Valverde show na Bernabeu! Real zdemolował City

Jan Broda

Autor:Jan Broda

11 marca 2026, 23:08 • 5 min czytania 21

Reklama
Valverde show na Bernabeu! Real zdemolował City

Real może być w kryzysie, ale gdy na stadionie wybrzmiewa hymn Ligi Mistrzów, w szeregi Królewskich wstępują nowe siły. Skazywani na pożarcie Arbeloa i spółka, wbrew wszystkiemu i wszystkim, zdemolowali Manchester City i są o krok od awansu do ćwierćfinału! Zdziesiątkowanych kontuzjami Madrytczyków do wielkiego triumfu poprowadził Fede Valverde. Urugwajczyk skompletował hat-tricka jeszcze przed przerwą, a rozmiar zwycięstwa mógł być bardziej okazały, gdyby nie pudło Viniciusa z rzutu karnego. 

W życiu pewne są trzy rzeczy: śmierć, podatki i dwumecz Realu Madryt z Manchesterem City w Lidze Mistrzów. Spotkania Królewskich i Obywateli w ostatnich latach stały się wręcz tradycją fazy pucharowej. Od 2020 roku obie wielkie firmy trafiały na siebie aż sześciokrotnie (!) i tylko raz, w sezonie 2020/2021, los nie skojarzył ich ze sobą na drodze po uszate trofeum. Real z City znają się więc jak łyse konie, zwłaszcza, że w bieżącej edycji mieli już okazję rywalizować w fazie ligowej.

Wszystkie te starcia łączy ciekawy zbieg okoliczności: drużyna, która pierwsza strzela gola, ostatecznie przegrywa dwumecz lub spotkanie:

  • 2019/2020 – Isco otwiera wynik meczu, awans Manchesteru City (4:2)
  • 2021/2022 – City strzela jako pierwsze, awans Realu Madryt (6:5)
  • 2022/2023 – Vinicius otwiera wynik, awans Manchesteru City (4:1)
  • 2023/2024 – Bernardo Silva z pierwszym golem, awans Realu (4:4; 4:3 po karnych)
  • 2024/2025 – Haaland wpisuje się na listę strzelców jako pierwszy, awans Realu (6:3)
  • 2025/2026 – Rodrygo daje Realowi prowadzenie, City odrabia straty z nawiązką (2:1)

Wydawać by się zatem mogło, że mając w pamięci tę bezwzględną tendencję, żadna z ekip nie będzie chciała jako pierwsza objąć prowadzenia. Nic bardziej mylnego. Jedni i drudzy nic sobie z tego nie robili. A w szczególności Fede Valderde.

Reklama

Real Madryt – Manchester City. Valverde skradł show!

Urugwajczyk, w obliczu nieobecności kontuzjowanego Kyliana Mbappe i innych sześciu Madrytczyków leczących urazy, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i nogi, jednoosobowo prowadząc Real do dość zaskakującego zwycięstwa.

Zanim jednak Valverde odegrał swoje show, od początku oglądaliśmy wymianę ciosów z obydwu stron. Bliżej zdobycia bramki byli The Citizens, których ataki lewą stroną napędzał Doku i uprzykrzał życie Trentowi. Niewiele do szczęścia zabrakło też Bernardo Silvie – Portugalczyk minimalnie spudłował po efektownym uderzeniu wolejem.

I właśnie wtedy do akcji wkroczył wielki tego wieczoru ON. Syn Julio i Doris. Mąż Miny. Ojciec Benicio i Bauti. Po prostu – Fede Valverde. Był absolutnie wszędzie.

A wszystko zaczęło się od dalekiego wykopu Thibauta Courtois. Belgijski bramkarz wyekspediował piłkę wprost pod nogi Valverde, dokładnie w punkt, a ten wyprzedził najpierw niemrawego O’Reilly’ego, a następnie uprzedził wysuniętego Donnarummę i skierował futbolówkę do pustej siatki. Dziwna była interwencja Włocha, który schował ręce, a przecież interweniował w szesnastce.

Reklama

Nie minęło kilka minut, a grający niczym w transie Valverde miał już na swoim koncie dublet. Tym razem zachował się jak rasowy napastnik w polu karnym i lewą nogą wykończył akcję po podaniu Viniciusa. Choć właściwie to nastąpił tam jeszcze rykoszet, interweniował Ruben Dias, a Urugwajczyk jakby wszedł w skórę swojego kolegi z kadry – Luisa Suareza z najlepszych lat.

Reklama

Valverde, który miał wyjątkowy ciąg na bramkę, wciąż było mało i bynajmniej nie zamierzał na tym poprzestawać. Tuż przed przerwą 27-latek ośmieszył Guehiego i po raz trzeci zmusił Donnarummę do kapitulacji, kompletując hat-tricka.

Reklama

Na przerwę Real schodził z trzybramkową przewagą, a niedługo po rozpoczęciu drugiej części mógł, a wręcz powinien, dołożyć czwartego gola. Donnarumma błyskawicznie zrehabilitował się za faul na Viniciusie w polu karnym i chwilę później zatrzymał go z jedenastu metrów. Brazylijczyk prawdopodobnie nie słyszał ludowej mądrości, że faulowany nie powinien strzelać i wymownym gestem przepraszał kibiców.


Jego przeprosiny okazały się jednak zbędne, bo nie wpłynęło to w żaden sposób na losy spotkania. City wprawdzie próbowało się nawiązać walkę, strzelając choćby gola kontaktowego, ale bezskutecznie.

Zresztą, trudno, żeby było inaczej, skoro Erling Haaland nie oddał przez całe spotkanie jakiegokolwiek uderzenia. Na domiar złego dla Wyspiarzy, mur w bramce postawił (który to już raz?) Courtois, który nie dał się pokonać nawet wtedy, gdy piłkę w polu karnym stracił Pitarch, po czym O’Reilly oddał natychmiastowy strzał z bliskiej odległości. Co na to Belg? Instynktownie odbił piłkę nogą, jakby chciał powiedzieć: „nie dzisiaj, panowie”.

Reklama

Młody Anglik mógł mieć i dwa gole (wcześniej Courtois „obciął” się przy rożnym), ale nawet w tych nielicznych akcjach Manchesterowi nie sprzyjało szczęście. Poza tym dobrze wyglądał tylko do momentu straty gola. Potem był jałowy, aż przecieraliśmy oczy ze zdumienia – co oni wyprawiają? Przy 0:3 grali tak, jakby to oni 3:0 prowadzili. Rodri stracił piłkę i się obraził, było i klepanie po obwodzie bez żadnego ruchu. Dopiero Cherki i Marmoush delikatnie sprawę rozruszali, ale weszli za późno.

W efekcie Guardiola i spółka w rewanżu będą musieli dokonać niemożliwego i wyeliminować Real jego własną bronią – remontadą. Anglicy mogą upatrywać swojej szansy chyba jedynie w tym, że to Królewscy strzelali jako pierwsi. Argumentów czysto piłkarskich po stronie The Citizens, przynajmniej na podstawie pierwszego meczu na Bernabeu, próżno bowiem szukać.

Real Madryt – Manchester City 3:0 (3:0)

  • 20′ Valverde – 1:0
  • 27′ Valverde – 2:0
  • 42′ Valverde – 3:0

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

21 komentarzy
Jan Broda

Pasją do futbolu zaraził go tata, za co jest mu dozgonnie wdzięczny - głównie dlatego, że pierwszym meczem, jaki zaliczył z trybun, był bezbramkowy paździerz Wisły ze Śląskiem jesienią 2010 roku. Skoro przetrwał tamto 0:0, przetrwa już wszystko. Dumny wychowanek Bronowianki Kraków, którego nieuchronny marsz po Złotą Piłkę brutalnie zweryfikował chroniczny brak talentu i drewniane nogi. Zamiast więc w piłkę grać, zaczął o niej pisać. Z wykształcenia politolog, którego bardziej niż cyrk odbywający się w Sejmie interesuje wpływ rządów Nicolae Ceaușescu na sukcesy Steauy Bukareszt w latach 80. XX wieku. Kręci go piłkarski plankton, outsiderskie historie spoza mainstreamu i wersy Kaza Bałagane. Baczny obserwator zjawisk na styku świata sportu i brudnej dyplomacji. Z ciekawości nauczył się kilku języków, w tym rumuńskiego, ale najwięcej do powiedzenia ma chyba po polsku. W przeszłości związany m.in. z Tygodnikiem „Piłka Nożna

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Liga Mistrzów