Vinicius znów zatańczył. Real Madryt pokonał Benficę po raz drugi

Sebastian Warzecha

25 lutego 2026, 23:17 • 7 min czytania 18

Vinicius znów zatańczył. Real Madryt pokonał Benficę po raz drugi

Był to mecz po części dla koneserów. Bo Real Madryt grał, jak często w tym sezonie – bez wielkiego planu, oparty na indywidualnościach i licząc, że nawet jak coś zepsuje z tyłu, to albo poratuje Thibaut Courtois, albo straty się odrobi. Dziś padło… na obie te wersje. Bo Belg miał nieco roboty, a i tak trzeba było remontady. Ta się udała, a Vinicius mógł potańczyć przy chorągiewce. Z tą różnicą, że tym razem jego taniec został nagrodzony oklaskami. Jeśli jednak fani Królewskich mieli co do swojej ekipy wątpliwości, to ten mecz ich nie rozwiał. Wręcz przeciwnie.

Reklama

Real Madryt mierny i niezbyt pazerny. Ale zwycięski

W tym meczu nie chodziło wyłącznie o to, co działo się od pierwszego gwizdka sędziego w środowy wieczór, 25 lutego. Do starcia Realu Madryt z Benficą na Santiago Bernabeu kibice obu ekip szykowali się tak naprawdę od ostatnich sekund pierwszego spotkania w tym dwumeczu. Bo to w Lizbonie sporo się działo. Wygrał tam Real – 1:0, po fantastycznej bramce Viniciusa – ale tak naprawdę liczyły się kwestie pozasportowe.

Bo była radość Viniego z gola, gdy Brazylijczyk tańczył przy chorągiewce i otrzymał za to – albo za pokazanie nazwiska na koszulce – żółtą kartkę. Było wielkie spięcie pomiędzy piłkarzami obu drużyn, gdy Vinicius (i Kylian Mbappe) oskarżył Gianlucę Prestianniego o rasizm i nazwanie go „małpą”. Do dziś to sprawa niewyjaśniona, a zawodnik Benfiki kilkukrotnie zmieniał wersję. W tym meczu zagrać nie mógł – został prowizorycznie zawieszony przez UEFA w związku z trwającym śledztwem, co oburzyło kibiców portugalskiego klubu (i nie tylko ich).

Reklama

Z drugiej strony pierwotnie przyznał, że nazwał Brazylijczyka „pe**łem”, a takie określenia europejska federacja traktuje tak samo poważnie.

Do tego wszystkiego doszła czerwona kartka Jose Mourinho, którego Real – ze względu na jego zachowanie w pierwszym meczu i po nim – nie zaprosił dziś nawet na trybuny, więc Mou oglądał spotkanie… z klubowego busa na stadionowym parkingu, jak podali dziennikarze El Chiringuito. I z tej „bazy dowodzenia” wydawał instrukcje. Pozostawało pytaniem, jak to wszystko, co działo się w zeszłym tygodniu, wpłynie na dzisiejsze zachowanie piłkarzy obu ekip.

Czy będzie walka i polecą iskry? Czy Benfica wyjdzie na murawę naładowana? Czy Vinicius będzie chciał wiele udowodnić i czy uda mu się to zrobić?

Pytań było mnóstwo, oczekiwania też spore. A mecz? W sumie to – wobec tego wszystkiego – ostatecznie rozczarował.

Wymiana ciosów w przerwach od męczenia buły

Do dziś trudno stwierdzić, jaki jest Real Madryt Alvaro Arbeloi. Na początku były wielkie wpadki – odpadnięcie w Pucharze Króla z Albacete w pierwszym meczu, potem też ta fatalna porażka właśnie z Benficą, ale jeszcze w fazie ligowej, która zresztą sprawiła, że Real dziś z portugalskim klubem mierzył się po raz kolejny. W międzyczasie było jednak sporo meczów dobrych… i sporo słabych, ale wygranych. Arbeloa nie wprowadził w Madrycie żadnej rewolucji, ale punktował.

Natomiast pomiędzy meczami z Benficą przyszło kolejne fatalne starcie – z Osasuną w lidze, przegrane 1:2 akurat w momencie, gdy Real wrócił na fotel lidera. W konsekwencji z miejsca z niego w lidze spadł.

Dzisiejsze starcie miało więc kibicom wynagrodzić tamte męczarnie. Trudno jednak powiedzieć, by to zrobiło. Przy pierwszej połowie fani Królewskich mogli bowiem kilkukrotnie złapać się za głowy, patrząc na to, co wyprawiają ich piłkarze. Bo ci z jednej strony niby mieli kontrolę. A z drugiej? Co chwila popełniali proste błędy. Niedokładności. Złe przyjęcia piłki. Brak asekuracji. Już w pierwszych minutach Benfica kilka razy zagroziła gospodarzom.

A w 14. minucie trafiła do siatki. W dużej mierze z przypadku, choć przypadek został wypracowany dobrą akcję po prawej stronie boiska, gdzie rywala z radaru kompletnie zgubił Eduardo Camavinga. Płaska centra w pole karne zakończyła się interwencją Raula Asencio, ale tak pechową, że w stronę własnej bramki. Piłkę jeszcze na refleks, nogą, odbił Courtois, ale na dobitkę (chociaż czy można to nazwać dobitką?) czyhał już niepilnowany Rafa Silva. I choć na raty, to dobił skutecznie.

I jak to z Realem bywa – potrzebny był im taki cios na szczękę, żeby się obudzić. Już dwie minuty później Los Blancos poszli po swoje prawą stroną boiska, piłka doszła do Fede Valverde, a ten zamiast zagrywać do wchodzącego w szesnastkę Gonzalo Garcii, zauważył, że niepilnowany jest przed polem karnym Aurelien Tchouameni. Zagrał do niego, a Francuz dołożył nogę jakby na moment zawładnął nim Toni Kroos. Piłka przeszła jeszcze po rękawicy stojącego w bramce Trubina, ale wpadła do siatki.

1:1 w 16. minucie? Nooo, brzmi jakby kroił się jednak ciekawy mecz, prawda?

Nieprawda. Bo owszem, trochę się na boisku działo, ale długimi momentami piłkarze obu ekip ruszali się jak muchy w smole. Ociężale, powoli, bez przyspieszenia akcji. Rwał jedynie lewą stronę Vinicius i to po jego dośrodkowaniu, zgraniu piłki przez Fede, zablokowanym uderzeniu Gonzalo Garcii ostatecznie piłkę do siatki wpakował Arda Guler. Dla Turka była to specjalna chwila, bo nie dość, że obchodzi dziś 21. urodziny, to gra też setny mecz w Realu.

Tyle że do akcji wkroczył VAR i gola – ze względu na minimalnego spalonego Garcii (co do którego niektórzy uważają, że VAR wybrał złego zawodnika do oceny sytuacji) – anulował. Inna sprawa, że wcześniej kontrowersje wzbudził brak karnego na Viniciusie. Tak więc praca sędziów przed ekranami, cóż, dziś będzie oceniana różnie w zależności od tego, komu sprzyjali fani.

A praca piłkarzy Realu? O, ta to zasługiwała na niską notę. W defensywie wiele było nieporozumień, kilka razy popracować musiał Courtois, a gdyby nie było Tchouameniego, który łatał wszelkie luki, pewnie byłoby jeszcze gorzej. Z przodu za to wolno, bez planu, z pojedynczymi zrywami.

Czyli Real taki, jak to często ostatnio z nim bywało. Ospały i niezbyt ciekawy.

Vini zatańczył

Druga połowa? Przesadnie wiele w obrazie gry nie zmieniła. Real miał, owszem, większą kontrolę, ale momentami nadal dawał się Benfice wyszaleć, a Courtois zaliczył ze dwie kapitalne interwencje. Inna sprawa, że Real też marnował sytuacje – już na otwarcie połowy bramkę powinien zdobyć Fede Valverde, ale po prostu minął się z piłką w znakomitej sytuacji wypracowanej przez Trenta Alexandra-Arnolda.

Tak naprawdę kluczowe były trzy momenty.

Po pierwsze: zderzenia Antonio Rudigera z Alvaro Carrerasem, gdy serca kibiców Realu zadrżały, bo Niemiec przez jakiś czas nie podnosił się z murawy. A każda kontuzja zawodnika Królewskich to kolejne osłabienie i tak już przetrzebionej kadry. Dziś nie grali przecież Kylian Mbappe, Dean Huijsen, Eder Militao, Dani Ceballos i Jude Bellingham, a do tego też (z powodu kartek) Rodrygo. Rudiger ostatecznie jednak się pozbierał, ale niedługo potem – znów w zderzeniu dwóch zawodników Królewskich – na murawie pozostał Raul Asencio.

I on już z niej nie wstał, z boiska po dłuższym czasie został zwieziony na noszach. Nie wiadomo jeszcze, oczywiście, co dokładnie doskwiera obrońcy Królewskich, wygląda jednak na to, że może czekać go dłuższa pauza. A jeśli tak będzie, Real może być zmuszony do grania duetem środkowych obrońców, który kończył i to spotkanie – czyli… Antonio Rudiger-David Alaba.

No nie brzmi to jak zestawienie obrony Realu Madryt w lutym 2026 roku.

W każdym razie – dziś Alaba się sprawdził, zaliczył niezłą zmianę. Ale mecz rozstrzygnęli ci, którzy byli na boisku od początku. W sytuacji na środku murawy dobrze zorientował się bowiem ledwie trzy minuty po zejściu Asencio Fede Valverde, który zobaczył wychodzącego Viniciusa. Posłał mu prostopadłą piłkę, Brazylijczyk dopadł do niej przed obrońcami i płaskim spokojnym strzałem wyprowadził Real na prowadzenie, zaliczając kolejny mecz z bramką lub asystą.

W efekcie też – wprowadzając Real do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Bo więcej w tym meczu się już nie wydarzyło. Benfica po tym trafieniu opadła z sił, Real też nie forsował tempa.

I skończyło się stosunkowo nudnym, nieciekawym spotkaniem. Ale takim, które ostatecznie ucieszy fanów Królewskich… choć nie rozwieje żadnych wątpliwości co do formy ich zespołu.

Real Madryt – Benfica 2:1 (1:1), 3:1 w dwumeczu

  • 0:1 – Rafa Silva ’14
  • 1:1 – Aurelien Tchouameni ’16
  • 2:1 – Vinicius Junior ’80

Fot. Newspix

Czytaj również na Weszło:

18 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama
Reklama