Wdzięczniej byłoby pisać o Bodo/Glimt po sukcesie, lecz paradoksalnie lanie od Sportingu pasuje do historii dzielnego kopciuszka zza koła podbiegunowego nawet lepiej. Stanowi bowiem namacalny przykład tego, że norweski klub to dokładna odwrotność wikińskich przodków. Europę podbija, gdy to Europa wpada na jego włości. Wypady łupieskie przynoszą znacznie gorszy skutek. Nikt tak jak oni nie korzysta z legalnego dopingu. Jakiego?
O sztucznej murawie słyszeliśmy różne straszne historie. Pokolenie moich rodziców w dzieciństwie straszono Czarną Wołgą, nam – wychowanym na eurowpierdolach – sprzedawano przerażające opowieści o klubach z północy, z którymi trzeba grać o życie na syntetycznej nawierzchni.
Jeśli jednak chcecie zrozumieć fenomen Bodo/Glimt, musicie zapomnieć o wszystkim, co wiedzieliście o sztucznej murawie. To, co zastają goście na Aspmyra Stadium, jest nieporównywalnie większym koszmarem. Parokrotnie rozgoryczeni trenerzy po niepowodzeniach w Bodo żalili się, że UEFA nie powinna dopuszczać Norwegów do udziału w rozgrywkach, skoro oznacza to grę na czymś takim.
Nie było to czcze gadanie, szukanie wymówki. Da się to udowodnić, zmierzyć, logicznie uargumentować.
Spis treści
- Bodo/Glimt u siebie w zasadzie nie przegrywa. To nie przypadek - wyjaśniamy fenomen największej przewagi gospodarza w Europie
- Bodo/Glimt i atut własnego boiska. Gospodarze kreują dwukrotnie więcej niż goście - jak to możliwe?
- Bodo/Glimt u siebie nawet biega lepiej. Szalone wyniki Norwegów na własnym boisku
- Wyjątkowa przewaga gospodarza. Bodo, Denver i inne takie przypadki
- Boliwia robi wyniki na wysokościach, Bodo/Glimt za kołem podbiegunowym. Czy ktoś tego zabroni?
Bodo/Glimt u siebie w zasadzie nie przegrywa. To nie przypadek – wyjaśniamy fenomen największej przewagi gospodarza w Europie
Znacie na pewno grafikę, wykres, na którym Czesław Michniewicz i Legia Warszawa są niewytłumaczalnym ewenementem. Na przestrzeni 45 spotkań pucharowych w Bodo tylko osiem drużyn – w tym Kacper Skibicki z kumplami – zdołało ograć Glimt na jego terenie. Pamiętacie też pewnie „średniowieczny futbol” – w taki sposób „Przegląd Sportowy” opisywał zwycięski remis (bo tak to było trzeba nazwać) Lecha Poznań w norweskiej mieścinie.
Takie remisy wyrwały jeszcze trzy inne zespoły.
Jeśli drużyna, która nie dorasta do pięt wielu swoim rywalom pod względem finansowym, ale też czysto piłkarskim, nie przegrywa 41 spotkań w Europie na własnym boisku, to musi tkwić w tym haczyk. Ten haczyk świetnie opisywali lechici, którzy po meczu w Bodo byli wycieńczeni psychicznie i fizycznie. Tłumaczyli, że z czymś takim się jeszcze nie spotkali, że na specyficznej nawierzchni Aspmyra Stadium futbolówka krąży szybciej, inaczej niż na „zwykłym” obiekcie z nawierzchnią rodem z orlika.
Oprawa kibiców Bodo/GlimtGospodarze są do tego przyzwyczajeni. Raz, że budują zespół, w którym intensywność techniczna, taktyczna oraz biegowa stanowią nienegocjowalny zestaw cech, które musi posiadać każdy transferowy zawodnik. Dwa, że na tej murawie po prostu trenują. Łupią tam dzień w dzień, znakomicie przystosowując się do warunków meczowych, które dla ich rywali są z kolei przerażającą nowością.
Tylko co to właściwie oznacza? Jak udowodnić, że w Bodo gra się inaczej? Najlepiej po prostu przyjrzeć się nieco bardziej zaawansowanym danym niż liczba zwycięstw i porażek. Wystarczy nawet tak podstawowa z dzisiejszej perspektywy statystyka jak przewidywane bramki.
Bodo/Glimt i atut własnego boiska. Gospodarze kreują dwukrotnie więcej niż goście – jak to możliwe?
Nie ma lepszego sposobu, żeby szybko i łatwo wytłumaczyć zwycięstwa Bodo/Glimt na własnym terenie oraz mecze takie, jak przykładowe lanie w Lizbonie. Drużyna Kjetila Knutsena na swoich włościach gra zdecydowanie efektywniej – xG Bodo/Glimt w domowych meczach europejskich rozgrywek w minionych pięciu latach (od początku nowożytnej przygody norweskiego klubu w pucharach) to 2,47.
Gdy Bodo/Glimt wyściubia nos poza własny ogródek, kreuje ponad dwukrotnie mniej szans. Ich xG w meczach wyjazdowych wynosi dokładnie 1,2.
Dane, o których mowa, zbiera Hudl WyScout. To na nich opierałem się, sprawdzając kolejne fascynujące z punktu widzenia fana piłki wyniki. Fascynujące, bo dokładnie odwrotnie wygląda współczynnik expected goals against, czyli xG rywali Norwegów. W Bodo wykręcają oni wynik na poziomie 1,06. Gdy podejmują bandę Knutsena u siebie, xGA rośnie do 2,08.

W Champions League Bodo/Glimt generalnie sporo zawdzięcza swojemu bramkarzowi, jednak nawet dwumecz ze Sportingiem potwierdza, że na przestrzeni tygodnia obydwa zespoły zagrały dwa zupełnie różne spotkania – zarówno w ofensywie, jak i w defensywie.
- xG w Bodo: 2,46 – 0,69 na korzyść gospodarzy.
- xG w Lizbonie: 4,32 – 0,65 na korzyść gospodarzy.
Gdyby rewanż z jakichś powodów ponownie odbył się w Bodo, Sporting nie miałby szans na wielką remontadę. Prędzej ponownie obskoczyłby lanie. Drużyna, która w pierwszym meczu nie potrafiła zbyt wiele wykreować, teraz wypracowała współczynnik xG, który sugerował, że mogła strzelić minimum cztery gole. I odwrotnie – zespół, który miał przewidywane gole na poziomie możliwych dwóch, trzech bramek, w rewanżu stworzył sobie tyle, że choćby honorowy gol byłby sukcesem.
Bodo/Glimt u siebie nawet biega lepiej. Szalone wyniki Norwegów na własnym boisku
To nie przypadek, to nie efekt złego lub gorszego dnia. Mówimy o zbyt powtarzalnym zjawisku, żeby przypisać to wyłącznie taktyce, jakości, szczęściu. Bodo/Glimt na własnym obiekcie wygrało z AS Roma, Lazio Rzym, Manchesterem City, Interem, Sportingiem, Celtikiem Glasgow, AZ Alkmaar, FC Porto, Besiktasem czy Twente Enschede. Potężny zestaw rywali z pięciu czołowych lig w Europie oraz ich bezpośredniego zaplecza.
Żeby regularnie ogrywać takich przeciwników, musisz dostosować się przede wszystkim do intensywności gry na najwyższym poziomie. Przewidywane gole to tylko finalny efekt tego wszystkiego, co dzieje się na boisku w Bodo. Hudl WyScout mierzy na przykład średnią liczbę podań na minutę posiadania piłki. W przypadku Glimt w Lidze Mistrzów wygląda to tak:
- 5,44 (Bodo) – 5,62 (rywal) u siebie;
- 3,76 (Bodo) – 4,97 (rywal) na wyjeździe.
Gdy Bodo/Glimt nie ma po swojej stronie atutu murawy, spada intensywność pojedynków, tempo gry. Nie zrozumcie mnie źle, to wciąż świetnie operujący piłką zespół, który i na wyjazdach nie odstawał wyraźnie od elitarnych drużyn. Natomiast przed własną publicznością grał wręcz dokładnie tak, jak gdyby był żywcem wyjęty z europejskiej elity.
Nawet lepiej wykaże to zestawienie przebiegniętych kilometrów, które serwuje kibicom UEFA. Bodo/Glimt w Lidze Mistrzów wykręca wręcz kosmiczne wyniki biegowe. Nie uwzględniam rewanżu ze Sportingiem, bo dogrywka mogłaby zaburzyć statystykę liczoną per mecz, ale i tak wciąż mówilibyśmy o anomalii. W każdym razie Norwegowie u siebie pokonywali średnio 129,8 km w meczu, czyli o 7,5 kilometra więcej niż rywal. Poza domem też byli lepsi, ale wyniki były niższe (121,4 km oraz 4,5 km różnicy).

Wiemy, że ważniejsza od suchego dystansu jest intensywność biegania. Sprinty, high intensity distance, czyli bieganie z prędkością powyżej 20 km/h. Mówimy jednak o tak dużym kontraście, jakby Bodo/Glimt regularnie wystawiało u siebie dwunastu zawodników na jedenastu rywali. Zresztą, gdy przeglądałem bardziej zaawansowane dane motoryczne, też okazywało się, że sprinty i intensywne biegi lepiej wychodzą Bodo/Glimt na własnym boisku, niż wtedy, gdy trzeba ruszyć cztery litery na wyjazd.
Takie wyniki biegowe w połączeniu z umiejętnościami poszczególnych zawodników pozwalają narzucić warunki gry w zasadzie każdemu. Dodajmy do tego murawę, na której jedni czują się bardzo pewnie, gdy drudzy nie mogą się na niej odnaleźć i…
Voila, przepis na norweskiego kopciuszka gotowy.
Wyjątkowa przewaga gospodarza. Bodo, Denver i inne takie przypadki
Raz jeszcze podkreślę – nie chodzi o umniejszanie Bodo/Glimt, bo w tym klubie dzieje się mnóstwo bardzo ciekawych rzeczy, które złożyły się na obecną sytuację. W reportażu z Norwegii szczegółowo opowiadałem o pracy mentalnej, która pozwoliła Glimt wejść na wyższy poziom niewielkim kosztem. Wyjątkowo ciekawe jest podejście tego klubu do skautingu, transferów, pracy z zawodnikami. W najbliższym czasie na Weszło odsłonimy kilka sekretów w rozmowie z bardzo ważną osobą w całej organizacji.
Natomiast składową sukcesu – i to bardzo ważną – jest też atut własnego boiska, bez którego pucharowe rajdy Bodo/Glimt nie byłyby tak skuteczne. Bez nich natomiast nie byłoby wyników, które przekładają się na finanse, które to z kolei przekładają się na możliwości, które… Wiecie, o co chodzi. Po prostu nie można oceniać skuteczności strategii Bodo/Glimt w oderwaniu od wyjątkowych realiów, w których funkcjonują.
Przewaga własnego boiska to pojęcie, które obserwujemy pod każdą szerokością geograficzną. Dekadę temu Chicago Boot Review poświęcił temu interesujący naukowy artykuł, wyliczając, że:
- piłka nożna to sport, w którym średnia przewaga gospodarzy jest największa – od ok. 60% domowych zwycięstw w ligach azjatyckich i afrykańskich do aż 69% takich wyników w MLS;
- w NBA gospodarze wygrywają 62,7% domowych meczów;
- hokeiści NHL zwyciężają 59% spotkań u siebie;
- w NFL licznik procent domowych zwycięstw wynosi 57,6%;
- baseballiści są najbliżej „reguły” fifty-fifty: wygrywają 54,1% meczów u siebie.
Sami jednak widzicie, że procenty wynikające z tych badań nijak mają się do pucharowych wyników Bodo/Glimt. Norwegowie w Europie wygrywają 73% domowych spotkań, 82% z nich nie kończy się porażką gospodarza. Takie anomalie też się zdarzają. Zostając przy sportach amerykańskich – bardzo ciekawe są wyniki przedstawiające przewagę poszczególnych drużyn w domowych meczach w najważniejszych sportach w USA.

Interesująca byłaby dyskusja o tym, skąd tak duże różnice w zależności od sportu, ale to zostawmy na inną okazję. Zwrócę uwagę na co innego: skąd są zespoły, które w domu zyskują najwięcej? Nieprzypadkowo liderami zestawienia w dwóch sportach są drużyny z Denver – koszykarze Nuggets i baseballiści Rockies. Ci drudzy w dodatku z wyraźną przewagą. Więcej – Denver Broncos, klub futbolu amerykańskiego, to numer dwa w zestawieniu.
Co takiego czyni Denver wybitnie sprzyjającym miejscem dla gospodarzy? Wysokość nad poziomem morza, warunki atmosferyczne. Innym wysoko położonym miastem, które ma taką przewagę jest Salt Lake City (Utah Jazz).
Boliwia robi wyniki na wysokościach, Bodo/Glimt za kołem podbiegunowym. Czy ktoś tego zabroni?
Trzeba odnotować, że w przypadku powyższego zestawienia mówimy jednak o „prawdopodobieństwie wygranej z równym sobie rywalem” w domu, w ramach rozgrywek ligowych, czyli wewnątrz kraju (no, włączając w to i Kanadę, ale wiecie o co chodzi). Przypadek Bodo/Glimt to regularne zwycięstwa nad rywalami silniejszymi od siebie, w dodatku z kompletnie innych zakątków Europy. Można uznać, że dla niektórych amerykańskich klubów wyprawa do Denver to w sumie jak podróż przez cały kontynent, ale wciąż – poprzeczka zawieszona jest nawet wyżej, więc powtarzalność domowych sukcesów zespołu Kjetila Knutsena musi być zbiorem wielu istotnych przewag, które występują obok siebie.
Znakomita taktyka, świetnie dobrani do niej piłkarze. Wyśmienity sztab i świadomość klubu w zakresie tego, jak go rozwijać, inwestować w struktury. Warunki atmosferyczne i długie, męczące dla rywali podróże – też, jak najbardziej. Zdarzały się zespoły, które miały problem z dotarciem za koło podbiegunowe, albo takie, którym trudno było przystosować się do panujących tam warunków. Zwłaszcza gdy akurat atakowała zima (lub jesienny deszcz).
I wreszcie – to boisko, którego delegalizacji skrycie lub otwarcie domaga się większość trenerów, którzy przeżyli lekcję futbolu w Bodo. Jestem przekonany, że nikt w Europie nie może pochwalić się tak wielką przewagą, gdy rozprawia o atucie własnego boiska. Na świecie porównywalnym przypadkiem takiego bonusu była sprawa reprezentacji Boliwii, która zapraszając rywali do La Paz, na położony na wysokości 3600 metrów nad poziomem morza Hernando Siles Stadium, niemal gwarantowała sobie lepszy rezultat niż gdziekolwiek indziej.
W eliminacjach mundiali 2006 – 2018 Boliwijczycy wygrali czternaście i zremisowali dziesięć domowych meczów, zdobywając przy tym zaledwie dwa punkty na wyjazdach. Za nietypową przewagę Boliwii w pewnym momencie zabrała się FIFA, próbując zabronić rozgrywania meczów na tym obiekcie. Boliwia wygrała walkę ze światową federacją, jednak w ostatnich latach przemieszcza się pomiędzy różnymi obiektami w kraju.
Pięcioletnia passa sukcesów Bodo/Glimt sprawia, że głosy oburzenia o niesprawiedliwą, domową przewagę Norwegów podnoszą się i w Europie. Wątpliwe jednak, że czeka ich podobna batalia. W końcu chodzi o murawę. Tylko i aż murawę. Krytyków można zresztą zbyć w łatwy sposób.
Spróbujcie wyhodować i utrzymać naturalną nawierzchnię na stadionie w mieście położonym za kołem podbiegunowym.
WIĘCEJ O NORWESKIEJ PIŁCE NA WESZŁO:
- Bryne – tu dorastał Erling Haaland. Jakie są jego tajemnice?
- Jak Jo Nesbo nie został wielkim piłkarzem Molde FK
- Norwegia robi furorę. „Możemy zagrać w półfinale MŚ!”
SZYMON JANCZYK
fot. Newspix