napisać.

Masz już tytuł?

Tak. „Wszystko, czego nie nauczył cię twój stary”. Wymyślił Wiktor Cegła, bo razem robimy ten projekt. To ma być piguła informacji – nawet jeśli nie lubisz czytać, to wyjdziesz na chwilę do kibla i wciągniesz jeden rozdział.

Chyba tylko książki ci teraz brakuje, żeby stać się najbardziej multifunkcyjnym dziennikarzem sportowym w Polsce.

Nie nazwę się dziennikarzem sportowym, ale to jeszcze nie jest moje ostatnie słowo. Dostałem propozycję, żeby zagrać w filmie i to jest coś, w czym zajebiście chciałbym się sprawdzić.

Kinowym?

Nie, to chyba będzie bardziej niszowa produkcja.

Myślałem, że biorą cię do nowego „Pitbulla”.

Podobno zbierają tam CV ludzi, którzy wyglądają na bandytów. Spokojnie bym się zaangażował, ale wolę nie wysyłać, bo jeszcze dostanę rolę policjanta i będę miał problem, żeby przyjść na stadion! Ten film to polski horror. Mam grać czarny charakter i ułożyć choreografię scen walki. Chętnie się w tym sprawdzę, bo patrząc na poziom żenady reżyserowanych bójek w polskich filmach, jesteśmy strasznie do tyłu. Trochę w życiu przyjąłem i wiem, jak zagrać, gdy dostaniesz na wątrobę, jak w nogę, a jak w szczękę. Raczej nikt nie przyjmie tu kopa w łeb, by zaraz pójść z uśmiechem do przodu.

Masz jakieś długofalowe cele związane z aktorstwem?

Błagam, nie nazywajmy tego aktorstwem! Co do ogólnych celów – carpe diem. Dzieje się tak dużo, że nie mam czasu o tym myśleć.

A masz czas, żeby podładować baterie? Bo ostatnio mówiłeś, że przez dziewięć lat nie byłeś na wakacjach.

Tak, ale dwa lata temu już to zmieniłem. Cokolwiek by się działo – nawet kosztem propozycji – mówię pas. Siedem dni zimą w górach i siedem latem. Słońce, leżak, alkohol plus dobra książka i muzyka. Chociaż teraz napiszę pewnie parę rozdziałów.

Powiedz na koniec, jak ci się podobał finał Pucharu Polski. Odezwała się w tobie dusza kibola z lat 90. czy pomyślałeś, że kibice Lecha zniszczyli święto?

Wypośrodkowałbym. Dla mnie nie ma opraw bez piro. Do tej pory nie domyłem czapki i szalika po dymie ze świec. Lubię też, jak zapach racy gryzie w gardło, ale chciałbym, żeby na stadiony przychodziły całe rodziny. Żeby mecz nie był spektaklem tylko dla zagorzałych fanatyków. Rzucanie rac było niepotrzebne, ale nie będę nagle potępiał Lecha, bo przecież sam wychowałem się w takim okresie. Nie pochwalam takich zachowań, ale rozumiem irytację. Przegrali mistrzostwo, puchar i jeszcze pojechał z nimi własny kapitan Łukasz Trałka. Myślę, że to wszystko pogłębiło całą frustrację i szkoda, bo jeżeli znów zagramy w finale z Lechem, to już nie zobaczymy tak pięknych opraw i piro. PZPN będzie musiał to skasować, nawet z powodów wizerunkowych. Nie wiem, jak teraz to organizowali, ale musiała być cicha zgoda, żeby wnieść całe ciężarówki pirotechniki. Podziwiam tylko Arka Malarza, bo akurat na jego miejscu nie wytrzymałbym i odrzuciłbym racę w sektor.

Co pomyślałeś po odsłuchaniu tego filmiku z Trałką?

Idiota. Czułem się zażenowany. Sam na miejscu kibiców przyszedłbym poskandować, uderzyć w autobus i zrobić mały cheer up. I jeśli ten – w cudzysłowie – pan piłkarz nazwałby mnie pałą, to poczułbym się urażony. Ten drugi od „że im się chciało” to też idiota. Nie wiem kto to, ale powinien być w Lechu spalony. Skoro przychodzisz do roboty i ktoś płaci, żeby cię oglądać, to go, kurwa, szanuj, a jak się nie podoba, to zmień branżę.

Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA

KOMENTARZE (0)