Kto najlepiej szuka? Poznaj gospodarność po śmietnikowych resztkach.
Weszło

Kto najlepiej szuka? Poznaj gospodarność po śmietnikowych resztkach.

Wczoraj wieczorem zakończyliśmy przyjmowanie prac na konkurs, którego główną nagrodą jest darmowy udział w szkoleniu skautingowym IPSO. Temat brzmiał: opisz, który polski klub ma twoim zdaniem najlepszy skauting i dlaczego? Prac spłynęło ponad 70. Większość dość przeciętnych (taka uwaga do wielu uczestników – duża liczba łacińskich zwrotów nie przekłada się na jakość artykułu. To nie wydział filozofii, tylko portal piłkarski), ale kilka znalazło się naprawdę dobrych. Wyróżnić – przede wszystkim za styl, przenikliwość i ogólnie niezłe rozumienie piłki – postanowiliśmy Kacpra Gawłowskiego. Nie ze wszystkimi wnioskami się zgadzamy, ale całość jest naprawdę niezła.

***

Kto najlepiej potrafi szukać? Estymacja na podstawie szczątków – czyli poznaj gospodarność po śmietnikowych resztkach.

Pytanie zadane konkursowiczom przez Weszło! przypomina mi próby licealnych polonistek – masz tu dwie strony i zmierz się z problemem determinizmu. Nietzsche z Akwinatą potrzebowali większości życia, ty dasz radę zamknąć się w 45 minutowym interwale. Odnosząc to do głównego tematu – oceńmy skauting w polskich klubach nie mając pojęcia o budżetach transferowych, o ramach wydatków kontraktowych, ilości generowanych raportów i paru innych bzdurach. Nie dysponujmy też efektywną „miarą” jakości skautingu (mierzyć to wartością sprzedanych graczy, piętnem jaki odcisnęli na zespole, ilością niewypałów, przyjętym modelem poszukiwań? Jak odróżnić gracza znalezionego przez klub od kupionego w ciemno? Jak porównywać kluby o różnych aspiracjach, finansach, mniej lub bardziej szalonych prezesach? Czy dobrym działem skautingowym jest ten, któremu wszystkie działania torpeduje właściciel/prezes/trener?). Wiem, że nic nie wiem i piszę, by zarobić. Sokrates i Maslow pękają z dumy.

Kryterium pierwsze – czyli czy widać długofalowy pomysł.

Przyznam, iż to kryterium dość skuteczne. Analiza poczynań na rynku transferowym w ostatnich latach to najmocniejsze dane, jakimi dysponuję. Eliminuje zdecydowaną większość ligi od Jendrisków z Cracovii przez Karahmetów z Ruchu po kieleckie Ouattary. W ten sposób należałoby w praktyce zostawić jedynie Lecha i Legię (i to dość na wyrost), być może jeszcze Jagiellonię (tylko ze względu na młodych graczy) – co w sumie jest oczywiste. Ze względu na część pytań ze wstępu, niektóre inne zespoły nadal pozostaną bohaterami tego tekstu.

Legia – czyli „transfery wygodne”, „pomieszane etykietki”, OSAczony i dwa absurdalnie różne modele.

Zacznijmy chronologicznie. Transfery wygodne to kupno graczy w ten czy inny sposób wyróżniających się w lidze. Takich, których nie trzeba szczególnie szukać – każdy zainteresowany ligą zna ich nazwiska na pamięć, nie są dobierani pod względem coraz mocniej wyświechtanego hasła „attenion to details”. Ot, po prostu jest okazja kupna/przejęcia zawodnika uznawanego za wiodącego na swojej pozycji w lidze, albo z jakiegoś powodu ciekawego – to się kupuje.

Legia takich transferów od czasów objęcia przez Bogusława Leśnodorskiego posady prezesa zrobiła mnóstwo. Dość wymienić Brzyskiego, Jodłowca, Dwaliszwilego, bądź bardziej podpadających pod „doświadczonych ligowców” Brozia czy Piecha. To zjawisko nie wystawia specjalnie dobrej oceny skautingowi – do kupna takich graczy nie potrzeba żadnego działu, wystarczy opinia trenera oglądającego ich relatywnie często. Nie ma tu szukania zawodnika o określonych parametrach, najlepszego pod względem ekonomiczno-jakościowym, nie ma konkretnej listy cech i warunków jakie musi spełniać. Dlaczego Legia ich kupiła? Bo mogła. Transferem zrobionym po linii najmniejszego oporu wydaje się również Michał Masłowski. Oczywiście, zaraz mogę dostać obuchem po głowie, bo być może przy wszystkich tych transakcjach na biurkach decydentów leżały dziesiątki/setki raportów, setki konkurencyjnych CV pozostałych obserwowanych graczy, klipów etc. a decyzja o wyborze była niezwykle merytoryczna. Przecież wiem, że nic nie wiem, ale pisać trzeba (acz jako hazardzista obstawie, że żadnych setek raportów nie było).

Argumentami umacniającymi tezę o słabości działu skautingu, wydaje się wybrzmiewające echo działań Michała Żewłakowa. Kiedyś na łamach Weszło! napisałem, iż stanowiska kierownicze w Legii zostały rozdane najpewniej na zasadzie „chybił-trafił”, a przynajmniej o tym świadczy dyrektor ds. skautingu zajmujący się transferowymi negocjacjami czy dopinaniem współpracy z klubem filialnym. Skoro ów jegomość prawie co mecz siedzi na własnym stadionie, zajmuje się sprawami zupełnie nie związanymi z zakresem obowiązków szefa skautingu, to można zaryzykować tezę, iż coś w hierarchii zarządzania jest nie tak. Dochodzi do tego moim zdaniem ekstrawagancka (a cóż w Legii nie jest ekstrawaganckie?) polityka odnośnie zatrudnionych skautów.

Głośne, były piłkarskie nazwiska mają z reguły to do siebie, że lubią grube portfele – czy warszawski klub stać na oparcie się o takich pracowników? Czy człowiek nie mający za sobą bogatej kariery piłkarskiej nie może znać się na piłce (niejaki pan Jose może znać odpowiedź)?

Innym, modelowym wręcz przykładem słabości legijnego działu poszukiwań jest transfer Orlando Sa. Widać tu albo brak komunikacji między trenerem, a szukającymi, albo brak wcześniejszego określenia „modelu” poszukiwań. Jak to jest, że trener może otrzymać zawodnika o tak odmiennej charakterystyce (odnośnie gry, mentalności – bądź co bardziej prawdopodobne obu na raz) niż oczekiwał? Wypełnianie raportów wiślacką metodą (pół kartki papieru, kilka wyrazów, zły/dobry – dziękuje Twitterowi), bądź wciskanie trenerowi piłkarza, którego nie potrzebuje to skautingowe samobójstwo.

W tym samym klubie funkcjonuje jednak siatka dużo lepsza. Gdy nagle chodzi o zawodników młodszych wszystko się zmienia. Po pierwsze, można spojrzeć w sposób prosty – na efekty. Bielik, Borysiuk, Rybus, nie do końca spełniony Łukasik, a zwłaszcza Ondrej Duda. Po drugie, można przeczytać wywiad z głównym odkrywcą talentu tego ostatniego, Radosławem Kucharskim i przez całość lektury jedynie kiwać głową z uznaniem. Wrażenie podobne jak podczas czytania wykładu/wywiadu/artykułu uznanego fachowca z zagranicy budującego potęgę klubu, o którym słyszał każdy. Priorytet Mazowsze. Sfera mentalna. Ciągle trzeba się kształcić. Skauting jako zarządzanie. Testy u psychologa. Jeszcze wiele tym podobnych „oczywistości”, przewagę może stanowić dowód empiryczny, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak kiepsko wygląda np. infrastruktura Akademii.

Jak zsumować dokonania Legii? Przeważyć ma raczkujący skauting seniorów? Świetna podpora w postaci doskonale znanego Mazowsza? Odczucia mam ambiwalentne. „Ambiwalentne” to w ogóle słowo najlepiej pasujące do tego tekstu.

Polski pionier – witamy w Poznaniu.

Zdecydowanie najpoważniej do tematu poszukiwania graczy podchodzili i nadal podchodzą włodarze poznańskiego Lecha. Mógłbym tu spisać kilka akapitów typowych truizmów, które zazwyczaj serwują dziennikarze piszący o skautingu Kolejorza. Coś o Tonevie, Rudnevsie, tytanicznej pracy Czyżniewskiego, chwilę rozpłynąć się nad węgierskim zaciągiem, podkreślić miliony wpływające na konto i przypomnieć jak nazywa się polski napastnik z Bayernu. Uznajmy, że sztampę mamy za sobą. 

1. Zachować spokój

Tę zasadę w Lechu stosują być może do przesady miewając problemy z reagowaniem w sytuacjach „last minute” (chociaż transfer Djouma może świadczyć o odwilży). Nie ma jednak wątpliwości, iż wydłużony okres obserwacji na wszystkich polach to zdecydowanie krok w stronę zachodnich klubów. Najlepiej świadczy o tym cytat z wywiadu przeprowadzonego przez Weszło! Były skaut Lecha Chitrikow mówił:

Pięć obserwacji na żywo, a – nie skończyłem – każdy skaut musi dodatkowo obejrzeć pięć spotkań zawodnika na wideo. Tych obserwacji jest masa, ale na koniec wszystko musi się spiąć z finansami, a decyzje – po opinii trenera i dyrektora sportowego – podejmują dalsze osoby. 

Z innych materiałów można dowiedzieć się, iż obserwacje muszą być rozłożone na co najmniej jeden sezon, a jednym z kluczowym momentów bywa obserwacja na żywo przez trenera pierwszego zespołu. Ma to swoje konsekwencje w postaci błyskawicznego przedostania się informacji o obserwowanych graczach do mediów – w końcu nie można mieć wszystkiego. Czasem również rozwagę w działaniach można pomylić ze skąpstwem właścicieli. Czyż za niektóre przespane okienka nie odpowiadał bardziej przykręcony kurek niż brak sensownych kandydatur do transferu?

2. Miejsce skautingu w klubowej hierarchii i komunikacja

Jedną z największych przewag działu skautingowego Lecha jest jego prawidłowe ulokowanie w strukturze klubu. Grzechem większości klubów w Polsce jest oparcie obserwacji na znajomościach czy pomysłach trenera, konkretnego dyrektora sportowego, bądź prezesa. Przy rozpędzonej do szalonych prędkości karuzeli powoduje to notoryczne zmiany koncepcji, tworzenie 10-letnich planów trwających sześć miesięcy czy pojawianie się mody na graczy z jakiegoś rejonu. Ta ostatnia sprawa jest arcyciekawa – jak to jest, że nagle po udanym transferze Meliksona połowa klubów szuka piłkarza z Izraela? Wracając do uzależnienia działań od jednej osoby najlepiej widać to na przykładzie Wisły Kraków i Stana Valckxa. Po odejściu Holendra nagle zniknęła również cała koncepcja ściągania piłkarzy i powróciła metoda „chybił-trafił” z graczy podsyłanych przez agentów. To samo może mieć miejsce przy odejściu Radosława Osucha z Zawiszy, który w poczynaniach transferowych ciągle bazuje głównie na swoich znajomościach.

W Lechu skauting funkcjonuje niezależnie od zmian trenerów (rzadkich) czy dyrektorów sportowych. Tego typu stabilizacja przynosi efekty w postaci wypracowanych modeli, świetnie dobranych rejonów poszukiwań pasujących do klubu pod względem ekonomicznym. Zawodnikom z regionów zbliżonych do Polski jest też łatwiej przystosować się do nowych warunków – co często blokuje graczy z Ameryki Południowej. Widać to najlepiej w kontraście do Legii, która ciągle nie zdecydowała się na konkretne kierunki, tylko miota się po całej Europie (od Cypru, przez Portugalię po Szkocję czy Słowację).

Sam proces decyzyjny odnośnie transferu również jest specyficzny. O losach transakcji przesądza „komitet transferowy” składających się z właściciela, prezesa, dyrektora sportowego, dyrektora ds. skautingu i trenera. Sens jego powstania tłumaczył jeszcze Andrzej Czyżniewski w wywiadzie dla Weszło!:

W polskiej piłce przez lata trenerzy byli od wszystkiego. Trener odpowiadał za transfery, przeprowadzał je, szkoleniowcy mieli powiązania z menedżerami, nie zawsze czyste. Dlatego w Lechu powołany do życia został komitet transferowy.

Największe wątpliwości budzi sposób wyłaniania decyzji – wystarczą trzy głosy, by transfer przeszedł. Moim zdaniem to najważniejszy błąd tej inicjatywy. Decyzje podejmowane bez powszechnej zgody wszystkich zainteresowanych, mają tendencje do tworzenia późniejszych konfliktów. Widać to idealnie po wypowiedziach byłych trenerów Lecha nie godzących się na taką koncepcje:

– Nie pasowałem mu, bo mówiłem prawdę w oczy. On jest winny całego zła w Lechu. To przez niego dołuje. A dokładnie przez komitet transferowy wymyślony przez Rutkowskiego. Jeszcze do dziś miga się przed kibicami, że niby ja sprowadziłem złych piłkarzy. Nawet temu komitetowi przypisał sprowadzenie Arboledy, którego ja odkryłem! Ludzie, Peszko, Lewandowski, Rengifo, Arboleda. To były moje transfery. A ten komitet to śmiech na sali. Siadał sobie Rutkowski z synem i coś tam opowiadali o wielkich wzmocnieniach. Wciskali mi jakichś niepełnosprawnych piłkarzy i nie było dyskusji. Gdzie są te Goliki, Handziki? Jednego to nawet do Norwegii wysłali, bo bali się, że wpadnę w szał jak zobaczę, co to za grajek – w swój własny sposób zawiłości komitetu wyjaśniał dziennikarzowi Przeglądu Sportowego Franciszek Smuda.

– To są bzdury, nie ma żadnego komitetu i głosowania! Decydujący głos ma zawsze trener. Jeśli chodzi o aspekt sportowy, piłkarski, jest to tylko i wyłącznie moja decyzja. Nie wiem, skąd się wzięły takie plotki – również niespecjalnie pochlebne zdanie na łamach Przeglądu wyrażał Jacek Zieliński.

Wina oczywiście może leżeć w samych trenerach oczekujących pełnego władztwa (a jak to się kończy, pokazały transferowe przygody Oresta Lenczyka czy Stanislava Levego w Śląsku Wrocław), lecz zakupy całkowicie wbrew ich opinii nie wydają się logicznym posunięciem. Podobny problem można przypisać Legii o czym pisałem już wyżej.

3. Skauting nie musi być drogi (w tym akcie gościnny udział Śląska)

Jedną z największych bzdur jest przekonanie prezesów, iż na skauting ich nie stać. Stać ich oczywiście na Kerhmeta, Nievesa czy Majtana, ale to przecież istotniejsze wydatki. Lech pokazuje, iż wcale niekoniecznie trzeba opierać się na byłych piłkarzach z niebotycznymi pensjami. Zatrudniają około ośmiu osób na pełnym etacie oraz  kilka dodatkowych na pół, bądź na warunkach stażu. Właśnie idea przyjmowania osób niekoniecznie związanych bezpośrednio ze środowiskiem piłkarskim na staż pozwala znacznie rozszerzyć możliwości siatki skautingowej. Młodzi, utalentowani pasjonaci mogą stanowić część pierwszego sita przekazując informacje o danych graczach wyżej.

Ta metoda daje możliwości znacznego ograniczenia kosztów i regularnego dopływu nowych pracowników, których można od początku szkolić w klubie. Podobnie wygląda to nawet w dużo bogatszych zespołach topowych lig, gdzie młodzi pracownicy są kierowani do podstawowej selekcji, a wraz ze zdobywanym doświadczeniem przechodzą wyżej w firmowej piramidzie.

Spore ułatwienie stanowią także narzędzia skautingowe typu InStat czy WyScout pozwalające z klubowego pokoju śledzić rozgrywki praktycznie na całym świecie.

Nie może to zastąpić ostatniego filtra, ale dlaczego nie pierwszy? Wiele zespołów Ekstraklasy do tej pory nie zdecydowało się na zakup tego typu oprogramowania, tłumacząc się kosztami czy tym podobnymi sprawami. Do końca świata można traktować laptop jako podkładkę do kawy i do końca świata można przegrywać. 

W podobny sposób z trudnej sytuacji finansowej i chronicznego braku możliwości finansowania czegokolwiek stara się wybrnąć Śląsk Wrocław. Zatrudnienie kilkunastu osób na staż/szkolenie (którego częścią autor miał przyjemność być) dało klubowi możliwość śledzenia na bieżąco poczynań setek piłkarzy, co przy jasnym skodyfikowaniu zasad tworzenia raportów dało niebagatelną ilość materiałów bardziej doświadczonym pracownikom. Można mieć oczywiście wątpliwości czy tak duże oparcie się o wolontariat to metoda optymalna – tylko czy setki raportów tak małym kosztem można rozpatrywać w innych kategoriach niż sukces? Nie każdy jest Monchim dysponującym budżetem skautingowym liczonym w milionach złotych. Inną kwestią pozostaje wykorzystywanie działu przez prezesa (bo Śląsk uporczywie pokazuje, że bez dyrektora sportowego też jest życie). Miejmy nadzieję, iż kurtyna odsłaniająca efekty opadnie w letnim, bardziej sprzyjającym okienku transferowym.  

Zwycięzca zazwyczaj jest oczywisty

Oczywisty będzie i tym razem. Nie można nie docenić świadomości właścicieli Lecha, nie można zbyć tak wielu udanych transferów „znikąd”. Wyrok mógłby być trudniejszy do wydania, np. za rok bądź dwa, gdy Legia nabędzie więcej doświadczenia i zbuduje solidne struktury. Będzie miała niebagatelną przewagę – duże pieniądze na transfery.

KACPER GAWŁOWSKI

***

Autora prosimy o podanie danych kontaktowych na [email protected]

KOMENTARZE (0)