Najgorsi właściciele, jakich widziała polska piłka. Pamiętne pogrzeby
Weszło

Najgorsi właściciele, jakich widziała polska piłka. Pamiętne pogrzeby

Jeden przemycał Romów z wykorzystaniem lewych dokumentów. Zespół spuścił z ligi, ale i tak przez dekadę sądził się z miastem o odszkodowanie. Drugi wymarzył sobie brazylijską sambę nieopodal Łodzi. Trzeci zastawiał karty zawodnicze w banku, aż za bezcen wykupił mu je Widzew. Jeszcze inni piłki uczyli się z komiksów, myśląc, że będzie jak w koszykówce. Wszystkich łączy jedno – byli właścicielami poważnych polskich klubów i dali ciała po całości. Rasowi grabarze. Przy nich dla takich znawców tematu jak Janusz Filipiak czy Józef Wojciechowski, brakuje skali. Nie ta liga. Przypomnijmy sobie kilku najgorszych zarządców polskich klubów. 

SYLWESTER CACEK

cacek

Niegdyś człowiek z reputacją poważnego biznesmena. Na tyle poważnego, że jego majątek klasyfikowano w setce najbogatszych Forbesa i pisano o nim wielkie artykuły w branżowych magazynach. Kończy jako ten, który w akcie desperacji próbował opchnąć nawet herb Widzewa. Bezcześcił pamięć o wielkim klubie, przenosząc jego mecze na wieś, zabitą dechami dziurę. Grabarz, jakich mało. Gdy przejmował Widzew jako akcjonariusz większościowy w 2007 roku, ten zajmował 12. miejsce w Ekstraklasie. Dziś go nie ma. W całej polskiej piłce nie ma również drugiego człowieka, który przez tak długi okres notorycznie podejmowałby same złe decyzje, popełniał ciągle błędy i niczego na nich się nie nauczył. Tak leczył, tak uzdrawiał, że w końcu pacjent potrzebował masażu serca i akcji „usta usta”. A wiadomo było, że jak reanimował będzie Cacek, na co niestety przez chwilę miał ochotę, to kaplica. Delikwenta nie ma, wykończy go na amen. Cytując Józefa Młynarczyka, legendę, której dawno odechciało się chodzenia na Widzew: „tak zniszczyć tradycję może tylko szczególnie nieudolny człowiek”.

IRENEUSZ KRÓL

WALNE SPRAWOZDAWCZO - WYBORCZE ZGROMADZENIE DELEGATOW PZPN

W tym wypadku kłamstwo ma krótkie nogi i – jak żartowali kibice Polonii na jednym z transparentów – podwójny podbródek. „Królu złoty, gdzie są banknoty?”, koszulkami z takim hasłem żegnali niedoszłego zbawcę „Czarnych Koszul” zawodnicy. 30 maja 2013 roku, meczem z Piastem, Polonia mówiła „do widzenia’ Ekstraklasie, bez cienia nadziei na licencję w kolejnym sezonie. Król po raz kolejny nie spełnił obietnicy wypłat zaległych pensji piłkarzom i trenerom. Na meczu oczywiście się nie zjawił. Karykatura zarządzania. Od pierwszej (gdy chciał przenosić Polonię do Katowic), do ostatniej chwili. Oto za rządy w ekstraklasowym klubie wziął się człowiek, który przez dwa lata funkcjonowania w pierwszej lidze zainwestował góra milion złotych. Bogacz z szeregówki w Katowicach, i to w starym budownictwie. Nie potrzebował nawet roku, by od wotum zaufania otrzymanego od kibiców doprowadzić do kompletnego rozpadu zasłużonego klubu. Zresztą, jeśli prześledzić najświeższe informacje o jego innych biznesowych osiągnięciach, tam też nie jest zbyt wesoło. Windykatorzy, wierzyciele, komornicy…

LES GONDOR

lesgondor

Albo, jak kto woli, Leszek Gondorowicz. Były taksówkarz z Lipian, nieopodal Szczecina. W latach osiemdziesiątych skazany na więzienie za przemyt Romów do Szwecji z użyciem lewych dokumentów. Później mieszkający tam na stałe działacz i biznesmen. W Polsce najpierw utopił żużlowe PERGO Gorzów, potem zabrał się za Pogoń. Bardziej niż stadion i drużyna, która miałaby na nim kopać piłkę, interesowały go tereny wokół. Zapowiadał, że chce budować hipermarket. Wiele obiecywał, ale szybko wyszło na jaw, że Pogoń w jego rękach może mieć wyłącznie kłopot. Komornicy, zaległości podatkowe – inne jego przedsięwzięcia okazały się, delikatnie mówiąc, niezbyt czyste. Podobnie jak intencje, opierające się głównie o to, by wyciągnąć z miasta Szczecin parę groszy. W magistracie tylko rozkładali ręce: „nie wiedzieliśmy”. Pogoń spadła do drugiej ligi, zdobywając w całym sezonie 2002/2003 dziewięć punktów. Później w ogóle straciła licencję na grę w wyższych ligach i wyzionęła ducha. Jak to zwykle w takich chwilach, zakasać rękawy musieli kibice, prawdziwi pasjonaci. A sam Gondor przez ponad dekadę, do wiosny tego roku, bezskutecznie sądził się z władzami miasta o 49 milionów złotych. Już w 2003 roku zapowiadał: „nie jestem pasjonatem piłki, który dla kaprysu wydaje pieniądze na utrzymanie klubu. Nie ukrywam, że przejąłem udziały w Pogoni po to, by zarobić, a nie stracić”.

ANTONI PTAK

ptak

Pogoń skompletowała właścicielski hat-trick. Po Sabrim Bekdasie i Gondorze, weszła w romans z prawdziwym wizjonerem. Ptakiem, który postanowił przenieść do Szczecina swoją Piotrcovię Piotrków Trybunalski. Piotrków stracił drugoligowy zespół, Szczecin zyskał, ale wszystko, co najgorsze i najbardziej niedorzeczne, miało dopiero się wydarzyć. W Ekstraklasie. Najpierw przyszedł awans, dziewiąte miejsce w lidze, a nawet występy w Europie – mecze z Sigmą Ołomuniec w Pucharze Intertoto. Dopiero później ujawniła się latynoska fascynacja Ptaka. Zima 2005 roku, kiedy razem z synem zaczęli wprowadzać straszną wizję – „Pogoń będzie brazylijska albo żadna”. No i była. Aby nie miała nazbyt łatwo, na „domowe” mecze musiała podróżować po kilkaset kilometrów, bo skoszarowano ją pod Łodzią. Ani przez moment nie była w tabeli Ekstraklasy wyżej od tej, którą zastąpiła. „Powstała drużyna, która jest karykatura polskiej piłki”, pieklił się Radosław Majdan, którego o dziwo nie zastąpiono brazylijskim skórołapem. „To jak scenariusz do filmu, nie mieści mi się w głowie”. A jednak – 11 kwietnia 2006 roku doszło do historycznego wydarzenia. W składzie Portowców zabrakło choćby jednego polskiego zawodnika. W bramce stał Słowak Boris Pesković, a w polu grało dziesięciu Brazylijczyków. 

BOLESŁAW KRZYŻOSTANIAK

WIECZOR AUTORSKI ANDRZEJA IWANA - PUBLIKACJA KSIAZKI "SPALONY" --- ANDRZEJ IWAN AUTHOR'S NIGHT IN WARSAW - PUBLICATION OF BOOK "OFFSIDE"

Dawno zapomniany, a niesłusznie, bo to niegdyś człowiek-instytucja, wplątany w liczne trefne interesy na pograniczu prawa. Niedoszły zbawca Lechii, choć żartują, że początkowo nie wiedział nawet, że mecz składa się z dwóch połów. Jako prezes Olimpii Poznań, zastawił w banku karty zawodnicze między innymi Grzegorza Mielcarskiego i Mirosława Szymkowiaka, dzięki czemu za bezcen trafili do Widzewa. O Olimpii w jego czasach pisało się głównie w kontekście różnorakich afer – poczynając od słynnej niedzieli cudów (1:7 z ŁKS-em i spadku do drugiej ligi), kończąc na desperackich próbach pozbycia się klubu. Próbował fuzji, najpierw z Ruchem Chorzów, później z Lechią Gdańsk i tak oto mija 20 lat od kiedy poznański zespół przestał istnieć. Polski Związek Piłki Nożnej, rządzony przez Mariana Dziurowicza, nie zaakceptował jego połączenia z Lechią. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji. Drużyny GKS-u Katowice albo Lecha, zamiast na mecze do Gdańska, jeździły do Poznania i gdy nie zastawały tam rywala, wygrywały walkowerem. Lechia – Olimpia spadła z pierwszej ligi. W ciągu kilku lat zjechała aż do trzeciej.

ZDENEK ZLAMAL

Zrzut ekranu 2015-07-01 o 17.49.39

Jeden z głównych bohaterów polsko-czeskiej wojny o władzę w świętej pamięci Odrze Wodzisław. To on stał na czele grupy niby-inwestorów, którzy przejęli pakiet 68 procent akcji klubu. Liczył na bezpieczną lokatę kapitału i zabezpieczające go wpływy z praw telewizyjnych, ale sprawa się, kolokwialnie mówiąc, rypła. Później standardowo zapowiadał spłatę długów, szybki powrót na boiska Ekstraklasy. „W żadnym wypadku nie wycofam swych udziałów z Odry! Nie jestem z tych, którzy podtapiają własną łódź”, dzielnie deklarował w wywiadzie dla Wyborczej. Skończyło się tym, że chciał oddać Odrę za złotówkę. Symbolicznie. „Włożyłem w klub 15 milionów koron i myślałem, że się będę bawił w futbol. A tu się okazuje, że problem goni problem”, mówił. Kupił rower, ale nie wiedział, że pedałowanie aż tak męczy.

FILIP KENIG / JAKUB URBANOWICZ

Untitled-1

Duet egzotyczny, który zgasił światło w ŁKS-ie. Niektórych pewnie oburzy ich obecność w tym zestawie, ale spektakularne klęski w piłce usłane są nie tylko złymi intencjami, ale również brakiem wiedzy. „Popełniliśmy ogromną liczbę błędów. Andrzej Grajewski powiedział o nas, że piłki uczyliśmy się z komiksów… i chyba jest w tym sporo racji”, sam Kenig wypowiadał się w ten sposób w rozmowie dla Weszło. Obaj działania w sporcie uczyli się na koszykówce i niestety nie znaleźli wielu punktów wspólnych. Byli zieloni, jak trawa na Santiago Bernabeu, więc misja ratowania ŁKS-u (już wcześniej będącego w fatalnym położeniu) ich przerosła. „Przejęliśmy klub z całym długiem, nawet nie spróbowaliśmy go zredukować. Nie negocjowaliśmy, byliśmy dobrymi wujkami. Piłkarze obiecali nam, że awansują do ekstraklasy w pierwszym sezonie, a my uwierzyliśmy im na słowo. Kupiliśmy 100 procent akcji, nic nie zostawiając miastu”. Twierdzili, że z własnych kieszeni wyjęli osiem milionów złotych, ale nie zdawali sobie sprawy, że zaleje ich lawina pozwów i niezapłaconych rachunków. Stąd decyzja o wycofaniu z pierwszej ligi i wniosek o upadłość. Zapisali się w historii.

Być może chcieli dobrze, ale oprócz chęci – tu jeszcze trzeba umieć.

Fot. FotoPyK, pogononline.pl

KOMENTARZE (0)