Sensacja w Pucharze Króla! Alonso z wozu, Realowi… wstyd

Antoni Figlewicz

14 stycznia 2026, 23:26 • 6 min czytania 26

Jak powinien wyglądać pucharowy mecz wielkiego, europejskiego hegemona z drugoligowym słabiakiem? Absolutna dominacja, kilka goli, narzucone własne warunki i ostatecznie wygrana niezbyt wielkim wysiłkiem. Tak, taki jest książkowy scenariusz. Scenariusz, który Real Madryt zrealizował dziś tylko w części. W dodatku tej najmniej ważnej, bo Królewscy odpadają z Pucharu Króla po starciu z drugoligowym Albacete i, nie bójmy się tego słowa, wielkim blamażu.

Sensacja w Pucharze Króla! Alonso z wozu, Realowi… wstyd
Reklama

Zespół ze stolicy dominował, lecz nie absolutnie. Zdobył dwa gole, a nie kilka goli. Narzucił własne warunki i… na własnych warunkach stracił aż trzy bramki, które zatrzęsły stadionem rywali. I ostatecznie – zamiast wygrać – dostał w trąbę od drugoligowca, który z hukiem wyrzucił Real z walki o Puchar Króla.

A wydawało się, że to wymarzona okazja do debiutu w roli trenera Królewskich – łatwy rywal przed meczem na pewno niespecjalnie przerażał nowego szkoleniowca. W trakcie meczu Alvaro Arbeloa przeżył jednak bardzo trudny moment już w pierwszej części. Po straconym przez gości golu realizator pokazał nam jego kwaśną minę, a ta zdradzała w swojej nieruchomej mimice całą gamę emocji.

Reklama

Niepokój, złość, niedowierzanie, irytację, niepewność. Krótko trwała ta chwila, relatywnie szybko Real wrócił do gry, ale… sam fakt, że musiał, bez wątpienia wytrącił debiutanta z równowagi. I był zwiastunem niewiarygodnego wieczoru na Estadio Carlos Belmonte.

Xabi Alonso czwartym najlepiej punktującym trenerem Realu w historii [CZYTAJ WIĘCEJ]

Albacete – Real. Genialny, piękny, cudowny. Za takie mecze kochamy futbol

Patrzyliśmy sobie na ten mecz ze spokojem, przekonani raczej, że w Kastylii dziś wszystko potoczy się po myśli Realu. Już od pierwszych minut widać było jak na dłoni, który zespół jest tu tym z wyższego poziomu – jedni wzięli na siebie obowiązek i przyjemność posiadania piłki, drudzy skupili się na defensywie i rozbijaniu ataków. Rozsądek wskazywał jednak od samego początku, że faworyt nie może się tu dziś potknąć.

Nie z Albacete, nie już na poziomie 1/8 finału Pucharu Króla.

I rozsądek poległ, choć po naprawdę zaciętej walce z ambicją gospodarzy, którzy wszystkie przedmeczowe przewidywania wysłali do sekcji „Bajki dla dzieci” już golem Javiego Villara.

Niespodziewanym, choć spodziewanym zarazem. Bo jeśli nie masz zamiaru powalczyć w powietrzu o dobrze dorzuconą z rzutu rożnego piłkę, to nie dziw się, że nawet będący na granicy potknięcia się o własne nogi rywal może cię ukąsić. Piłkarz Albacete wychodził do tego uderzenie trochę niezgrabnie, wyglądało to niezbyt okazale. Ale jako jedyny w ogóle zajął się dogrywaną przez Jose Carlosa Lazo piłką, w tej akcji to wystarczyło.

Real chyba potrzebował ostatecznego dowodu na to, że mecz z drugoligowcem nie wygra się sam. Dopiero potem zabrał się do roboty naprawdę na poważnie, choć – jak miało się okazać – i to nie wystarczyło.

Xabi Alonso stracił pracę. Wilk: „Doszło do tego za wcześnie” [CZYTAJ WIĘCEJ]

Gol do szatni miał ułatwić sprawę. A zwiastował wielkie emocje

Tak, tak właśnie było. Wielkim szczęściem Królewskich okazało się trafienie Franco Mastantuono z ostatnich chwil pierwszej części spotkania. Ktoś tam jeszcze w sztabie gospodarzy narzekał sędziemu, że wszystko to działo się po doliczonym czasie gry, arbiter nawet sięgnął z tej okazji po czerwony kartonik, ale jego decyzji nikt nie mógł zmienić – gol padł i dał Realowi wyrównanie w doskonałym momencie.

To też był rzut rożny, też brakowało w nim piękna, polotu. Dobrze uderzył głową Huijsen, jego strzał w niezłym stylu odbił Raul Lizoain. Nic to jednak Albacete nie dało, bo do dobitki doskoczył Mastantuono i było 1:1.

Wynik zaskakująco radujący Królewskich i ich świeżo upieczonego trenera, któremu pewnie spadł z serca wielki kamień. Schodził do szatni przekonany, że jego drużyna ma jeszcze trudną pracę do wykonania, ale chociaż sytuacja jest nieco lepsza niż jeszcze parę minut wcześniej. Zamiast widma blamażu, Arbeloa nosił pewnie w głowie plan na to, by jakoś ten mecz odratować.

Real naciska, Real napiera, Real chce. Ale nie może…

Plan najrozsądniejszy w swojej prostocie – docisnąć rywala i pokazać mu, gdzie raki zimują. Real wyszedł na drugą połowę nastawiony naprawdę agresywnie. Gospodarze przeżyli naprawdę trudne minuty, parę razy ratowali się panicznymi wybiciami piłki z własnego pola karnego. Ale wytrzymali, czym mogli sobie kupić sympatię bezstronnych kibiców oglądających to spotkanie.

Bo za takich często aż się chce trzymać kciuki, szczególnie jeśli wraz z ich dobrą dyspozycją pojawia się szansa na naprawdę niezwykłe rozstrzygnięcie.

Problem w tym, że im dalej w las, tym gorzej słabsze zespoły spisują się w takich meczach. Nie inaczej było w przypadku Albacete – w drugiej części spotkania kontrataki gospodarzy łamały się zaraz po przekroczeniu połowy boiska, przeważnie żal było na te ofensywne zakusy patrzeć. A Real gotował żabę, licząc, że w końcu strzeli gola krusząc mur ustawiony przez rywali. Raz jeszcze jednak podkreślmy – Królewscy nie rozgrywali dobrego meczu.

A jeden z ataków Albacete w końcu okazał się groźnym. Znów pomógł stały fragment gry.

Po rzucie rożnym w 82. minucie mocnym, puszczonym w kozioł strzałem, Łunina pokonał Jefte, który sam się chyba nie spodziewał, że to uderzenie może mieć tak wspaniały skutek. Miał piłkę na nodze, sieknął, przełamał ręce bramkarza Królewskich i zafundował trybunom kolejny wybuch radości. Wrzawa trwała jednak niecałe dziesięć minut, bo w doliczonym czasie gry trybuny uciszył Gonzalo Garcia… i znów gol padł po kornerze. Doskonały timing, wyjście w powietrze, to się mogło podobać. Napastnik Realu sprawił, że już wstawialiśmy wodę na herbatę przed dogrywką, uwierzyliśmy, że goście w swoim stylu wrócili do żywych największym wysiłkiem woli i teraz to już na pewno przechylą szalę zwycięstwa na swoją stronę.

Figa z makiem.

Piękny wieczór Jefte. Koszmarny Łunina i spółki

Naprawdę, z ręką na sercu – byliśmy przekonani, że na doprowadzeniu do dogrywki z Realem piękna historia Albacete w tegorocznych rozgrywkach o Puchar Króla się skończy, ale nic bardziej mylnego. Nie jeśli masz na tyle fantazji, by uderzyć jak genialny Jefte.

Końcówka była naprawdę nerwowa, miała swoją temperaturę, głowę momentami tracił prowokujący Vinicius, stadion szalał na rollercoasterze emocji. A te podkręcił daleko poza granice jakiegokolwiek licznika gol z czwartej minuty doliczonego czasu gry. Gol na wagę olbrzymiej, gigantycznej sensacji, której największymi bohaterami są piłkarze Albacete. Z Jefte na czele.

To on samotnie popędził za nieco bezpańską piłką, do której ostatecznie nie zdecydował się wychodzić Łunin. To on oddał z ostrego kąta zablokowany przez obrońcę strzał rozpaczy. I to on – w końcu – zebrał piłkę i uderzył drugi raz, z naprawdę kiepskiej pozycji, ale w sposób tak zaskakujący, że Łunin i jego koledzy zdębieli.

Lekko. Kręcąc w kierunku dalszego słupka. Z wyczuciem, odrobiną finezji.

Cudny, wyjątkowy gol. O wyjątkowej wadze. Ostatecznie pogrążający wielki Real Madryt w starciu z maleńkim Albacete, które melduje się w ćwierćfinale Pucharu Króla. Sceny godne zapamiętania. Nie musimy też już chyba opisywać, jaką minę po końcowym gwizdku sędziego miał trener Arbeloa.

Albacete Balompie – Real Madryt 3:2 (1:1)

  • 1:0 – Javi Villar 42′
  • 1:1 – Franco Mastantuono 45’+3
  • 2:1 – Jefte Betancor 82′
  • 2:2 – Gonzalo Garcia 90’+1
  • 3:2 – Jefte Betancor 90’+4

CZYTAJ WIĘCEJ O HISZPAŃSKIEJ PIŁCE NA WESZŁO:

Fot. Eleven Sports

26 komentarzy

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Hiszpania

Reklama
Reklama