Dwa nieudane mecze na starcie 2026 roku sprawiły, że atmosfera wokół Lecha Poznań z niezłej zrobiła się fatalna. Kolejorz totalnie pokpił początek wiosny, przegrywając u siebie z Lechią Gdańsk i na wyjeździe w zaległym meczu z Piastem Gliwice. Na trenera Nielsa Frederiksena spłynęła fala krytyki. Pytanie tylko, czy na pewno to Duńczyk powinien oberwać najbardziej?
Moim zdaniem – niekoniecznie. Co nie znaczy, że niczego nie można zarzucić obecnemu sztabowi szkoleniowemu. Bo można i to całkiem dużo.
Faktem jest, że Lech pod jego wodzą wydaje się zespołem zbyt często jednowymiarowym. Jeśli nie jest w stanie zdominować rywala i potwierdzić tego odpowiednią liczbą goli, to trudno mu wygrać w inny sposób. Brakuje tej mądrości w grze, którą dzięki europejskim pucharowym nabyła Jagiellonia. Podopieczni Adriana Siemieńca nie tracą swoich ideałów, nadal często są przy piłce, ale jednocześnie znacznie częściej potrafią być pragmatyczni i się tego nie wstydzą. Tak też wygrali teraz z Widzewem, wycofując się i czekając na błędy rywala w dość nielicznych atakach.
A ciągłe nastawienie Lecha na ekspansywny styl gry sprawia, że fazy przejściowe w defensywie stają się dużym problemem, zwłaszcza że poznańscy obrońcy w tym sezonie nie imponują ani jako jednostki (pomijając kilka występów Wojciecha Mońki), ani jako system.
To nie Niels Frederiksen zawalił Lechowi mecze z Lechią i Piastem
Nie zmienia to faktu, że oba tegoroczne mecze zawalili przede wszystkim piłkarze, nie sztab szkoleniowy. Różne są tu pomiary, ale według expected goals za te spotkania Lech powinien strzelić co najmniej 5-6 goli. Co najmniej, bo ta statystyka mówi jedynie o bramkach „obowiązkowych”. I każdy, kto oglądał boje z Lechią i Piastem nie będzie się kłócił, że Kolejorz w kreacji funkcjonował więcej niż dobrze. U siebie z Biało-Zielonymi kapitalne sytuacje marnowali Ishak i Kozubal. W Gliwicach znakomite okazje mieli Ishak czy Bengtsson, a Rodriguez miał obowiązek trafić z paru metrów do praktycznie pustej bramki.
Jednocześnie w tyłach Kolejorza zdarzało się tyle wylewów, ile w dobrze funkcjonującej defensywie przez całą rundę. Frederiksen ma naprawdę ograniczony wpływ na to, że Milić nie będąc przez nikogo atakowanym kopnął się w czoło i strzelił kuriozalnego samobója, a Skrzypczak, rozgrywając od tyłu, podał piłkę wprost pod nogi przeciwnika. Jasne, ktoś mu zarzuci, że on ich wystawił, a na ławce siedział Mońka. Jednak młody stoper nie popisał się w Gliwicach, co bystrym okiem wychwycił analityk Andrzej Gomołysek.
Drogi stoperze.
Piłka jest zagrywana.
Stoisz na prostych nogach.
W rozkroku.Do piłki trzeba wyskoczyć.
Anatomia ciała w takim ustawieniu wyraźnie ci to uniemożliwia.Identyfikacje krycia, cienie, pinoko pass, rumuński odwrót, dzikie węże.
Ale najpierw nauczmy się stać. https://t.co/6ONqEDAUcY pic.twitter.com/98NvYM94P4
— Andrzej Gomołysek (@agomolysek) February 3, 2026
Nie był to błąd tak jaskrawy, ale ewidentny. Mońka swoją wyjściową pozycją (stanie na prostych nogach, w rozkroku i frontalnie do piłki) praktycznie nie dał sobie szans na jakąkolwiek skuteczną interwencję. Nie był w stanie dobrze wyskoczyć do piłki, ani sprawnie się odwrócić, żeby zaasekurować totalnie spóźnionego w kryciu Joela Pereirę. Co obrońca, to klops.
Tak nie gra drużyna, która wali głową w mur
I jakoś trudno odnieść mi wrażenie, że chodzi o ogólne przygotowanie. Lech nie wygląda na drużynę, która źle biega, nie ma werwy na boisku, a piłkarze nie wiedzą, według jakiego planu grają. Pod tym kątem robota została zrobiona, na końcu zawiedli sami wykonawcy. Jeśli więc Frederiksen na czwartkowym briefingu mówi, że przy takiej grze wyniki wkrótce przyjdą, to ja mu wierzę. Przynajmniej na razie, bo nie widziałem zespołu, który się męczy i wali głową w mur, tylko przez zawodzące jednostki fundował sobie splot wyjątkowo niesprzyjających okoliczności.
Zbyt często trenerzy zbierają gromy za to, że piłkarz trafił w słupek zamiast do bramki, a zawodnik rywala okazał się dokładniejszy. Dotyczy to nawet Inakiego Astiza za krótki okres jego pracy jako pierwszego trenera Legii Warszawa. Hiszpan generalnie nie nadawał się do tej roli i było to widać, ale jego drużyna nie grała tak beznadziejnie jak pokazują wyniki. Tam też zawodzili przede wszystkim ci, którzy mieli strzelać, czyli w pierwszej kolejności Mileta Rajović. Legia nie przewala sezonu tylko przez niego, ale jednak w dużej mierze przez niego. Facet powinien mieć już na koncie minimum dziewięć ligowych goli, a ma trzy. Strzela z Jagiellonią, strzela z Motorem, trafia w Lubinie i Zabrzu, zdobywa przynajmniej jedną bramkę z Piastem i Legia jest dziś w środku tabeli. Tak, czasem przez jednego czy dwóch patałachów cierpi cała drużyna.
Lech sezonu nie przewala, daleko do takiej sytuacji. Zaczynał wiosnę ze statusem drużyny, która godzi rywalizację na trzech frontach. Dalej jest w Lidze Konferencji, dalej jest w Pucharze Polski, a w Ekstraklasie miał tylko cztery punkty straty do lidera. No i nie zapominajmy, jak trudny był punkt wyjścia. Frederiksen musiał zaczynać z niemal nową ofensywą, bo sprzedany został Afonso Sousa, a na dłuższy czas z powodu kontuzji wypadali Patrik Walemark, Daniel Hakans i Ali Gholizadeh.
Teraz oczywiście sytuacja na ligowym podwórku stała się trudniejsza, ale pretensje bardziej miałbym do poszczególnych piłkarzy niż do trenera. Problem polega na tym, że od tych pierwszych w praktyce znacznie ciężej wyegzekwować odpowiedzialność, o której tak często mówią. Trener w razie czego po prostu wyleci, z zawodnikami już tak łatwo nie jest.
CZYTAJ WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE:
- Kosztowali miliony euro. Nowe „gwiazdy” Ekstraklasy zawodzą
- W Azji chcą piłkarza z Ekstraklasy. Klub dostał ofertę [NEWS]
- Palma nie gra jak za cztery miliony euro. Czy Lech go wykupi?
Fot. Newspix