Potrzebuję ciągłej presji. Wtedy czuję, że gram
Weszło

Potrzebuję ciągłej presji. Wtedy czuję, że gram

To nie jest zwykła historia chłopaka, który zapisał się do piłkarskiej szkółki we Francji i był szkolony wraz z najlepszymi. Za każdym razem, kiedy nadchodziła upragniona szansa, zawodził. Niepowodzenie za niepowodzeniem – może spowodowane samymi umiejętnościami, może charakterem, może zwykłym pechem. Strasburg, Chateauroux, Auxerre, Slavia Praga. Gdy tylko mógł poczuć, że otwierają się przed nim drzwi do profesjonalnego futbolu, ktoś brutalnie zatrzaskiwał mu je przed nosem… Poznajcie Kevina Lafrance’a, nowego piłkarza Widzewa i reprezentanta Haiti, który bardzo dobrze wprowadził się do polskiej Ekstraklasy.
Facet francuskiego pochodzenia, reprezentant Haiti, który właściwie całą karierę spędził w Czechach… Zapowiada się ciekawie.
I chyba tak jest. Wielu piłkarzy obiera prostą, jasną od początku drogę, inni – raz skręcają w lewo, raz w prawo. Ja jestem w tej drugiej grupie. We Francji ciężko jest zostać zawodowym piłkarzem. Masz wielu, naprawdę niezłych rywali, a wszyscy się nie zmieszczą. Nie starczy miejsca dla każdego. Dlatego w dniu, kiedy menedżer zadzwonił z propozycją z Czech, pomyślałem: „Czemu nie? Co takiego mam do stracenia?”. I pojechałem.

Mówisz o sporej rywalizacji, to niewątpliwe utrudnienie. Ale z drugiej strony, trenerzy, ośrodki treningowe, zaplecze – lepsze warunki do rozwoju dla młodego chłopaka. Ty wyjechałeś już jako 18-latek.
Pewnie, masz jeszcze Ibrahimovicia, Falcao i Ancelottiego, który właśnie poszedł do Madrytu. Francja to piękne piłkarsko miejsce. Symbol profesjonalizmu. Tylko jak tam się dostać? To nie takie proste. Część moich rówieśników spróbowała pójść prostą drogą – zostali na miejscu i liczyli, że przebiją się przez tysiące utalentowanej młodzieży. Marzyli o tym, tak jak i ja. Gdyby dziś ktoś zadzwonił z Francji, z mojego kraju, zamknąłbym oczy, od razu pobiegł i nie oglądał za siebie.

I nie zastanawiasz się czasem, czy nie zrezygnowałeś za wcześnie? Ł»e może lepszym rozwiązaniem byłoby ćwiczyć w kraju np. kolejne dwa lata i dopiero potem czegoś poszukać?
Mogłem zostać i trafić do Ligue 1, to w końcu możliwy scenariusz. Ale możliwe jest też to, że skończyłbym w jakimś amatorskim klubie, bez żadnej perspektywy. Tym bardziej, że przed wyjazdem z Francji nie układało się tak, jakbym chciał. Zaczynałem na przedmieściach Paryża i już jako 12-latek zacząłem zmieniać kluby. Co chwila, czasem już po roku, przechodziłem do innej – ale zawsze lepszej od poprzedniej – drużyny.

A gdzie jakaś ciągłość? To chyba nie jest zbyt dobre dla młodego chłopaka.
Pewnie nie jest, ale jeśli tylko pojawiała się szansa, by dostać się do lepszego zespołu, to z niej korzystałem. To dlatego, że cały czas były to tylko amatorskie kluby. Powinienem chodzić od rana do szkoły, potem iść na trening i tak codziennie – taki rozkład mieli w profesjonalnych klubach moi koledzy. A ja miałem trzy, cztery razy zajęcia w tygodniu, kiedy szkoła nie była połączona z klubem i jednego dnia rozgrywałem mecz, a drugiego zdawałem egzamin. Szukałem więc jak najlepszego dla siebie miejsca. Ale byłem też na testach w Strasburgu, Chateauroux i Auxerre. Miałem wiele okazji.

Co się stało?
Presja? Cholera, sam nie wiem. Nie byłem gotowy. Przychodziła oferta testów, trener mówił mi, że mam tydzień, by go przekonać i… Wszystko się psuło, przez najbliższy tydzień nie byłem sobą. Nie wiem, jaki był ze mną problem, dlaczego za każdym razem coś szło nie tak. Może po prostu byłem słaby?

Jak reagowałeś na te powodzenia?
Byłem przygnębiony. Ale przede wszystkim czułem, że nie pokazałem się z najlepszej strony. Nawet nie mogłem być na nikogo zły, bo wiedziałem, że nie zasłużyłem. Poszedłeś kiedyś na rozmowę o pracę i wypadłeś tak źle, że byłeś pewien, że cię odstrzelą? To jest fatalne uczucie. Kolejni moi koledzy wykorzystywali szansę, dostawali się do zawodowych klubów, a ja tkwiłem w tym samym miejscu. Nie byłem zazdrosny, tylko patrzyłem – ten się dostał, ten też, i jeszcze dwóch kolejnych. „Halo, a ja? Nie zapomnieliście o mnie?”. Było ciężko, ale przecież nie byłem jedynym, którego odrzucali. Byłem jednym z wielu.

Odbijając się od ściany i pozostając w amatorskich klubach, pewnie musiało być ciężko w pełni oddać się i skoncentrować na piłce. Sam mówisz, że miewałeś treningi trzy razy w tygodniu. Zostawały jeszcze pozostałe dni.
Było ciężko. Jak jesteś w profesjonalnym klubie, ćwiczysz w drużynie młodzieżowej, to widzisz tych starszych zawodników. Tym, którym się udało, którzy grają w pierwszej lidze i z których część pewnie właśnie w tym miejscu się wychowała. I chcesz być taki sam. To cię nakręca. Nie chcę mówić, że to bardziej motywuje, chociaż… pewnie tak jest. Widzisz wokół siebie ludzi, którzy w ciebie wierzą, zapewniają jak najlepsze warunki i czekają aż dojrzejesz, by dostać szansę. Może i miałem bardziej pod górkę, ale wcale nie pragnąłem sukcesów mniej, niż pozostali. Wiedziałem, że zostanę zawodowym piłkarzem, tylko jeszcze nie wiedziałem jak. Dziś widzę, że idę dobrą drogą. I przyznaję otwarcie: Widzew nie jest klubem na całe życie, tylko miejscem, dzięki któremu chcę iść dalej.

W Polsce znacznie łatwiej jest ci wystartować – poznałeś nieodległe rejony, nową kulturę czy język czeski. W Czechach, kiedy przyjeżdżałeś jako czarnoskóry 18-latek, pewnie było inaczej.
Jadąc tam do drużyny młodzieżowej, masz rywalizację, ale na zdrowych zasadach. Idąc do pierwszej drużyny, patrzą na ciebie obcym wzrokiem. „O, przyjechał jakiś gość, żeby zabrać mi miejsce”. Rzadko z tobą rozmawiają, nie pozwalają poczuć, byś był częścią drużyny. Taka mentalność. Zanim jednak tego doświadczyłem, byłem w zespole z chłopakami w podobnym wieku – kontaktowi, sympatyczni, chcieli się zakumplować. Nie znali wielu czarnoskórych, więc byli otwarci. Pomogli mi. Myślę, że dzięki nim miałem siłę, by poradzić sobie dalej. Starsi zawodnicy od początku chcieli pokazać, że żadnych przyjaźni tam nie nawiążę, że żaden z treningów to nie zabawa. Kosili równo z trawą. Zacisnąłem zęby i stwierdziłem, że coś im udowodnię. Stawali nade mną i wydzierali się na mnie po czesku, to nauczyłem się ich języka. Któryś coś krzyknął, byłem w stanie odpowiedzieć. Po pół roku umiałem już pogadać. Porozmawialiśmy, poznaliśmy się lepiej i okazali się świetnymi ludźmi.

Szybko znalazłeś motywację do nauki obcego języka, i od razu się za nią zabrałeś. Nie każdy to potrafi.
Postępując inaczej, szkodzisz sam sobie. Trener do ciebie przemawia – widzisz ścianę. Wychodzisz na boisko i musisz porozumieć się z kolegami – ściana. A przez to możesz grać gorzej.

W Czechach dostałeś jedną większą szansę, w Slavii Praga. Co poszło nie tak?
Długa, skomplikowana historia. Ale już mówię… Zgłosili się zimą, mieli wtedy problemy finansowe, więc zdecydowali się na wypożyczenie z opcją pierwokupu. Początek był jak marzenie. Poczułem, że w końcu jestem w profesjonalnym klubie – dziennikarze i kamery na treningach, sporo ludzi na meczach – a ja gram w pierwszym składzie i zbieram niezłe opinie. Tak, w końcu to było to. Wystąpiłem w sześciu spotkaniach, wypadłem przez kontuzję na miesiąc, a w klubie zaczęło robić się nerwowo. Zbliżał się mecz, który miał zdecydować o przyszłości trenera. Jak wygramy to on zostaje, przegramy – wylatuje. Wielka presja. Kilka dni przed meczem przyszedł do mnie i powiedział, że na mnie liczy. Wiedziałem wcześniej, że nie zdążę się wyleczyć, ale od tamtej pory robiłem wszystko, by zdążyć. „Wow, ten facet naprawdę we mnie wierzy!”. Bolało mnie, ale trenowałem. Dopytywał, czy wszystko w porządku? Tak, w porządku. Dasz radę? No pewnie… I wiesz co? Nigdy nie rozegrałem gorszego meczu! Każdy mój kontakt z piłką oznaczał błąd. To była katastrofa.

Jak się skończyło?
Przegraliśmy 0:3, przy jednym golu zawaliłem krycie przy rzucie rożnym. Ale wszystko, co wtedy zrobiłem, było złe. Przyjęcie piłki, podanie, i to do najbliższego rywala… Wszystko!

A trener?
Więcej już go nie widzieliśmy. Wszedł do szatni, wziął swoje rzeczy, do nikogo nie odezwał się słowem i wyszedł. Nie wracał nawet z nami autokarem do Pragi. Dla mnie to była zła wiadomość – odszedł facet, który sprowadził mnie do klubu. Przyszedł w jego miejsce ktoś nowy, posadził mnie na ławce i już tam zostałem. Slavia mnie nie wykupiła, to były spore pieniądze, ale już nawet nie o to chodzi. Ja wiem, że nie zasłużyłem. Najgorsze było to, że musiałem wrócić do miejsca, z którego tak bardzo chciałem się wyrwać, do Banika Most. Gorsza organizacja, niższy poziom, małe miasto, wszyscy się znają. Patrzyłem dookoła i pytałem sam siebie: „Co ja tutaj jeszcze robię?”. Ł»eby było zabawniej, po pewnym czasie byłem już dogadany z innym klubem, umowa gotowa, zdjęcia porobione i wszystko się posypało. Znowu musiałem wracać. Tylko jak teraz znaleźć motywację, by pracować dalej? Miałem z tym problem.

Twój były menedżer, Jiri Stejskal mówił polskim mediom (za transfery.info) o twoich dużych problemach z koncentracją. Podobno mieli o to pretensje wszyscy twoi trenerzy.
W Czechach mieli o mnie wyobrażenie, że na boisku może nie jestem zagubiony, ale nie umiem się czasem skoncentrować. Zdarzyło się, że kilka razy głupio straciłem piłkę, więc uznali, że mój problem tkwi w głowie. Dla mnie to jest, jak to się mówi… Bullshit.

Trenerzy faktycznie mieli pretensje?
W jednym czy dwóch meczach głupio straciłem piłkę. Jako obrońca nie masz prawa tego robić – za twoimi plecami nie ma już nikogo, zostaje tylko bramkarz. Pewny gol. To były pojedyncze przypadki, a oni dokleili mi taką łatkę. Ja nie dostrzegam tego problemu, pierwsze mecze w Widzewie to potwierdzają.

Po pierwszych dwóch występach, kiedy wszedłeś do składu właściwie z marszu, trafiałeś do jedenastki kolejki. Spodziewałeś się, że będzie tak łatwo?
Kto powiedział, że było łatwo? Debiut jest ciężki – czujesz presję, wszyscy na ciebie patrzą, obserwuje cię właściciel. Drugi występ jest jeszcze trudniejszy, bo trzeba potwierdzić udany debiut. Myślę, że dałem radę, ale trudno było świętować, skoro dwukrotnie zremisowaliśmy. Chociaż to i tak lepszy wynik, niż z Piastem.

Nie mogliśmy tego pominąć – co się stało w Gliwicach?
Są takie mecze, kiedy widzisz, że po prostu ci nie idzie. Gdybyśmy byli na boisku jeszcze przez dziesięć godzin, pokazalibyśmy równie gównianą grę. To nie był nasz dzień i nie byliśmy w stanie nic na to poradzić.

W szatni zareagowaliście na ostro czy usiedliście w ciszy?
Każdy był wściekły – trener, my na siebie samych również. Możesz przegrać mecz, ale nie możesz przegrać go w taki sposób. Ale nie powiedziałbym też, że nie walczyliśmy na boisku. Nie to było problemem. Myślę, że nie tworzyliśmy drużyny.

Mówisz o początkach w Widzewie, podobnie było w innych kwestiach, nawiązując do presji. Odnoszę wrażenie, że przywiązujesz do tego sporą wagę, ilu na meczu jest kibiców, dziennikarzy.
Ja po prostu tego potrzebuję, uwielbiam tę atmosferę. Wolę wyjść na boisko, widząc na trybunach pięć tysięcy ludzi, niż rozglądać się dookoła i nie widzieć nikogo. Tak bywało w Czechach, kiedy wszyscy chodzili na hokej na lodzie, a jak już mieli przyjść na nasz mecz, to np. było im za zimno i zostawali w domu. Jak zbliża się występ reprezentacji Haiti, to cały kraj zamiera na kilka godzin i żyje tylko tym. Doceniam to. Bo dzięki presji czuję, że gram.

No właśnie, Haiti, stąd pochodzą twoi rodzice. Jak to się zaczęło, że będąc tak daleko od tego kraju, zacząłeś dla niego grać?
Zdążyłem pojechać ze Slavią Praga na zgrupowanie do Hiszpanii, kiedy zadzwonili z kadry, że chcą mnie sprawdzić w sparingu. Byłem nowy w drużynie, chciałem się pokazać, więc musiałem odmówić. „Rozumiemy, nie ma sprawy, może następnym razem?”. I po kilku miesiącach, faktycznie, poleciałem na kadrę. Wcześniej nigdy nawet o tym nie myślałem, więc stwierdziłem, czemu by nie spróbować.

I nie zastanawiałeś się, do czego ci to potrzebne? To tylko Haiti.
Wiem, to tylko Haiti. Ale to przecież też reprezentacja – honor i ważne wydarzenie. Poza tym, te mecze też oglądają skauci i menedżerowie. Łatwiej się pokazać. Nawet niedawno zmierzyliśmy się z Włochami (2:2) i Hiszpanią (1:2). W pierwszym meczu grałem naprzeciw Balotellego, Giaccheriniego czy Gilardino, w drugim – w doliczonym czasie wszedłem na boisko.

I zdążyłeś dorwać Santiego Cazorlę, chwaliłeś się jego koszulką na Twitterze. Kto kogo zapytał?
(śmiech) Ja jego. Pewnie go uprzedziłem!

Powiedziałeś o kilku znajomych, którzy dostali się do zawodowej piłki i spróbowali pójść inną drogą, niż ty – tą na wprost. Co z nimi?
Jest jeden chłopak, gra dzisiaj na Cyprze. Większość zbyt daleko jednak nie zaszła, odpadli wcześniej.

Satysfakcja? To dobre słowo?
Mam satysfakcję, że droga, którą obrałem, nie okazała się ślepą uliczką.

Rozmawiał PIOTR TOMASIK

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (0)