Sprawa Rochy pokazała, że Zagłębie jako klub nie ma sensu

Szymon Janczyk

16 stycznia 2026, 12:37 • 8 min czytania 25

Jeśli jesteście wiernymi fanami uniwersum polskiej piłki, to wiecie, co w ocenie Zbigniewa Lacha zrobił Edward Potok swoim wystąpieniem. Nieśmiertelny cytat działacza idealnie opisuje to, co zrobiło Zagłębie Lubin, „zwracając” Leonardo Rochę do Rakowa Częstochowa.

Sprawa Rochy pokazała, że Zagłębie jako klub nie ma sensu
Reklama

Tydzień na zgrupowaniu w Turcji i czterdzieści pięć minut w meczu sparingowym. Leonardo Rocha mógł czuć się zawodnikiem Zagłębia Lubin nie tylko w pierwszej części sezonu, ale też na kolejne pół roku. Albo i dłużej, bo Zagłębie — zgodnie z zapisem w kontrakcie — mogło go wykupić i wszem wobec komunikowało, że zamierza to zrobić.

Rochę w zespole chciał trener, co nie dziwi, bo facet strzela gola za golem.

Reklama

Rochę w zespole chciał dyrektor sportowy, co nie dziwi, bo wie, że niełatwo znaleźć napastnika, który strzela gola za golem.

Wreszcie Rochę w zespole chciał sam Rocha, któremu w Lubinie się spodobało, który cieszył się, że po burzliwych miesiącach znów jest pierwszym wyborem, znów ma ogromne zaufanie i drużynę, która stwarza mu masę okazji.

Wydawało się więc, że Rochę w zespole chcą dosłownie wszyscy, bo przecież o kibicach nie trzeba wspominać. Oczywistość. Okazało się jednak, że w zespole nie widzą go działacze z tych najważniejszych działaczy. Ludzie, którzy faktycznie pociągają za sznurki w Zagłębiu. Ludzie, którzy sprawiają, że lubińska piłka od lat ma posmak i prezencję rozgotowanej kluchy.

Ekstraklasa. Zagłębie Lubin w końcu było jakieś, więc działacze sami to zepsuli

Po latach szydzenia z nijakości Zagłębia Lubin, które ostatnimi czasy w Ekstraklasie po prostu egzystowało bez wielu spektakularnych zrywów i powodów do zapadnięcia w pamięć kibica, wreszcie coś drgnęło. Nie chodzi o sam wynik sportowy, o to, że Zagłębie na półmetku rozgrywek plasuje się na piątym — czyli potencjalnie pucharowym — miejscu w stawce.

Fakt, że tak dobrą pozycję wyjściową do drugiej części sezonu Zagłębie ostatni raz miało w momencie, gdy sięgało po mistrzostwo Polski. Zgadza się jednak wiele więcej niż wynik, bo to:

  • trzeci najlepszy zespół pod względem strzelonych bramek,
  • drugi najlepszy zespół pod względem gry młodzieży.

Krótko mówiąc: osiągnięto to, co było powodem niezliczonych rewolucji, roszad trenerskich i dyrektorskich. Nie cegiełkę, lecz ścianę nośną do tego dorzucił Leonardo Rocha. Trener Leszek Ojrzyński wymarzył go sobie latem, Zagłębie próbowało go wtedy kupić z Rakowa. W Częstochowie zawetowali ten pomysł, lecz po paru tygodniach namyślili się i stwierdzili, że chętnie oddadzą napastnika — tyle że na wypożyczenie.

Zagłębie nie zastanawiało się nawet chwili. Żeby tylko nikt nie podebrał im Rochy, zgodzili się wziąć w pakiecie Jesusa Diaza. I tak było warto, bo nowy napastnik:

  • strzelił w pięciu meczach z rzędu,
  • strzelił łącznie siedem bramek i dorzucił asystę.

Forma zawodnika dostarczony przez Superscore

 

Trzy razy trafienia Rochy dawały drużynie prowadzenie. Dwukrotnie podwyższał wynik. Raz doprowadził do remisu. Czyli były to bramki ważne, najistotniejsze dla przebiegu danego spotkania. Więcej – przy napastniku świetnie czuł się lubiński brylancik, Marcel Reguła, który korzystał ze współpracy z nim i dorzucił mu dwa podania otwierające drogę do bramki.

Duet wypracował sobie łącznie sześć sytuacji – tyle razy po podaniach Reguły strzał oddawał Rocha lub odwrotnie, po podaniach Rochy uderzał Reguła.

Zagłębie było na tyle sprytne, że w umowie wypożyczenia zagwarantowało sobie opcję wykupu. Dziewięćset tysięcy euro to nie są pieniądze małe. Dla klubu z Lubina – rekordowe. Natomiast kto obserwuje rynek transferowy, ten wie, że skutecznego napastnika ciężko znaleźć za pół darmo. Możesz próbować, ale większość przypadków kończy się fiaskiem. Dlatego gdy masz kogoś takiego pod ręką, gdy możesz go kupić za rozsądną cenę, nie wahasz się, zamykasz temat i uszczęśliwiasz wszystkich dookoła.

Chyba że jesteś Zagłębiem Lubin. Wtedy wkładasz sobie kij w szprychy.

Transferu Leonardo Rochy chciał w Zagłębiu Lubin każdy. Tylko nie ludzie, którzy nim rządzą

Nie zrozumcie mnie źle: zdaję sobie sprawę, że operacja pozyskania Leonardo Rochy nie ogranicza się do niespełna miliona euro. Trzeba zapłacić prowizje. Trzeba dogadać się z piłkarzem odnośnie warunków kontraktu. Tu zresztą Zagłębie też się nie popisało, bo wypłaty po ewentualnym wykupie nie ustalono z wyprzedzeniem — jak to często się odbywa — lecz trzeba było negocjować to przed wykupem.

Rocha jesienią miał najwyższą pensję w zespole, lecz to oczywiste, że skoro stał się czołowym strzelcem ligi, oczekiwania mogły wzrosnąć. Wzrosły. Zagłębie poniosło (poniosłoby) karę za gapiostwo, natomiast ostatecznie dogadano się co do kontraktu indywidualnego. Zostało tylko przelać pieniądze na konto Rakowa. W Lubinie zaczęli jednak kombinować, marudzić, kręcić nosem. Wszyscy na dole Rochę chcieli. Na górze wydarzył się jednak zaawansowany proces matematyczny. Efektem równania było: nie no, tyle to nie.

Zagłębie próbowało więc zbić kwotę wykupu, którą wcześniej przecież z Rakowem uzgodniło. To nie mogło się udać. Ktoś, kto wpadł na taki pomysł, nie ogarnia chyba, że Raków to najlepiej sprzedający klub w Ekstraklasie. Tak, najlepiej, bo niemal każdy piłkarz odchodzący z klubu robi to na zasadach Rakowa, nie swoich własnych. Rozmowy przeciągnięto więc do ostatniego dnia, żeby na koniec… stwierdzić, że żadnego transferu nie będzie.

W Częstochowie szok. W szatni Zagłębia szok. Można tak wymieniać, od pokoju trenera po pokój samego Rochy, który w połowie zgrupowania dowiedział się, że trzeba spakować bagaż, zdać sprzęt i na drugi dzień podjedzie po niego taksówka z Rakowa, która przewiezie go do oddalonego o dwanaście kilometrów obozu wicemistrza Polski. Dla fabuły byłoby ciekawiej, gdyby częstochowianie zimowali w Hiszpanii i napastnik musiałby wsiąść w samolot, żeby przelecieć pół Europy do nowego-starego klubu, ale biednemu Rochy nie do śmiechu.

Otoczenie zawodnika twierdzi, że na koniec, gdy rada nadzorcza po kolejnym spotkaniu nie potrafiła podjąć decyzji, rzucano nawet desperackie deklaracje — zejdziemy z oczekiwań, pokryjcie sobie różnicę, dołóżcie i zamknijmy ten temat. Bo nie chodziło o to, że Zagłębie próbowało zbić cenę o połowę. Nie zgadzała im się „końcówka”, kompletne grosze, gdy patrzymy na kwoty, które padały w rozmowach. Wszystko wywróciła więc kwota, która nie stanowi nawet dziesięciu procent całego dealu.

To kompletny absurd. Wielopoziomowa kompromitacja. W Zagłębiu wszyscy w szeroko pojętym pionie spotowym i sztabie szkoleniowym chodzą wściekli. Zespół też przejął się tym ciosem, bo jednak czuł, że z Rochą jest silniejszy. Wściekli się kibice, którzy słusznie zauważają, że klub został wystawiony na pośmiewisko. W dodatku przez ludzi, którzy za moment znikną wraz z politycznymi zmianami, których na co dzień nikt nie poznałby na ulicy, kojarząc ich z działalnością w Zagłębiu.

Na koniec lubinianie dorzucili do pieca kuriozalnym oświadczeniem, że wypożyczenie wygasło, bo Raków ściągnął piłkarza z powrotem. Zero słowa o tym, że sami mogli to powstrzymać, zero tłumaczenia. Idealne dopełnienie całej tej komedii.

Leonardo Rocha wraca do Rakowa Częstochowa. Zagłębie Lubin się skompromitowało

Cieszy się tylko i wyłącznie Raków Częstochowa, który znalazł się w pozycji idealnej. Nowy trener Łukasz Tomczyk chciał sprawdzić Leonardo Rochę. Ma w sobie więcej tolerancji taktycznej niż Marek Papszun, gdy widzi, że ktoś pressuje mniej, ale strzela siedem goli w rundę, to jednak ciekawi go, jak można byłoby sprawić, żeby w jego zespole też strzelił siedem i pomógł zrobić wynik. Zagłębie co prawda próbuje jeszcze coś zrobić, nie zabić całkowicie tego tematu, ale wszyscy — może poza radą nadzorczą klubu — wiedzą, że będzie tylko trudniej.

Bo jeśli to miał być sprytny zabieg negocjacyjny — w końcu Rocha w tym sezonie może grać tylko w Zagłębiu lub Rakowie — to został on chyba wymyślony na podstawie negocjacji podpatrzonych w „Chłopakach z baraków”. Jeśli ktoś na tym wygrał, to przecież Raków, który:

  • wypożyczając Rochę do Zagłębia wpisał wykup za piłkarza, który pół roku siedział na ławce – teraz jest to piłkarz, który strzelił siedem goli, więc jego wartość tylko wzrosła;
  • nie wzgardzi sytuacją, w której ma w składzie Rochę i Brunesa, w końcu byłby to czołowy duet snajperów w skali Ekstraklasy.

Wreszcie sam Rocha nie będzie przecież buntował się przeciwko Rakowowi. Jeśli coś mu w tym klubie nie pasowało, to był to ktoś — Marek Papszun, który na niego nie stawiał. Napastnik był lubiany w szatni i w klubie, ma przed sobą wizję gry w Europie. Jasne, chciał zostać w Zagłębiu, bo dobrze się tam czuł, ale nie będzie żadnego strajku, much w nosie. Zresztą działacze z Lubina wkurzyli go na tyle, że ciężko sobie wyobrazić, żeby teraz uwierzył w ich sprytny plan i postawił wszystko na jedną kartę.

Więc informacje, do których dotarliśmy – że Zagłębie spróbuje wrócić do rozmów i rozłożyć płatność na raty – można traktować z dystansem. Ciężko sobie wyobrazić, że Raków tak po prostu na to przystanie.

Może uda się to odkręcić. Może się nie uda i kompromitacja z Zagłębiem już po prostu zostanie. W teorii możliwy jest scenariusz, w którym w Lubinie pojawi się wybitna dziewiątka za pół ceny i zarządzający zostaną okrzyknięci geniuszami. W praktyce poszukiwania napastnika w Zagłębiu w ostatnich pięciu latach wyglądały tak, że bramki strzelał tylko kupiony za 600 tysięcy euro Dawid Kurminowski oraz odchowany na własnej piersi Bartosz Białek. Pozostali?

  • Vaclav Sejk strzelił jednego gola,
  • Juan Munoz trafił cztery razy,
  • Martin Doleżal trafił łącznie sześć razy,
  • Karol Podliński, Tomas Zajic, Samuel Mraz i Rok Sirk trafili po dwie sztuki.
  • Jakub Świerczok i Cheikhou Dieng nie strzelili ani jednej bramki.

Na podstawie tego krótkiego rysu historycznego można więc postawić tezę, że najprawdopodobniej jednak podobnej dziewiątki znaleźć się nie uda, co odbije się na wynikach Zagłębia. Za pół roku ktoś wymyśli więc kolejną rewolucję, argumentując, że trener i dyrektor doprowadzili do tego, że zespół obniżył loty po rundzie i „projekt” nie ma sensu.

Witajcie w Zagłębiu Lubin. W tym klubie nic po prostu nie może się udać.

WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE NA WESZŁO:

 

SZYMON JANCZYK

fot. FotoPyK

25 komentarzy

Nie wszystko w futbolu da się wytłumaczyć liczbami, ale spróbować zawsze można. Żeby lepiej zrozumieć boisko zagląda do zaawansowanych danych i szuka ciekawostek za kulisami. Śledzi ruchy transferowe w Polsce, a dobrych historii szuka na całym świecie - od koła podbiegunowego przez Barcelonę aż po Rijad. Od lat śledzi piłkę nożną we Włoszech z nadzieją, że wyprodukuje następcę Andrei Pirlo, oraz zaplecze polskiej Ekstraklasy (tu żadnych nadziei nie odnotowano). Kibic nowoczesnej myśli szkoleniowej i wszystkiego, co popycha nasz futbol w stronę lepszych czasów. Naoczny świadek wszystkich największych sportowych sukcesów w Radomiu (obydwu). W wolnych chwilach odgrywa rolę drzew numer jeden w B Klasie.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama
Reklama